Historyczne stopy zwrotu w pierwszym miesiącu nowego roku wykreowały mit "efektu stycznia", który tym razem nie dał inwestorom grającym na wzrosty zarobić.


"Efekt stycznia" to jedna z kalendarzowych anomalii, którą inwestorzy zaobserwowali na przestrzeni dziesiątek lat, badając efektywność rynków finansowych. Ma on miejsce wtedy, gdy średnia stopa zwrotu w styczniu różni się od średniej stopy zwrotu w pozostałych miesiącach roku i różnica ta jest na tyle istotna, że widać ją w statystykach oraz ma tendencję do powtarzania się. Zauważył ją po raz pierwszy w 1942 r. bankier inwestycyjny Sidney Wachtel. Ze swoich obserwacji wyprowadził wniosek, że małe spółki w USA mają większe wzrosty cen niż duże dokładnie na początku roku. I to właśnie na małych spółkach jest on najczęściej widoczny.
Wytłumaczeniem tego w obecnych czasach może być zachowanie inwestorów instytucjonalnych. Przed prezentacją sprawozdania rocznego wraz z aktualną listą spółek w portfelu pozbywają się „źle wyglądających” i najbardziej ryzykownych walorów (przeważnie małe spółki z dużym potencjałem wzrostu). Po nowym roku natomiast odkupują je z powrotem – i w ten sposób pojawiają się wzrosty m.in. sWIG-u.
Kolejnym czynnikiem wpływającym na styczniowe wzrosty na giełdzie jest przeprowadzenie tzw. optymalizacji podatkowej, aby obniżyć kwotę podatku od zysków kapitałowych, która wiąże się z zamykaniem stratnych pozycji. W ten sposób obniża się wykazywane zyski (i płacone podatki). Jest to jednak procedura wyłącznie o charakterze technicznym i tuż po niej (często właśnie już w styczniu), akcje sprzedanych spółek są ponownie odkupywane, powodując ich wzrosty.
Zaobserwowany "efekt stycznia", który w tym roku pozostał tylko „inwestorską legendą”, miał jednak szansę na realizacje i tym razem. Do połowy miesiąca WIG20 zyskiwał ponad 6 proc. i to w oderwaniu od giełd w USA, jego druga połowa przyniosła jednak wyraźne spadki. Dotyczyło to zarówno GPW, jak i najważniejszych rynków światowych. O fatalnym początku roku w wykonaniu giełdy w USA nie trzeba nikomu przypominać. Niżej były też kluczowe indeksy giełd europejskich, chociaż spadki były mniejsze niż za oceanem, gdzie Nasdaq spadł o 8,98 proc. DAX spadł o 2,6 proc., CAC40 o 2,15 proc., a FTSE250 o 6,62 proc.

Na tym tle widać w tym roku bardzo dużą korelację naszej GPW z rynkami bazowymi, widoczny też jest wspólny kierunek najważniejszych polskich indeksów. O ile w przeszłości, gdy dobry sentyment na rynku akcji pchał go do góry w myśl zasady, że „przypływ podnosi wszystkie statyki”, o tyle spadki dotyczące czterech najważniejszych benchmarków są już większą rzadkością. Ostatni raz taka sytuacja miała miejsce 2016 r., a w jeszcze większym stopniu w latach 2008-2009, kiedy to indeksy potrafiły spadać nawet o ponad 10 proc. Był to jednak środek największego kryzysu ostatnich lat, na pewno długofalowego, bo trudno było znaleźć jakikolwiek miesiąc, który przynosił wtedy zyski.
Co ciekawe - wtedy, kiedy styczeń nie wypadał zbyt dobrze dla giełdowych byków, często mogli się oni cieszyć z dodatniego wyniku w całym roku. W 2016 r. WIG zakończył ze 11,38 proc. stopą zwrotu, WIG20 był 4,77 proc. wyżej, a mWIG40 pozwolił zarobić aż 18,18 proc. Przywołane kryzysowe lata, zwłaszcza w odniesieniu do 2009 r., dały zarobić 46,85 proc. na WIG, a na WIG20 33,47 proc.
2022 r. to już trzeci rok z rzędu, kiedy indeks największych spółek notuje stratę w pierwszym miesiącu roku. Taka seria nie miała dotąd miejsca. Dwa razy z rzędu na minusie po styczniu WIG20 był w latach 2013-2014 i 2008-2009. W tym roku tylko 6 spółek z indeksu potrafiło wyjść na plus po styczniu, z tym że najlepszej z nich - JSW - udało się zwyżkować o 13,42 proc., kiedy najgorsze w zestawieniu CCC spadło aż o 27,20 proc.
Ja wykazał prof. Krzysztof Borowski w swoich badaniach nad występowaniem "efektu stycznia" („Występowanie efektu stycznia i grudnia na przykładzie spółek notowanych na GPW w Warszawie”), jest on na GPW silniejszy niż "efekt grudnia". W dodatku wskazał, że można wyciągnąć wniosek, że natężenie występowania "efektu stycznia" jest silniejsze w latach nieparzystych. Tyle statystyka starająca się zbadać anomalię efektywności rynków finansowych. W tym roku "efekt stycznia" nie wystąpił, a jak bardzo rynki finansowe są ze sobą połączone, tworząc właściwie jeden organizm, pokazała szerokość spadków, które objęły większość znaczących giełd światowych.
































































