REKLAMA
WAKACJE NA GIEŁDZIE

Misja, czyli także szkoła przetrwania

2007-12-18 12:46
publikacja
2007-12-18 12:46
Rozmowa z ks. dr. Czesławem Noworolnikiem, sekretarzem Komisji Episkopatu Polski ds. Misji Bożena M. Dołęgowska-Wysocka: Czy mógłby się ksiądz przedstawić Czytelnikom naszej gazety?

Ks. Czesław Noworolnik: Od czterech lat jestem sekretarzem Komisji Episkopatu Polski ds. Misji. Głównym zadaniem Komisji jest koordynacja działalności misyjnej Kościoła polskiego. Oprócz duchowej opieki nad misjonarzami, którą na co dzień się zajmujemy, rodziły się kwestie jak najbardziej ziemskie. Co najmniej kilkanaście razy w roku stykaliśmy się z problemami misjonarzy, którzy ulegali wypadkom.

Czy są jakieś ustalone wzorce postępowania w takich przypadkach?

– Zawsze uruchamialiśmy nadzwyczajne ścieżki postępowania, aby tym misjonarzom (księżom, siostrom i świeckim) pomóc. Bardzo często kończyło się to ewakuacją do Polski i koniecznością podjęcia konkretnego leczenia. Nad misjonarzami czuwa Opatrzność, świadczą o tym wszystkie wypadki, o których wiem, zarówno te zakończone powrotem do Polski, chociaż finał mógłby być o wiele gorszy, jak i te, które „same z siebie” skończyły się szczęśliwie.

„Warunki pracy” takiego misjonarza są szczególne…

– Jest to grupa ludzi, którzy pracują w warunkach ekstremalnych. I to z różnych powodów.

A ilu ksiądz ich ma pod swoja opieką?

– W tym momencie mamy 2117 misjonarzy, którzy pracują w 94 krajach całego świata.

Olbrzymie rozproszenie!

– Tak, prawie nie ma kraju, w którym nie pracowałby misjonarz z Polski. Warunki, w których działają są przeróżne, ale przeważnie są naprawdę ekstremalne. Najczęściej nasi misjonarze pracują w najuboższych krajach świata: w Ameryce Południowej, najwięcej w Brazylii, Argentynie i Boliwii; w Afryce najwięcej jest ich w Zambii, Kamerunie i Tanzanii. W Azji, najwięcej jest ich w Kazachstanie.

Poznałam jakiś czas temu księdza Kazimierza, oblata, który przebywał na afrykańskiej misji w Czadzie, a teraz jest właśnie w Kazachstanie, nb. razem ze swym bratem, także misjonarzem.

– Wiem, o kim pani mówi. Nasi księża pracują w najmniej cywilizowanych miejscach, kilkudziesięciu jest w Nowej Gwinei.

… Tam już nie jedzą misjonarzy?

– Nie, przynajmniej nie tam, gdzie przebywają Polacy. Słyszałem jednak, że w rejonach, gdzie bardzo trudno dotrzeć, w górach porośniętych dżunglą, ciągle mieszkają plemiona kultywujące stare obrzędy sprzed kontaktów z białym człowiekiem.

Jaką ksiądz ma łączność z tymi misjonarzami?

– W zależności od kraju. Oczywiście najczęstszym sposobem naszej komunikacji jest list. Niestety, idzie on czasami miesiąc, czy dwa.

O, pod tym względem, nie trzeba jechać na misję. Ostatnio przyszedł do mnie list z Górki w Busku-Zdroju wysłany priorytetem, który szedł równo 10 dni. Wychodzi mniej niż 23 km dziennie. Chyba nawet z pielgrzymką idzie się prędzej… A maile też już kursują między Wami?

– Oczywiście. Jest dostęp do poczty internetowej w wielu rejonach świata. I nawet jeśli nie ma tej poczty na misji, to jest w najbliższym mieście.

Przepraszam, ale czy w seminariach uczy się przyszłych księży posługiwać komputerem?

– Dzisiaj, gdy ktoś przychodzi do seminarium, to po prostu zna już komputer, nie potrzeba wprowadzać informatyki do programu. Wracając zaś do łączności z misjonarzami – coraz szerzej wchodzi telefon komórkowy, nawet w krajach Afryki, gdzie nie ma normalnych linii telefonicznych, ale jest już łączność bezprzewodowa.

Wszędzie?

– Niestety, nie wszędzie. Norma polska i europejska, to nie jest norma światowa. Nasze zwyczajne „przyślę ci maila”, spotyka się z odpowiedzią: „Tak, ale ja po tego maila muszę jechać 100 kilometrów”.

Gdzie jest z tym najgorzej?

– W Afryce i niektórych rejonach Ameryki Południowej, w Andach czy dżungli nad Amazonką.

Jakie niebezpieczne wydarzenia z misjonarskiego życia zapadły księdzu w pamięć?

– Trzy lata temu musieliśmy ewakuować naszego misjonarza, którego samochód ostrzelano, a sam ksiądz został ranny. Dwa lata temu jeden z naszych misjonarzy wpadł z motorem do 10-metrowej studni i wyszedł z tego tylko ze złamaną nogą. W Czadzie mieliśmy sytuacje, z których na ludzką logikę, nikt nie powinien wyjść żywy. Drogi w buszu są bardzo niebezpieczne, zwłaszcza w porze deszczowej, kiedy pokrywa je cieniutka warstwa śliskiej glinki. Jedzie się po tym gorzej niż po lodzie.

Także w górach bardzo często zdarzają się wypadki. To o nich właśnie wspomniałem na początku naszego spotkania, Boża Opatrzność nad nimi czuwała. Mamy u siebie ludzi pracujących w najróżniejszych warunkach, także na terenach objętych oficjalnie działaniami wojennymi, albo na których raz po raz wybuchają rewolty, zamieszki, rewolucje, nie wspominając o walkach plemiennych. Nasi misjonarze żyją tym wszystkim na co dzień.

A inne niebezpieczeństwa

– Są to często choroby powstałe na skutek trybu pracy czy warunków życia panujących na misji. Są to np. schorzenia kręgosłupa, od częstej i długotrwałej jazdy samochodem po fatalnych drogach. To jest taki rajd Paryż – Dakar, trwający przez cały rok. Zdarzają się konsekwencje chorób tropikalnych, jak na przykład malarii.

Sprawa ubezpieczenia takiej specyficznej, niewielkiej i rozproszonej grupy zawodowej, to chyba dość trudny problem?

– Tak, to było podstawowym problemem w rozmowach z towarzystwami ubezpieczeniowymi, do których próbowaliśmy dotrzeć, lub które same się do nas zgłaszały; właśnie to wysokie ryzyko, rozproszenie i różnorodność, no i mała w sumie liczebność grupy.

W jakim wieku są misjonarze, bo to dla ubezpieczycieli też jest bardzo ważne?

– Od trzydziestu do siedemdziesięciu kilku lat. Mówiąc zaś o ubezpieczeniach – nam zależało na tym, aby był to jednolity system bardziej zabezpieczeniowy niż stricte ubezpieczeniowy. Do tej pory większość trosk o zabezpieczenie księży misjonarzy leży na naszych, tj. kościelnych, barkach. Chcę podkreślić, że nigdy nie zdarzyło się, aby poszkodowany w jakikolwiek sposób misjonarz pozostał bez opieki. Niezbędne środki zawsze znajdywały się. Ale to jest działanie nadzwyczajne, a moim marzeniem i celem było to, aby stworzyć zwarty system. Aby misjonarz, który wyjeżdża z Polski wiedział, że w każdym momencie gdy coś się z nim dzieje, ma zabezpieczenie, zarówno jeśli chodzi o bieżące leczenie, jak i środki na zabezpieczenie przyszłości.

Jak jest z tym w innych, znanych księdzu krajach?

– Szukając dla misjonarzy ubezpieczyciela, zapoznałem się też z ubezpieczeniami istniejącymi i dobrze funkcjonującymi dla misjonarzy francuskich, hiszpańskich czy włoskich. Mają oni podstawowe ubezpieczenia typu polskiego ZUS, za który w Polsce płaci Fundusz Kościelny na mocy porozumienia między państwem a Kościołem, oraz ubezpieczenia dodatkowe. Powiem dla ciekawostki, że np. we Francji sam Kościół prowadzi towarzystwo ubezpieczeniowe. Byłem w tych rozmaitych negocjacjach otwarty na różne propozycje, ale zawsze dochodziliśmy do pewnego momentu, kiedy nie mogliśmy dojść do wspólnego mianownika w sprawie ujednolicenia grupy. I to wydawało się nie do przeskoczenia. Mnie zależało jeszcze na tym, aby te pieniądze zgromadzone ze składek „nie przepadały”, aby gromadziły się i pracowały na siebie.

No i?...

– No i trafił się właściwy człowiek, który oprócz tego, że sam był świetnym ubezpieczeniowym fachowcem, poznał misjonarzy, ich środowisko i specyfikę.

A gdzie miał taką możliwość? Chyba, że sam został misjonarzem…

– Nie, przebywał jakiś czas w naszym domu rekolekcyjnym w Jastrzębiej Górze nad Bałtykiem i poznał tam misjonarzy po różnych życiowych wypadkach. Jest to blisko Gdyni, gdzie jest Klinika Chorób Tropikalnych (nb. przebadanie się w tej klinice to zawsze obowiązkowy punkt „wypoczynku” naszych misjonarzy w Polsce). Reasumując: po długich negocjacjach z towarzystwem, negocjacjach, w które włączyły się osobiście bardzo wysokie szczeble decyzyjne, doszło do zawarcia ubezpieczenia grupowego na życie misjonarzy.

Jakie to towarzystwo?

– TU Generali. Ubezpieczenie obejmuje NNW i to już funkcjonuje. W jakiejś perspektywie chcielibyśmy, by doszło do tego ubezpieczenie kosztów leczenia. Oferta jest już przygotowana, ale ciągle nie podpisaliśmy umowy, ze względów finansowych.

Za wysokiej składki?

– Tak.

Może jak przeczytają naszą rozmowę inni ubezpieczyciele, to się zgłoszą do księdza, może ich Bożonarodzeniowy nastrój natchnie…

– Daj Boże. My funkcjonujemy tylko z tych funduszy, które nam ludzie przekazują. Chodzi mi o to, by tych pieniędzy nie wydawać niezbyt rozsądnie, by ich nie marnować. My nie jesteśmy normalnym zakładem pracy wypracowującym zyski, tylko działamy – mówiąc ziemskim i finansowym językiem – non profit.

Jeśli „zyski”, to w życiu przyszłym…Widzę, że jeszcze długa droga, jeśli chodzi o pełne zabezpieczenie księży misjonarzy.

– Chcemy przekonać środowiska kościelne i finansowe, że warto to zrobić.

Tak sobie myślę, że jeśli chodzi o konstruowanie grupy, to rzeczywiście misjonarze stanowią małą grupę wysokiego ryzyka, ale przecież gdyby ich włączyć w wielką grupę „zwykłych” księży, to ryzyko uległoby po pierwsze zmniejszeniu, po drugie zaś – rozproszeniu. To może tędy droga? Zabezpieczenie dla wszystkich polskich osób duchownych?

– Tak, to dobra idea.

A księża ubezpieczają się na życie?

– To nie jest obowiązkowe u nas, nie ma w tym względzie żadnego systemu i nikt tym nie kieruje. III filar jest, a właściwie go nie ma.

O! Widzę, że i ksiądz na filarach się zna.

– Musiałem się poznać, gdy studiowałem problemy ubezpieczeń. To chyba normalne.

A ksiądz ma swoją własną polisę na życie?

– Szczerze? Nie, nie mam.

Jednym słowem ksiądz też jest „do wzięcia”. Myślę, że oferty indywidualne i zbiorowe posypią się po Świętach…

– Byle były dobre.

Proszę powiedzieć, skąd się ksiądz wziął w tej pracy, to znaczy – przepraszam – pytam o drogę „zawodową” księdza.

– Jakieś czas temu pracowałem w Tanzanii.

Czyli był ksiądz regularnym misjonarzem!

– Nie tak do końca, byłem trochę innym misjonarzem, bowiem nie pracowałem w buszu, lecz w seminarium, gdzie wykładałem teologię dogmatyczną. Mam doktorat z teologii systematycznej. Służyłem przyszłym księżom misjonarzom przybyłym do Tanzanii z całego świata. Pewnego dnia zostałem wezwany do Polski, aby objąć obecną funkcję.

Komisja Episkopatu Polski ds. Misji to nowość w Kościele? Przepraszam, że pytam o podstawy, ale nie znam ich, a i myślę, że większości naszych Czytelników także.

– Nie, ta Komisja ds. Misji istnieje w polskim Kościele od 40 lat. Okrągła rocznica minęła właśnie w roku bieżącym. Powstała w 1967 roku właśnie po to, aby zająć się przygotowaniem, a potem opiekować się księżmi diecezjalnymi, czyli jak ich czasem popularnie się nazywa „księżmi świeckimi”. Teraz jest ich 313 i 50 osób świeckich, z czego zdecydowana większość to kobiety.

Czy te powołania powstają nagle?

– Nie. Zwłaszcza powołania misyjne są przeważnie długim procesem. To nie jest przygoda, wycieczka, tylko prawdziwa szkoła przerwania, która trwa kilkanaście, albo i więcej lat.

Ma ksiądz oczywiście zdjęcia z różnych misji. Czy moglibyśmy opublikować je w gazecie, jako ilustrację naszej rozmowy?

– Oczywiście, proszę, przygotowałem na początek kilka, także ze swoich wizytacji.

Czy te dzieci ze szkoły w Afryce mogłyby wziąć udział w naszym wakacyjnym konkursie rysunkowym, który co roku organizujemy z Gerlingiem Życie?

– Czemu nie? Możemy spróbować.

To spróbujmy coś zrobić wspólnie. Dziękuję serdecznie za rozmowę.

Bożena M. Dołęgowska-Wysocka
Dodaj Bankier.pl w Google
Źródło:
Tematy
Nie tylko 0 zł za konto. Sprawdź, które rachunki firmowe naprawdę się opłacają
Nie tylko 0 zł za konto. Sprawdź, które rachunki firmowe naprawdę się opłacają

Komentarze (0)

dodaj komentarz

Powiązane:

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki