Do prowadzenia wojny potrzebne są trzy rzeczy: pieniądze, pieniądze i jeszcze raz pieniądze. Jeśli rząd nie ma pieniędzy na wojnę, to jej nie rozpocznie. Dlatego najniebezpieczniejszymi państwami są te, które wydają najwięcej na zbrojenia.


Nie jest żadną tajemnicą, że najwięcej na wojsko wydaje łaskawie nam panujący globalny hegemon, jakim po upadku ZSRR stały się Stany Zjednoczone.
Rząd USA na utrzymanie machiny wojskowej wydaje ponad 600 miliardów dolarów rocznie, czyli połowę tego co reszta świata razem wzięta i prawie trzy razy więcej niż największy militarny konkurent – Chińska Republika Ludowa.
Trzecie miejsce z budżetem wojskowym niemal 8-krotnie mniejszym zajmuje Rosja – czyli drugie supermocarstwo atomowe, zdolne do prowadzenia dwóch wojen na raz (Ukraina i Syria). Tuż za naszym wschodnim sąsiadem plasuje się Arabia Saudyjska zaangażowana w wojnę w Jemenie i wsparcie antyreżimowych terrorystów w Syrii. Dopiero dalsze pozycje zajęły stare mocarstwa europejskie: Francja (62,3 mld USD), Wielka Brytania (60,5 mld USD).
Zobacz także
Polska w tym zestawieniu znalazła się na 21. pozycji w gronie 143 państw, dla których dane zebrała SIPRI. Pozycja wojskowa Polski z grubsza pokrywa się z potencjałem gospodarczym naszego kraju – w 2014 roku zajmowaliśmy 23. lokatę pod względem nominalnego produktu krajowego brutto. Tuż za Polską uplasowały się Tajwan (10,24 mld USD wydanych na armię), Holandia (10,1 mld USD) i Singapur (9,8 mld USD).

Problem w tym, że nie wszystkie wydatki na wojsko przyczyniają się do faktycznego zwiększenia potencjału militarnego kraju. Budżet Ministerstwa Obrony Narodowej na 2014 opiewał na kwotę 32 mld złotych, czyli zgodnie z ustawą na 1,95% PKB z roku poprzedniego. Niestety, aż 7,4 mld złotych – czyli prawie jedną czwartą budżetu MON – wydaliśmy na emerytury dla byłych wojskowych co w żaden sposób nie zwiększyło potencjału wojskowego Polski. W tym roku na obronę narodową ma być przeznaczone z budżetu 35,4 mld zł.





























































