Dla zwolenników równości społecznej progresywne podatki dochodowe są środkiem jej wprowadzenia. Idea jest taka, że „bogaci” oddają państwu więcej niż „biedni”, dzięki czemu rząd może tym drugim zapewnić zasiłki, ulgi podatkowe, czy „darmowe” usługi medyczne. Egalitaryści nie mogą zaakceptować faktu, że milionerzy opodatkowani są niższą stawką podatkową niż „zwykli ludzie”.
Dobry miliarder i biedna sekretarka
Symbolem tej nierówności stała się sekretarka legendarnego inwestora Warrena Buffetta, którego majątek szacowany jest 50 miliardów dolarów, co daje mu trzecią pozycję na liście najbogatszych ludzi świata. Sam Buffett rozgłosił, że w zeszłym roku jego efektywna stawka podatkowa wyniosła 17,4%. Tymczasem jego sekretarka Debbie Bosenek oddała państwu 35,8% swoich zarobków. Na tej podstawie prezydent Barack Obama zażądał, aby osoby zarabiające ponad milion dolarów rocznie płaciły 30-procentowy podatek dochodowy.
„Debbie pracuje tak samo ciężko jak ja i płaci dwa razy wyższą stawkę podatkową” - powiedział Warren Buffett, Demokrata i zwolennik Obamy. Na pierwszy rzut oka wydaje się rozsądne, aby osoby lepiej zarabiające płaciły takie same podatki jak ludzie o niskich dochodach. Sam bym poparł takie rozwiązanie, gdyby prezydent Obama czy premier Tusk zechcieli je wprowadzić. Tyle że obraz sytuacji w Ameryce rysowany przez jej prezydenta całkowicie rozmija się z rzeczywistością.
Mit „biednej sekretarki” jako pierwszy zakwestionował komentator „Forbesa” Paul Gregory. Według jego rachunków bazujących na statystykach amerykańskiego urzędu skarbowego pani Bosenek musiała zarobić 200-500 tys. dolarów, aby wpaść w tak wysoki próg podatkowy. Ponieważ podatnicy w tym przedziale płacą średnio 19% podatku, to sekretarka Buffetta musiała znaleźć się raczej bliżej 500 tys. To pokrywałoby się ze skalą podatkową, gdzie stawką 35% opodatkowane były roczne dochody przekraczające 379.151 dolarów. Oznacza to, że „biedna sekretarka” sama może być milionerką i według prezydenta Obamy powinna płacić... wyższe podatki.
Kto utrzymuje rząd Stanów Zjednoczonych?
Wpływy do federalnej kasy w zdecydowanej większości pochodzą z podatków dochodowych. Amerykański system podatkowy należy do jednych z najbardziej skomplikowanych na świecie. Sześciu stawkom podatkowym (od 10% do 35%) towarzyszy niezliczona liczba ulg, odliczeń i zwolnień. Efekt jest taki, że w 2010 roku prawie połowa Amerykanów w ogóle nie zapłaciła podatku dochodowego!
To, kto w USA płaci podatki, pokazują statystyki zebrane przez Tax Foundation. Wynika z nich, że 1% najlepiej zarabiających Amerykanów (niespełna 1,4 mln osób) zapewnia aż 36,7% wpływów podatkowych. W 2009 roku 10% „najbogatszych” wygenerowało 70,5% wpływów z tytułu PIT. Najmniej zarabiający stanowiący aż połowę podatników (blisko 69 mln ludzi) wnieśli do budżetu zaledwie 2,3% ogółu wpłaconych podatków! Oznacza to, że stosunkowo niewielka grupa dobrze zarabiających utrzymuje całe supermocarstwo, oferujące dziesiątkom milionów swych obywateli ogromne wsparcie socjalne w postaci „darmowej” opieki medycznej, zasiłków dla bezrobotnych czy bonów żywnościowych. A to wszystko dzięki pracy, zaradności i przedsiębiorczości kilku procent podatników.
Wróćmy jednak do przykładu Buffeta i jego sekretarki. Miliarder przyznał, że tylko w zeszłym roku oddał państwu 6,39 miliona dolarów, czyli efektywnie 17,4% uzyskanego dochodu z zysków kapitałowych. Pani Debbie Bosenek, choć musiała oddać aż 35,8% (czyli względnie dwa razy więcej), to zasiliła budżet państwa kwotą co najwyżej 179 tysięcy dolarów. To przeszło 35-krotnie mniej niż Warren Buffett, który w ciągu jednego roku płaci więcej podatków niż przeciętny Amerykanin przez całe swoje życie. Kto więc zapłacił większy podatek: Buffett czy Bosenek?
Sekretarka inwestora i analityk
Praca w firmie Buffetta nie tylko musi być fascynująca, ale najwyraźniej jest też dobrze płatna. Nie przeszkadza mi, że sekretarka inwestora zarabia prawie pół miliona dolarów rocznie. Jej praca zapewne warta jest tych pieniędzy. Życzę jej podwyżki, dzięki której będzie mogła wesprzeć Biały Dom jeszcze większym podatkiem.
Jednakże czuję się trochę nieswojo. Zarabiając kilkudziesięciokrotnie mniej od sekretarki, muszę oddać państwu polskiemu prawie 70% moich dochodów. Oznacza to, że moja efektywna stawka podatkowa jest niemal dwa razy wyższa niż pani Bosenek. Każdemu legalnie pracującemu Polakowi fiskus zabiera 32,2% w postaci „składek na ZUS” (34,2% po podwyżce składki rentowej), następnie 18% podatku dochodowego, 23% VAT i do tego jeszcze akcyzę, opłatę paliwową i niezliczoną liczbę innych danin publicznych: od podatku od nieruchomości zaczynając, na podatku od psa kończąc.
Krzysztof Kolany
analityk Bankier.pl































































