Dzieła sztuki zazwyczaj kojarzą się z kosztowną i dostępną dla nielicznych pasją. Coraz częściej jednak zaczynają być postrzegane w kategoriach długoletnich inwestycji. Niestety, gotówka i wysublimowane poczucie estetyki są niczym, jeśli nie wiadomo, który artysta będzie miał dobre notowania na rynku sztuki.
Prym na polskim rynku sztuki przez długie lata wiodła dobrze wszystkim znana Desa. W dużej mierze dlatego, że do 1989 roku była jedyną taką firmą w kraju. W latach 50. dyktowane przez nią ceny niekoniecznie odpowiadały rzeczywistej wartości eksponatu, ale pasowały do muzealnych budżetów. Z kolei w latach 70. i 80., gdy zdecydowanie zwiększyła się siła nabywcza klientów, brakowało interesujących obiektów do sprzedaży, a ceny osiągały wartości abstrakcyjne.

Od Kossaka do Opałki
Pierwsze prywatne antykwariaty i domy aukcyjne pojawiły się w Polsce dopiero pod koniec lat 80. Niesłychaną popularność zyskiwały wówczas obrazy polskich malarzy z tzw. École de Paris. Powodem takich tendencji był sentyment do historii naszego państwa – ludzie pragnęli wszystkiego, co polskie. Świadomość sztuki współczesnej i możliwości inwestowania w nią były równie abstrakcyjne, jak płótna zapisane cyframi przez Romana Opałkę. Podczas aukcji obrazy nowszych artystów ginęły w natłoku dzieł dawnych, upchane pomiędzy Malczewskiego a Kossaka. W 1991 roku sprzedano tylko jedną pracę Nowosielskiego, podczas gdy obrazy Malczewskiego znalazły 41 nabywców.
Od tamtych czasów dużo się jednak zmieniło. Dzisiejszy klient galerii czy domu aukcyjnego w niczym nie przypomina tego sprzed 15 lat. Wtedy kupowano Kossaka w dużej złotej ramie, płacąc gotówką wyjętą z walizki. Dziś decyzję o zakupie dzieła sztuki podejmuje się zarówno pod wpływem walorów estetycznych, jak i inwestycyjnych. Największe zmiany widać w obrocie sztuką współczesną. Na pewno nie bez znaczenia są tu upodobania młodych ludzi, którzy coraz częściej odwiedzają galerie w poszukiwaniu nietuzinkowych inwestycji. Poza malarstwem i rzeźbą pojawiają się nowe dziedziny sztuki, np. fotografia artystyczna, u nas mało dostępna, a na świecie prężnie się rozwijająca.

Jak przekonuje Konrad Szukalski, wiceprezes domu aukcyjnego Agra-Art, w Polsce najczęściej kupuje się obrazy. – Potem długo, długo nic, następnie grafikę, fotografię, a na końcu rzeźbę i meble – wymienia. Iwona Büchner, właścicielka domu aukcyjnego Polswiss Art, podkreśla, że wciąż trzonem zakupów są obrazy uznanych artystów. – Kupuje się więc płótna monachijczyków, artystów Młodej Polski i Dwudziestolecia Międzywojennego z Józefem Brandtem, Olgą Boznańską, Jackiem Malczewskim oraz Witkacym – mówi.
Łukasz Gorczyca, właściciel galerii Raster, pierwszej, która budowała swą tożsamość w oparciu o prace młodych artystów, konstatuje, że takie państwa jak chociażby Francja, Hiszpania, Niemcy czy Holandia od kilkudziesięcioleci inwestują w kulturę jako w ważny element misji publicznej i politycznej. – We Francji w latach 80. ubiegłego wieku minister kultury budował kolejne muzea, by podkreślić w ten sposób siłę swojego państwa. Taka jest różnica pomiędzy tymi krajami a Polską, gdzie podobna tradycja prawie nie istnieje lub jest osłabiona przez różne historyczne straty – ubolewa nasz rozmówca.
Tak czy inaczej Polacy są coraz bardziej świadomi swoich artystycznych gustów oraz tego, że sztuka może być również lokatą kapitału.

Sztuka – towar luksusowy
Kupują ci, których na to stać. – To prywatni przedsiębiorcy, ale również studenci. Wszystko zależy od tego, czy chodzi o Malczewskiego za 300 tys. zł, czy o grafikę za 200 zł – mówi Konrad Szukalski. W połowie lat 80. zdecydowaną większość klientów stanowili dilerzy sztuki. Z czasem zaczęli się coraz bardziej uaktywniać nabywcy prywatni z Ameryki oraz Europy Zachodniej. Obecnie najbardziej spektakularnych transakcji dokonują amerykańscy i chińscy milionerzy, szejkowie z Bliskiego Wschodu oraz rosyjscy oligarchowie finansowi. – W świecie najwięcej odbiorców sztuki jest wśród przedstawicieli klasy średniej – przekonuje Iwona Büchner. W Polsce ta grupa osób systematycznie się odradza.
Grono kolekcjonerów i miłośników sztuki z roku na rok się powiększa i to jest pocieszające. Ponadto dużą rolę zaczęły odgrywać instytucje finansowe, banki i duże firmy korporacyjne, które wprowadziły zakup dzieł sztuki jako rodzaj dobrej inwestycji. – Tak naprawdę jednak kupują osoby, które cechuje pewnego rodzaju wrażliwość, umiejętność indywidualnego interpretowania sztuki. Ludzie, których obraz zaciekawia, a czasami napawa obrzydzeniem, ale zawsze skłania do zastanowienia – podsumowuje Marta Kołakowska z galerii LeTo.
Kolekcjonowanie ma coś z hazardu
Jak mówi Andrzej Starmach, marchand i właściciel galerii Starmach, motywów zakupu dzieła sztuki jest zapewne tak wiele jak samych klientów. – Mamy do czynienia zarówno z inwestorami kierującymi się chęcią zarobku, jak i z ludźmi pragnącymi mieć dzieło sztuki ze względów czysto estetycznych – tłumaczy Andrzej Starmach, którego galeria, obok galerii Raster i Foksal, ma możliwość uczestnictwa w prestiżowych targach sztuki Basel w Bazylei.
– Kolekcjonerzy podejmują decyzję o zakupie dzieła sztuki w sposób niezwykle pragmatyczny – podkreśla Małgorzata Małecka, właścicielka galerii Ateneum. – Poszukują konkretnego obrazu. Ma on uzupełniać kolekcję, której założenia są bardzo precyzyjnie określone. Natomiast wielbiciele sztuki działają spontanicznie. Widzą obraz wywołujący w nich pewne emocje i właśnie dlatego postanawiają go kupić.

Są tacy, dla których ważne jest, aby eksponat był kupiony w ściśle określonym miejscu. Mogą to być np. targi sztuki Basel w Bazylei. Na to najbardziej elitarne wydarzenie zjeżdżają najwięksi muzealnicy, kuratorzy, marchandzi i kolekcjonerzy z całego świata. – Wielu zamożnych ma już Picassa, a teraz chcą mieć Picassa kupionego właśnie w Bazylei. Jest to jedyne miejsce, gdzie jeszcze przed otwarciem wystawy można zobaczyć stojących w kolejce, zdyscyplinowanych multimilionerów – mówi Andrzej Starmach. Wśród znawców znaleźć można i takich, którzy twierdzą, że w sztukę się nie inwestuje. Jeśli ktoś ma takie podejście, ponosi porażkę już na samym starcie. – Kupując dzieła sztuki, możemy wpaść w tarapaty, bo to jest działanie w obszarze kultury, która rządzi się innymi prawami. Potencjalnie mogą z tego być jakieś pieniądze, ale nie da się za pomocą matematycznych obliczeń przewidzieć konkretnych zysków – tłumaczy Łukasz Gorczyca.
O niebo lepiej sprzedaje się „dawna”
Zdaniem Konrada Szukalskiego popularna i bardziej głośna medialnie jest sztuka współczesna, ale o niebo lepiej sprzedaje się dawna. Na całym świecie od lat sprzedaż sztuki współczesnej znacznie przewyższa sprzedaż sztuki dawnej, zarówno ilościowo, jak i wartościowo. – W Polsce z powodu zachowawczych poglądów na sztukę te proporcje są zachwiane – mówi Andrzej Starmach. Niemniej świadomość roli sztuki ulega zmianie. Aż 40 proc. dzieł sprzedanych w pierwszej połowie 2008 roku na aukcjach w Polsce to sztuka współczesna. Z jej rynkiem jest o tyle łatwiej, że ci artyści wciąż żyją i tworzą, dając szansę mniej zamożnym na obcowanie ze sztuką. Zaznaczyć trzeba bowiem, że sztuka dawna jest bardzo droga.
Skandal – przyjaciel artysty
Największym animatorem polskiej sztuki od 2000 roku pozostaje Daniel Olbrychski. Odkąd wkroczył do galerii Zachęta z szablą w dłoni i pociął nią cykl zdjęć „Naziści”, nazwisko autora, Piotra Uklańskiego, stało się rozpoznawalne, a cena jego prac wzrosła. Nikomu wówczas nawet się nie śniło, że ta „skandalizująca” praca sześć lat później zostanie sprzedana w domu aukcyjnym Philips de Pury & Company za 568 tys. funtów.
Do dziś jest to rekordowa cena uzyskana za dzieło polskiego twórcy. Uklański przebił tym samym kwotę, którą zapłacono za rzeźbę Magdaleny Abakanowicz „Tłum” – 441 tys. dolarów. Artystę zaczął doganiać Wilhelm Sasnal, który dwa lata temu został uznany przez miesięcznik „Flash Art” za najbardziej obiecującego artystę młodego pokolenia, a cena jego prac sięga nawet miliona złotych.

Rynek sztuki, jak każdy inny, podlega modom. Tu jednak na zmiany potrzeba więcej czasu. Patrząc długofalowo, można zaobserwować duże zainteresowanie wybitnymi pracami klasyków polskiej awangardy, takich jak Tadeusz Brzozowski, Jerzy Nowosielski czy Tadeusz Kantor. Popularność niektórych nazwisk to również efekt działania kilku sprawnych polskich galerzystów. Za największego z nich przez długi czas uchodził Wojciech Fibak. Do kolekcjonowania dzieł sztuki zachęcił kilku polskich biznesmenów i rozpowszechnił zwyczaj kupowania prac – szczególnie twórców École de Paris.
Rynkiem sztuki rządzą cykle. Coś, co byłotrendy dwa lata temu, dziś może mieć problem ze znalezieniem kupca. Jeśli dzieła któregoś z autorów podrożały w ostatnich 10 latach pięciokrotnie, nie daje to żadnej gwarancji podobnych zysków za kolejne 10 lat. Najważniejszy jest czynnik emocjonalny i satysfakcja z posiadania dzieła, które nam się podoba, ale trzeba się liczyć z tym, że za kilka lat może być mniej warte niż w chwili zakupu. – Dla mnie artyści są jak gwiazdy – mówi Marta Kołakowska. Niektórzy świecą swoim blaskiem tysiące lat świetlnych, inni są jak supernowa – mają swoją wielką chwilę, by zgasnąć zaraz potem. To prawdziwa magia.
W co warto zainwestować
Niewątpliwie ostatnie lata to okres zainteresowania sztuką współczesną. Kolekcjonerzy poszukują obrazów artystów żyjących, którzy mają dorobek poświadczający jakość kolejnych dzieł. Liczą się takie nazwiska jak Gierowski, Stażewski, Fangor, Nowosielski, Tarasin czy Opałka, który jako jedyny malarz ze starszego pokolenia może mówić o karierze międzynarodowej. To właśnie on, podobnie jak Magdalena Abakanowicz czy Mirosław Bałka, jest obecny na rynkach światowych już od lat 80., w Polsce natomiast jest właściwie niedostępny. Dzisiaj „abakany” można kupić w cenie od 100 tys. euro, obrazy Opałki od 300 tys. euro, a za niewielką pracę Bałki należy zapłacić kilkadziesiąt tysięcy euro. Wciąż prym wiodą malarze lat 50. i 60., do niedawna niedowartościowani i sprzedawani za niewielkie sumy. Dziś są w cenie, co potwierdza choćby ubiegłoroczna aukcja w nowojorskim Sotheby’s. Obraz Wojciecha Fangora „M 39” osiągnął cenę 96 tys. dolarów – jest to najwyższy wynik aukcyjny obrazu autorstwa polskiego klasyka XX wieku. W galerii Stefana Szydłowskiego wciąż są do nabycia jego trzy gigantyczne dzieła z naklejką nowojorskiego Muzeum Guggenheima, gdzie były wystawiane po 600 tys. zł każdy. Fangor jako jedyny polski twórca miał w tym prestiżowym miejscu indywidualną ekspozycję. Rosną również ceny obrazów Jerzego Tchórzewskiego – ich wartość szacowana jest na około 100 – 130 tys. złotych. Jeszcze cztery czy pięć lat temu porównywalnej wartości obrazy sprzedawane były za połowę tej ceny. W tym roku dom aukcyjny Polswiss Art sprzedał pracę artysty pt. „Człowiek i światło” (1956) za 215 tys. złotych. Ostatnio święci również triumfy twórczość Kantora. Obraz „Człowiek z parasolami” okazał się hitem październikowej aukcji w Desie Unicum. Po krótkiej, ale emocjonującej licytacji osiągnięto cenę 295 tys. złotych. Jak dotychczas jest to najdrożej sprzedane dzieło tego artysty na aukcjach w Polsce.
Młodzi nie pozostają w tyle
Na fali zainteresowania artystami znanymi i uznanymi wzrasta stopniowo fascynacja sztuką artystów młodego pokolenia: Pawła Althamera, Rafała Bujnowskiego, Marcina Maciejowskiego, Zbigniewa Rogalskiego, Agaty Bogackiej i Anety Grzeszykowskiej. Do tego grona należy również Wilhelm Sasnal – laureat najważniejszej europejskiej nagrody artystycznej im. Vincenta van Gogha, którego „Samoloty” w 2007 roku zostały sprzedane w nowojorskim domu aukcyjnym Christie’s za 396 tys. dolarów i są najdroższym w historii współczesnym polskim obrazem olejnym. – Kiedy zakładaliśmy galerię, można było u nas kupić obrazy Sasnala za 1000 zł, dzisiaj kosztują one sto razy więcej. Ale nie wynika to tylko z faktu, że to geniusz, który zrobił nieprawdopodobną karierę. Jest to też spowodowane tym, że sztuka współczesna była w Polsce skrajnie niedowartościowana – tłumaczy Łukasz Gorczyca. Decydujący dla jego kariery okazał się rok 2003, kiedy został zaproszony do udziału w wystawie Kunsthalle w Zurychu. Była to jego pierwsza wystawa indywidualna w zagranicznej instytucji publicznej i towarzyszył jej pierwszy, obszerny katalog artysty.
– Każde pokolenie ma swoich ulubionych i szanowanych artystów, znaczenie jednych wzrasta, innych maleje – mówi Małgorzata Małecka. – Nie wolno zapominać o zdobywającej popularność fotografii, w tym o takich artystach jak para Kulik-Kwiek czy Natalia LL. Czy cena sprzedanego obrazu jest odzwierciedleniem wielkości twórcy? – Jak dla mnie torebki Versace nie są warte swojej ceny. Ale też historia sztuki to historia dobrze sprzedanych obrazów – mówi młoda artystka Aleksandra Urban.
– Dzisiejszy rynek sztuki to siła oddziaływania reklamy i marketingu – podkreśla Jolanta Czajka, właścicielka galerii Fresh Art Déco. – W polskich artystach odnajduję silną potrzebę wyrażania swoich najgłębszych pokładów osobowości i niezależności. Jednak to zagraniczni twórcy opanowali sztukę autopromocji, która wyprzedza popularność ich dzieł – dodaje. Niezależnie od tego, czy młodzi artyści mają talent marketingowy, czy też nie, i tak największy przychód przynosi nadal handel dziełami… Pabla Picassa – w 2006 roku za 2087 eksponatów uzyskano prawie 340 mln dolarów.
Kama Poznańska




























































