Ponad połowa ze 115 najemców lokali użytkowych przy ulicy Piotrkowskiej nie płaci czynszów. Większość ma dwumiesięczne zaległości, ale nie brakuje takich, którzy uzbierali nawet po kilkaset tysięcy złotych.
Największy dług, bo sięgający aż miliona złotych, ma w tej chwili Jadwiga Kirchoff, właścicielka dwóch sklepów przy ul. Piotrkowskiej. Wyprowadza się z reprezentacyjnej ulicy miasta, ale nie jest wykluczone, że kiedyś na nią wróci.
- Zawarliśmy ugodę z panią Kirchoff. Odda nam lokal przy Piotrkowskiej 87, a w zamian na poczet długu zaliczymy koszty dokonanego przez nią remontu - mówi Wojciech Kuś, dyrektor Wydziału Budynków i Lokali Urzędu Miasta Łodzi. - Chciałbym, by każdy dłużnik tak załatwiał swoje sprawy z nami.
Do dwupoziomowego, 770-metrowego lokalu przy Piotrkowskiej 87 wprowadzi się wkrótce Wydział Promocji, Turystyki i Współpracy z Zagranicą Urzędu Miasta Łodzi oraz Centrum Informacji Kulturalnej. Pomieszczenie jest w doskonałym stanie, wystarczy wstawić biurka, szafy, podłączyć komputery i drukarki i... promować Łódź.
- Zależało nam na tej lokalizacji. Centrum miasta, serce Piotrkowskiej, idealne na nasze zadania - mówi Jarosław Nowak, dyrektor wydziału promocji.
Walczyła, ale...
- Czarna strona biznesu spowodowała moje kłopoty. Osiemnaście lat prowadzę firmę, ale nie byłam przygotowana na coś takiego - mówi Jadwiga Kirchoff. - Teraz potrzebuję czasu, by ochłonąć i zdecydować, co dalej. Pomysłów mam mnóstwo, chętnych do współpracy także.
W sklepach Kirchoff oferowano odzież z wyższej półki, ale niesygnowaną znanymi w świecie markami. Do asortymentu dostosowano wystrój sklepów: były eleganckie, utrzymane w ciepłych barwach, każda klientka czuła się jak w salonie mody, nie w sklepie z ciuchami.
- Rozliczamy koszty remontów, na razie dostaliśmy faktury opiewające na kwotę 548 tysięcy złotych. A to nie koniec - mówi Wojciech Kuś.
Ceny za ubrania w sklepach Kirchoff raczej nie były na kieszeń przeciętnej łodzianki, bo ile kobiet stać na spodnie za 120 złotych czy wiosenne płaszcze za 700 zł? Bogatsze wybierały markowe salony, które pojawiły się w Galerii Łódzkiej, a jeszcze bogatsze robiły zakupy podczas zagranicznych podróży.
- Modyfikowałam ofertę, ale na to trzeba czasu. Z dnia na dzień nie można zdjąć z wieszaków całej kolekcji i powiesić innej - wyjaśnia Jadwiga Kirchoff.
Mimo własnych kłopotów Jadwiga Kirchoff walczyła o handel na Piotrkowskiej. Zainicjowała konsolidacji kupców w walce z galeriami handlowymi w marketach, Galerią Łódzką i otwieraną w przyszłym roku Manufakturą. Klub Piotrkowska, sklepy otwarte do godziny 20, budowa wielopoziomowych parkingów na pobliskich ulicach, by zachęcić o kupowania na najdłuższym deptaku Europy - to tylko niektóre pomysły pani Jadwigi.
- Jeśli chcemy, żeby klient nadal nas lubił, musimy przedstawić mu doskonałą ofertę marketingową - zapowiadała Jadwiga Kirchoff.
- Wspólnie opłacimy reklamę na billboardach i w prasie. Żeby przyzwyczaić klientów do dłuższych godzin pracy, wprowadzimy promocje i zniżki na zakupy w godzinach od 17 do 20. Mamy plan współpracy z restauratorami. Jeśli ktoś kupi wodę toaletową w perfumerii "M-Styl", dostanie w zamian kupon na obiad do "Esplanady".
Wiele z tych planów pozostało w sferze życzeń, innych klienci nie kupili. Ale Kirchoff nadal wierzy w ulicę Piotrkowską i handel.
- Tam muszą być sklepy, bo taka jest tradycja tego miejsca - mówi z zapałem. - I handel wróci na deptak, bo nie każdy ma ochotę kupować w galeriach czy marketach.
Ugoda albo eksmisja
Właścicielka sklepu odzieżowego przy ul. Piotrkowskiej 20 jest winna miastu już 800 tysięcy zł. Kolejny sklep, też z ubraniami, ma dług w wysokości 34 tysięcy, ale właściciel podpisał ugodę i spłaca zadłużenie. Delikatesy przy Piotrkowskiej 82 mają 246 tys. zł zaległości, też podpisały porozumienie, ale...
- Przestali płacić bieżące należności, co jest jednoznaczne z zerwaniem ugody - mówi Wojciech Kuś. - Ale lokalu oddać nie chcą, sprawa pewnie znajdzie finał w sądzie.
Rekordowe długi w historii ulicy Piotrkowskiej miała firma "Image", należąca do Ewy K. Za najem czterech lokali na Piotrkowskiej była winna miastu aż 3,2 mln zł. Lokale wiele razy zmieniły właścicieli, ale kolejne władze Łodzi od 1996 roku nie potrafiły wyegzekwować należności.
Włodzimierz Tomaszewski, wiceprezydent Łodzi, po objęciu urzędu był zdumiony opieszałością poprzednich włodarzy miasta. - Skoro przez tyle lat, przy tylu zmieniających się prawnikach nie udało się zakończyć sprawy, widzę jedno wyjście: zawarcie ugody z dłużnikiem - mówił.
Sieć sklepów spożywczych Andre była winna miastu 2 mln zł, jeden lokal wynajmowała także na Piotrkowskiej. W marcu ubiegłego roku ogłosiła bankructwo, ale w lipcu tego roku część udziałów przejęła inna firma, zawarła z miastem ugodę i w 60 ratach ma spłacić część należności.
- W tych dwóch wypadkach odzyskamy tylko część zaległości, bez ugody nie dostalibyśmy nic - wyjaśnia dyrektor Kuś.
Miasto stoi na straconej pozycji, bo musi przestrzegać procedury. Najpierw wysyła ponaglenie, dając dłużnikowi 30 dni na spłacenie należności. Jeśli to nie skutkuje - wypowiada umowę najmu lokalu, również z miesięcznym wyprzedzeniem. Na palcach jednej ręki można jednak policzyć dłużników, którzy z własnej woli opuszczają sklep czy lokal usługowy.
- Wtedy kierujemy sprawę do sądu z wnioskiem o eksmisję i postępowanie komornicze. Zanim sąd zajmie się sprawą i wyda orzeczenie, mija rok, półtora. A dłużnik nadal funkcjonuje i nic nie można z nim zrobić - tłumaczy dyrektor Kuś.
Swoisty rekord ustanowił inny najemca z Piotrkowskiej, który w 1992 r. wygrał przetarg, wpłacił wadium i... koniec. Od tego czasu do miejskiej kasy nie wpłynęła złotówka, a sklep nadal funkcjonuje. Uporczywi dłużnicy imają się nieprawdopodobnych sposobów, by uniknąć odpowiedzialności, łącznie ze zmianą nazwisk, a nawet... imion. Byle nie przyjmować sądowych wezwań i przedłużać stan zawieszenia.
- Nie jestem w stanie oszacować, ile tracimy z tego tytułu, bo sytuacja zmienia się codziennie. Ale gotowi jesteśmy na duże ustępstwa, byle odzyskać lokal - mówi Kuś.
Drogo? To zależy
Przedsiębiorcy z długami nie chcą rozmawiać. Żalą się tylko, że czynsze są za wysokie, szczególnie dla handlu i usług. Coraz częściej pojawiają się także głosy, że restauratorzy dostają od miasta niższe stawki, więc mogą płacić w terminie.
- Bzdura! - ripostuje Wojciech Kuś. - Stawki czynszu zawsze ustalamy w drodze przetargu albo konkursu ofert. I wielu licytuje cenę do niewyobrażalnych rozmiarów, byle dostać lokal. Gdy ochłoną, przychodzą negocjować albo wycofują się z transakcji.
Mający największe kłopoty z płatnościami kupcy rzeczywiście wylicytowali wysokie stawki: sklepy spożywcze płacą za metr powierzchni 213 zł, przemysłowe - 171 zł. Gastronomicy muszą płacić średnio 89,44 zł, a aptekarze 43,32 zł za metr. Najmniej, bo 17,58 zł i 15,64 zł płacą galerie i księgarnie. Takie czynsze wylicytowali sobie właściciele lokali w tzw. strefie "0". Obejmuje odcinek od al. Piłsudskiego do ul. Rewolucji 1905 r. i plac Wolności.
Ale dla wszystkich branż miasto przygotowało specjalne ulgi: bezrobotni rozpoczynający działalność przez dwa miesiące nie płacą czynszów, za pomieszczenia socjalne obniżono stawki o 25 procent, a za piwnice o 50 procent. Wszyscy mają też premię za regularne wpłaty przez rok: czynsz obniżony o 15 procent.
- Długów nie mają gastronomicy i uznane marki - wylicza dyrektor Kuś. - Ci, którym zależy na handlu na Piotrkowskiej, wcześniej przychodzą do nas i negocjują.
Spłata długów może być rozłożona maksymalnie na 60 rat, pod warunkiem, że bieżące czynsze płacone są regularnie. Niewielkie zaległości można spłacać ßbez specjalnych porozumień. Bywa i tak, że przedsiębiorcy płacą z wyprzedzeniem: sieć sklepów kosmetycznych ma... nadpłatę w wysokości 177 tysięcy złotych.
NaszeMiasto.pl
Monika Pawlak
Źródło:NaszeMiasto.pl





























































