O godzinie 15:00 za baryłkę wydobywanej spod dna Morza Północnego ropy Brent płacono 71,42 dolarów, czyli o 3,3% mniej niż wczoraj oraz o 20% mniej niż na początku miesiąca, gdy „czarne złoto” było najdroższe od września 2008 roku.
Jeszcze taniej jest w Nowym Jorku, gdzie w ramach kontraktów z czerwcowym terminem dostawy ropę z Teksasu można kupić za 69,02$.
„Kryzys fiskalny w Europie otworzył rynkom oczy. Mimo że mamy ożywienie gospodarcze, to jasne jest, że będzie ono powolne i bolesne i tak samo będzie z popytem na ropę” – stwierdził Christophe Barret, analityk rynku ropy cytowany przez agencję Reuters.
Inwestorzy coraz mocniej obawiają się, że rozwiązaniem kryzysu nadmiernego zadłużenia wielu europejskich państw będzie albo fala bankructw albo głęboka recesja. W obu przypadkach o wzroście popytu na ropę można będzie zapomnieć. Zwłaszcza że politycy z Europy zamiast ograniczać wydatki rządowe wolą zrzucać winę na „nieracjonalne rynki” i „spekulantów”. Takie działania wzbudzają jeszcze większą nerwowość wśród inwestorów, którzy coraz częściej decydują się na sprzedaż akcji, surowców oraz euro.
Dodatkowo ropie szkodzą wysokie stany zapasów. W magazynach w Cushing, gdzie przechowywany jest surowiec będący zabezpieczeniem transakcji dokonywanych w Nowym Jorku, zalega już rekordowe 37,9 mln baryłek ropy. W całych Stanach Zjednoczonych rezerwy surowca są najwyższe od czerwca 2009 roku.
K.K.





























































