Nocą z lotu ptaka Tbilisi wygląda jak świetlisty wąż. W jednym miejscu wężowa łuska jest zielona, a w innym połyskuje czerwienią. Kiedy się patrzy na miasto z pokładu samolotu, można odnieść wrażenie, że ogromny gad pełznie po górskich zboczach, dociera do szczytów i ześlizguje się w doliny. Jego poskręcane cielsko tworzy pętle i zawijasy. Nawet uważny obserwator nie potrafi jednak dostrzec, gdzie jest ogon, a gdzie głowa potwora. Ten niesamowity efekt daje tysiące latarni oświetlających stolicę Gruzji.


*Artykuł stanowi fragment książki pt. "Klątwa gruzińskiego tortu" Macieja Jastrzębskiego (Editio 2014)

Gdy po raz pierwszy lądowałem w Tbilisi, świetlisty wąż wydawał mi się przypadkową plątaniną jaskrawych zygzaków. Za drugim razem potrafiłem już rozpoznać, w którym miejscu cielsko gada sunie szeroką autostradą, a w którym oplata ruiny starej twierdzy. Z czasem tbiliski wąż przestał być dla mnie tajemniczym potworem, chaotycznie miotającym się wśród górskich zboczy. Po intensywności i kolorze świateł rozpoznaję ulice, budynki i mosty. Wiem, że tureckie łaźnie połyskują błękitem, pałac prezydenta Gruzji zielenią, zaś mrugające czerwienią punkciki to wieża telewizyjna.
Kiedy z okien lądującego samolotu spogląda się na rozświetlone miasto, ma się wrażenie, że nawet w środku nocy tętni ono życiem. Jednak w rzeczywistości tak nie jest. Ulice są puste, restauracje zamknięte i tylko taksówkarze nie śpią, czekając na klientów. Po północy jedynym gwarnym miejscem w stolicy Gruzji jest lotnisko. O tej porze do Tbilisi przylatują samoloty większości europejskich linii lotniczych. Pasażerowie ustawiają się w długich kolejkach do odprawy paszportowej, kilkadziesiąt minut czekają na swoje bagaże i rozbiegają się po terminalu w poszukiwaniu kantorów wymiany walut. Przed budynkiem portu lotniczego, przypalając jednego papierosa od drugiego, taksówkarze walczą o klientów. Ja na szczęście nie muszę martwić się o transport: na parkingu obok lotniska zawsze czeka na mnie samochód. Korpulentny kierowca, tak na oko po pięćdziesiątce, na mój widok uśmiecha się i szeroko otwiera ramiona.
Witaj, przyjacielu. Jak się masz? pyta, ściskając moją dłoń na powitanie.

Dziękuję, u mnie wszystko dobrze. Cieszę się, że cię widzę odpowiadam, odwzajemniając uścisk.
W drodze do hotelu rozmawiamy o sytuacji w Gruzji, ustalamy plan zajęć na najbliższe dni i plotkujemy o naszych wspólnych znajomych. Od lat gdy przyjeżdżam do Gruzji, mieszkam w tym samym hoteliku położonym przy jednej z głównych ulicy Tbilisi. W recepcji zaspany portier podaje mi klucz do pokoju. O nic nie pyta i niczego nie tłumaczy. Nim zdążę się wdrapać po stromych schodach na pierwsze piętro, on już zapada w drzemkę. Siadamy z kierowcą na tarasie i popijając gruzińskie wino, rozmawiamy do świtu.
Dżabę poznałem w maju 2008 r., w trakcie kampanii wyborczej do parlamentu. Trzy miesiące później, gdy wybuchła gruzińsko-rosyjska wojna o Osetię Południową, woził mnie na front. Współpraca układała nam się świetnie. Ja rozmawiałem z Gruzinami uciekającymi przed rosyjskim wojskiem, a on dbał o moje bezpieczeństwo. Był takim aniołem stróżem, który w odpowiednim momencie siłą wpychał mnie do samochodu i wywoził ze strefy ostrzału. Dzięki jego znajomościom zawsze mogliśmy liczyć na schronienie w którejś z wiosek na pograniczu gruzińsko-południowoosetyjskim. Po wojnie kontynuowaliśmy znajomość. Dżaba okazał się nie tylko dobrym kompanem, ale również świetnym przewodnikiem. Pokazał mi Gruzję, jakiej nie zobaczy przeciętny turysta. Odkrył przede mną sekrety lokalnych tradycji i był niezwykle pomocny przy organizowaniu spotkań z gruzińskimi politykami.
Nie potrafię tego wyjaśnić, ale wydaje mi się, że Polak z Gruzinem potrafią znaleźć wspólny język. Zapewne nie zawsze i nie na każdy temat, ale jakoś się dogadujemy. Choć czasami między mną a kierowcą wybuchały dość emocjonalne dyskusje, zawsze po burzy z piorunami wychodziło słońce. My lubimy Gruzinów i oni nas też. Darzymy się wzajemnym szacunkiem i zaufaniem. Potwierdzają to również sondaże opinii publicznej. Na liście przyjaciół Gruzji od wielu lat Polacy zajmują pierwsze miejsce. Nie ma i w przeszłości nie było konfliktów między naszymi krajami. W ostatnich latach ugruntowało się w Gruzji przekonanie, że na Polaka zawsze można liczyć. Niewątpliwie miały na to wpływ wydarzenia z sierpnia 2008 r. Wtedy to przecież właśnie Polska najostrzej zareagowała na wtargnięcie rosyjskich wojsk do Gruzji. Przez wiele miesięcy organizowaliśmy pomoc humanitarną dla osób poszkodowanych w konflikcie zbrojnym. Jesteśmy też orędownikami integracji Gruzji ze strukturami Unii Europejskiej i NATO. Wspieramy gruzińskie reformy i pomagamy temu krajowi odbudowywać gospodarkę. Gruzini mówią, że Polacy równie chętnie jak oni chwytają za kieliszek i szablę. Podobno oba narody tak samo kochają wolność i równie wiele wycierpiały, aby jej bronić. Mimo tych podobieństw i wzajemnej sympatii Polacy o Gruzji wiedzą niewiele, a Gruzini o Polsce jeszcze mniej.
Według mnie największym bogactwem Gruzji jest przyroda. Dzika, nieprzewidywalna, potrafiąca zawładnąć wszystkimi zmysłami człowieka. Góry Kaukazu są piękne i zarazem straszne. Wystarczy zejść ze szlaku, aby się o tym przekonać. Rzeki i jeziora w Gruzji mają wodę tak czystą, że można dostrzec kamienie leżące na dnie. Zachwycają, ale bywają też zdradliwe. Siedząc nad górskim potokiem, w cieniu skalistych zboczy, można bez końca słuchać gruzińskich pieśni sławiących piękno krajobrazu, upajając się przy tym zapachem kwiatów i smakiem wina. Sami Gruzini wierzą, że tę krainę podarował im Bóg.
"Gdy Stwórca dzielił ziemię między narody, Gruzini przyszli ostatni.
Spóźniliście się rzekł do nich z wyrzutem Pan.
Przepraszamy, ale piliśmy wino za Twoje zdrowie tłumaczyli Gruzini.
Cóż mam z wami począć? Nie mam już ziemi, wszystko rozdałem zatroskał się Bóg. Gruzini pokornie pochylili głowy i trwali w milczeniu. Stwórca pogładził swoją długą, siwą brodę, uśmiechnął się i zdecydował: Weźcie więc tę część, którą przygotowałem dla siebie."
I tak Gruzini dostali we władanie maleńki kawałeczek ziemi wciśnięty między brzeg Morza Czarnego a góry Kaukazu.
*Artykuł stanowi fragment książki pt. "Klątwa gruzińskiego tortu" Macieja Jastrzębskiego(Editio 2014)




























































