Skończył informatykę na AGH w swoim rodzinnym mieście, Krakowie – wówczas była to jedna z dwóch najpoważniejszych w Polsce uczelni, kształcących w tej dziedzinie. Później ukończył jeszcze studia z marketingu i zarządzania. Wszystko, czego się uczył, wykorzystywał potem w kolejnych biznesowych projektach. Także kolejne miejsca pracy dodawały mu doświadczeń i umiejętności, które przydawały się później – jakby od lat wszystko miał zaplanowane. – Gdy w 1990 r. skończyłem liceum w dokumentach, jakie stamtąd otrzymałem było moje podanie wstępne, w którym proszę o przyjęcie mnie do klasy matematyczno-fizycznej, bo w przyszłości chcę studiować informatykę. Ale prawda jest taka, że w szkole średniej o tych planach zupełnie zapomniałem – było tyle ciekawszych rzeczy, niż nauka czy dumanie nad przyszłością… Liceum ukończyłem z dobrymi ocenami, ale nie miałem konkretnego pomysłu co dalej – i patrząc na to podanie sprzed czterech lat pomyślałem, że to chyba nie taki zły pomysł, bo informatyka obiecywała niezłe perspektywy. Tak naprawdę jednak zdecydował przypadek. Takich przypadków było w moim życiu bardzo wiele – opowiada Tomasz Jażdżyński.
| Tomasz Jażdżyński (rocznik 1971) jest najmłodszym prezesem firmy wprowadzanej na giełdę (miał wtedy 29 lat). Jest również jedynym, który debiutował na GPW z dwiema spółkami (Interia, Bankier). Będzie prawdopodobnie pierwszym, który upublicznił przedsiębiorstwo, a potem wycofał je z giełdy (Interia). Od urodzenia związany z Krakowem, studiował na AGH: najpierw informatykę, potem – podyplomowo – marketing i zarządzanie. Mając 24 lata założył własną firmę – Abakus – która tworzyła i sprzedawała program do analizy technicznej kursów akcji. Wkrótce porzucił ten biznes i został analitykiem w Krakowskim Domu Maklerskim, a następnie także szefem tamtejszego działu IT. Na krótko trafił do Penetratora, gdzie m.in. rozwijać miał serwis ekonomiczny Wirtualnej Polski. Ostatecznie jednak zbudował taki serwis w nowym portalu – Interii. Awansował tam na prezesa i kierował spółką w latach 2000-2004 (wprowadził ją na giełdę). Potem trafił do WP jako dyrektor finansowy, jednak po 9 miesiącach zdecydował się pokierować małym portalem finansowym Bankier.pl. Rozwinął go do jednego z największych graczy w swoim segmencie w latach 2005-2008 (Bankier był jego drugim debiutem na parkiecie). Aktualnie – po rozstaniu z Bankierem – na nowo szefuje Interii, starając się rozpocząć nowy etap jej rozwoju. |
Informatyk-analityk
|
Gdy trzeba, to w pracy daję z siebie wszystko. Nie jest to może najmądrzejsze, bo odbija się na innych aspektach życia – ale chyba inaczej nie potrafię. |
W połowie 1998 r. KDM został przejęty i nowy właściciel rozpoczął reorganizację połączoną z wymianą kadry. Jażdżyński postanowił trzymać się branży – znalazł pracę w domu maklerskim Penetrator. Tam początkowo współpracował przy wydawaniu miesięcznika „Nasz Rynek Kapitałowy”. – Największą rzecz, jaką zrobiłem, to wywiad z ówczesnym prezesem TP – wspomina ze śmiechem. Po nowej pracy obiecywał sobie bardzo wiele: to były początki komercyjnego Internetu i pierwszych polskich portali. Penetrator był udziałowcem Wirtualnej Polski i dopracowywał właśnie z Prokomem dofinansowanie WP. Dom maklerski odpowiadał na portalu za dość skromną sekcję biznesową, ale po uzyskaniu kapitału przedsięwzięcie miało dostać skrzydeł. Styk biznesu i IT – to było miejsce dla T. Jażdżyńskiego. Jednak negocjacje się przeciągały i nic się nie działo, a młody informatyk-analityk giełdowy tracił cierpliwość. I wtedy w gazecie zobaczył ogłoszenie, że radio RMF chce budować własny portal i ogłasza nabór pracowników. Postanowił spróbować.
Pierwszy raz jako prezes
– To była moja druga rozmowa o pracę w życiu. Druga, bo wcześniej wybrałem się do Andersen Consulting zobaczyć, jak przebiega taki proces rekrutacji. Pierwsza na poważnie i nawet się udało – miałem wszystko, czego pracodawca potrzebował – opowiada. Idąc na to spotkanie nie wiedział, że drugim udziałowcem portalu Interia (wówczas nazywającego się jeszcze Internet FM) jest Comarch. – Gdybym był tego świadom, prawdopodobnie nie pojawiłbym się na rozmowie. Profesor Filipiak był jednym z moich wykładowców na studiach, koledzy z roku zajmowali w tej spółce eksponowane stanowiska i jakoś nie wyobrażałem sobie, że
| Wiele razy pracowałem w trudnych warunkach finansowych. Kto radzi sobie w kryzysie, ten lepiej działa, gdy panuje hossa. |
We wrześniu 1999 r. został szefem działu biznesowego, a potrafiąc ciągle rozmawiać w języku informatyków i jednocześnie znając już świat giełdy i finansów, potrafił zbudować bardzo dobry serwis. 11 lutego 2000 r. portal został uruchomiony, zebrał niezłe recenzje i zdobywał coraz więcej użytkowników. Wysiłki i talenty szefa działu biznesowego zostały docenione – i nagle zaproponowano mu kierowanie całym przedsięwzięciem. – Dopiero, gdy zostałem prezesem, zorientowałem się, jak skomplikowana jest sytuacja firmy. Było jasne, że z środkami finansowymi przekazanymi przez właścicieli portal nie dotrwa do chwili, gdy stanie się rentowny. A pojawiła się wtedy duża konkurencja: oprócz Onetu i WP, portale uruchamiały inne duże firmy: Agora, TP, Radio Zet, powstała Arena, Yoyo.pl, Ahoj.pl. Analitycy branży Onetowi i WP dawali kilkadziesiąt proc. szans przetrwania, portalom TP i Agory – po kilkanaście proc., a nam – 2 proc. – wspomina T. Jażdżyński.
Prezes uznał, że można przetrwać i pokonać mniejszych konkurentów. Trzeba jednak czasu, a przede wszystkim pieniędzy. Ruszyły poszukiwania inwestorów branżowych – chrapkę na Interię miał np. Lycos, wówczas jeden z największych portali na świecie. Nikt nie zaproponował jednak dostatecznie atrakcyjnych warunków. Tymczasem światowe giełdy bardzo polubiły firmy nowych technologii, więc postanowiono poszukać kapitału przez upublicznienie spółki. – To nie była łatwa sprawa. Na giełdzie nie było innych firm tego typu, nie spełnialiśmy szeregu wymagań np. nie mieliśmy trzech kolejnych lat uwieńczonych zyskami. To mało powiedziane: nasze przychody wynosiły wtedy 8 mln zł, a mieliśmy tyle samo straty! – klaruje z rozbawieniem T. Jażdżyński. Na nadzór polskiej giełdy wywierano jednak presję: Amerykanie zarabiali krocie, inwestując na NASDAQ – w Warszawie powstał więc SITECH. Trzeba było tylko napisać szybko prospekt emisyjny. T. Jażdżyński robił to samodzielnie, z pomocą kolegów – pracując w domach maklerskich miał okazję nauczyć się, jak zbudowany jest taki prospekt. Poza tym: nikt wcześniej nie wprowadzał na parkiet podobnej firmy. – Pracowaliśmy na okrągło – w ciągu dnia spotykałem się z inwestorami i dbałem o porządek w portalu, a nocami pisaliśmy prospekt. Jeden z kolegów z zarządu trafił wtedy nawet pod kroplówkę na skutek wyczerpania organizmu. To były szalone miesiące – wzdycha T. Jażdżyński.
Apetyt na GG
Cały proces pisania prospektu, zdobywania koniecznych zgód i wszelkich przygotowań zajął ok. pięciu miesięcy, co było wówczas tempem rekordowym. W lutym 2001 r. Interia z sukcesem debiutowała na parkiecie. Ale właśnie pękała bańka inwestycyjna – najpierw w Ameryce, a niedługo później także w Polsce. Do tego naszą gospodarkę dotknęło wyraźne spowolnienie gospodarcze. T. Jażdżyński zebrał z rynku kapitał – i musiał go rozsądnie wydać w trudnych czasach. – Tymczasem rynek się załamał. Tak jak komercyjny Internet w 2000 r. zaczynał raczkować, tak rok później wszystko zamarło. Wszystkie prognozy rozwoju firmy opierające się o wzrost przychodów z reklamy można było wyrzucić do kosza. Nadeszły czasy zaciskania pasa – wspomina. Ze 130 osób zwolniono ok. 30, pozostałym trzeba było także zredukować pensje. Nie można było liczyć na głównych udziałowców: RMF dotknął spadek przychodów wraz z ogólnym pogorszeniem sytuacji na rynku reklamowym; Comarch w niemniejszym stopniu dotknął spadek zamówień. – Radio próbowało nas przynajmniej wspomóc systemem opcji. Comarch – choć obiecywał podobne rozwiązanie – w końcu tych obietnic nie zrealizował. Zaproponował za to, aby użytkownicy za dostęp do portalu Interia musieli płacić jednak to oznaczałoby koniec firmy i na szczęście udało się nam zablokować ten pomysł – opowiada T. Jażdżyński.
| 9 lat pracy w branży internetowej nauczyło mnie wiele o ludziach. Jak jedni potrafią być uczciwi i oddani, a inni – fałszywi i nielojalni. |
WP od środka
– Gdyby udało się wtedy przejąć Gadu-Gadu, to Interia natychmiast prześcignęłaby WP. Byłaby dziś, ostrożnie szacując, warta nawet ponad 1,5 mld zł, a nie trochę ponad 400 mln, jak wyceniał ją rynek przed ostatnim przejęciem. Co więcej, pozyskalibyśmy spółkę, która dziś jest warta ok. 400 mln zł za mniej niż 1/10 tej kwoty. Do dziś nie rozumiem, dlaczego prezes Filipiak zmienił zdanie i do tego nie dopuścił. – zastanawia się T. Jażdżyński.
Po zwolnieniu nie martwił się o pracę – od razu dostał kilka propozycji, z których wybrał… Wirtualną Polskę. Firma, z którą walczył i której o mało nie pokonał, znajdowała się w bardzo trudnej sytuacji prawnej. Formalnie była w upadłości i nie miała zarządu, bo prowadził ją nadzorca wyznaczony przez sąd. Główny udziałowiec – TP – uwikłał się w spór sądowy z mniejszościowymi właścicielami i założycielami portalu, Maciejem Grabskim i Jackiem Kawalcem. W tym stanie T. Jażdżyński miał pomóc ratować WP, otrzymując stanowisko dyrektora ds.
|
Mimo wszystko mam jednak szczęście w biznesie. Nie przełożyło się to może na moją osobistą sytuację w takim stopniu jak w przypadku wielu kolegów, którzy również budowali w Polsce komercyjny Internet, ale mimo tego – nie narzekam. |
Sukces Bankiera
W październiku 2005 r. do pokierowania nowym przedsięwzięciem zaprosili go Tomasz Czechowicz z MCI i Jens Spyrka z funduszu BMP, którzy zainwestowali w portal Bankier.pl. – To była już druga propozycja z Bankiera, pierwszą otrzymałem już w 2004 r., ale wtedy była to maleńka firma. W 2005 r. sytuacja była już dużo lepsza i zaproponowano mi ciekawe warunki, dlatego ustaliliśmy trzyletni plan, jaki miałem zrealizować, rozwijając ten portal finansowy. Inwestorzy chcieli m.in. wykorzystać moje doświadczenia we wprowadzaniu takiej firmy na giełdę – opowiada T. Jażdżyński.
Prezes wyceniał Bankiera na 10-15 mln zł i uważał, że przy nie najgorszym rozegraniu debiutu uda się osiągnąć kapitalizację na poziomie 20-25 mln zł, tym bardziej, że akurat znowu zapanowała hossa. Po szybkim przygotowaniu emisji, firma zadebiutowała na GPW w maju 2006 r. i odniosła wielki sukces – mimo chwilowego zatrzymania wzrostów na giełdzie, inwestorzy wycenili przedsiębiorstwo na 50 mln zł (obecnie Spółka ma kapitalizacje na poziomie 100 mln zł). To dało możliwości rozwoju, których T. Jażdżyński nie mógł zmarnować i przez 2,5 roku udało mu się osiągnąć to wszystko, co wcześniej zaplanował: zyski, znaczący udział w rynku i zdecydowany przyrost wartości firmy. Z wzrostu cen akcji ucieszyli się inwestorzy z BMP, którzy po prostu odsprzedali je na giełdzie. Prezes żałuje tylko jednego – że odchodzi przed pozyskaniem przez Bankiera inwestora strategicznego. – Zapowiada się bardzo ciekawy proces, chyba pierwszy tego typu na naszym rynku. Jestem jednak przekonany, że fantastyczny zespół ludzi, którzy zostają w Bankierze świetnie sobie z tym poradzi. Chętnych na przejęcie kontroli nad Bankierem na pewno będzie wielu. W przeprowadzonym przez Puls Biznesu wśród analityków giełdowych badaniu Bankier zajął trzecie miejsce w rankingu spółek o najlepszych perspektywach na 2008 r. To mi pochlebia, i choć żal rozstawać się z ludźmi z Bankiera to jednak myślę już o nowych wyzwaniach i cieszę się z powrotu do Krakowa – mówi T. Jażdżyński.
Powrót do Interii
Od początku maja 2008 r. znowu kieruje Interią. Portal ten został sprzedany przez Comarch niemieckiemu potentatowi medialnemu, firmie Bauer. – Choć w Interii z różnych względów pracuje dziś najwyżej kilkanaście osób, z którymi razem zaczynaliśmy, to ciągle czuję do firmy sentyment. Gdy z niej odchodziłem, była w świetnej kondycji – dziś sporo się zmieniło. Portale horyzontalne nie są już jedynymi liderami Internetu. Na znaczeniu zyskały wyszukiwarki, systemy aukcyjne i serwisy społecznościowe. O rynek walczą mniejsze portale i witryny specjalistyczne. Kierunki rozwoju preferowane przez poprzedniego właściciela nie uchroniły Interii przed tymi trendami. Czeka nas dużo ciężkiej pracy, ale wierzę, że uda nam się wykorzystać możliwości jakie daje nam bycie częścią globalnej grupy medialnej, jaką jest wydawnictwo Bauer i przywrócimy portalowi blask. – wyjaśnia T. Jażdżyński.
Co by było, gdyby kierując Interią przejął Gadu-Gadu? Co by osiągnął, gdyby dalej zarządzał spółką? – Nie ma co gdybać. Zbyt wiele zależy od przypadku. Gdyby nie to, że jestem zapalonym kibicem, to może pracowałbym dziś w Comarchu. Byłem już tak jak koledzy z roku zapisany na spotkanie informacyjne, ale akurat w tym czasie był ważny mecz więc nie dotarłem. Poszedłem inną ścieżką i nie żałuję – pointuje.
Łukasz Komuda
l.komuda@businessman.pl

Źródło:businessman.pl





























































