Pierwsza spektakularna akcja CBA nie jest związana z korupcją, a dotyczy przestępstwa gospodarczego. Akcja udana, zakończona zatrzymaniem najpierw Roberta M., a następnie Wiesława B., wobec których istnieje podejrzenie, że umyślnie chcieli doprowadzić do bankructwa firmę Kama Foods, którą zarządzali. Pytanie tylko czy sprawą równie dobrze nie mogło zająć się CBŚ lub ABW? I czym, w gruncie rzeczy, różnią się zamaskowani funkcjonariusze, którzy aresztowali wczoraj dwóch podejrzanych? Czy tylko naszywką na mundurze?
Tropić korupcję
W swoim założeniu CBA miało tropić korupcję i sprawdzać oświadczenia majątkowe oraz kontrolować przestrzeganie zakazu łączenia funkcji publicznych z działalnością gospodarczą. Wokół biura narastało sporo kontrowersji jeszcze zanim zaczęło na dobre funkcjonować. Krytykowano uprawnienia jakie otrzymali funkcjonariusze CBA, wg których mogą oni kontrolować rachunki i transakcje bankowe, podsłuchiwać rozmowy telefoniczne, przeszukiwać biura, zatrzymywać samochody, używać broni i działać poza granicami Polski.
Mało pracy?
Problem w tym, że poza dyskusjami, próbami zaskarżania do Trybunału Konstytucyjnego, wokół biura prowadzonego przez Mariusza Kamińskiego, niewiele się działo. Zamiast tropić korupcję, urzędników do niedawna pochłaniał głównie przetarg na ekskluzywne samochody. Prasa donosiła jedynie o wysiedleniu z garażów w pobliżu CBA dotychczasowych użytkowników, ze strachu, że mogą tam zostać zamontowane urządzenia podsłuchowe. Trudno tu zatem mówić o sukcesach.
W oczekiwaniu na...
Nic dziwnego, że wszyscy czekali na pierwsze działania związane bezpośrednio z tym, do czego Biuro zostało powołane. Spektakularna akcja zatrzymania Roberta M., dobrze znanego wszystkim rajdowca, aktualnie trudniącego się lobbingiem, sprawnie poruszającym się na salonach i związanym z ludźmi lewicy. Aresztowaniu musiał zatem towarzyszyć pomruk niezadowolenia, wszak Robert M. zna wielu i sporo wie, nawet jeśli nie jest to związane ze sprawą jego aresztowania.
Kto się boi?
Funkcjonariusze zatrzymali go, gdy wsiadał do samolotu Jana Kulczyka, by polecieć na andrzejkową imprezę, którą na Maladze zorganizował inny przedsiębiorca - Andrzej Czarnecki. Ale to nie wszystkie nazwiska, które pojawiły się w tej sprawie. W radzie spółki Kama Foods, którą zarządzali Robert M. i drugi zatrzymany - Wiesław B., zasiadał między innymi Leszek Miller junior. Według CBA, zatrzymani są podejrzani o wyprowadzenie ze spółki 140 mln zł. Nic dziwnego, że firmowanie afery swoim nazwiskiem jest dziś większości tych, których dobrze znał Robert M., nie na rękę. Nie na rękę musi też być dziś jego współpraca z firmą doradczą Ernst&Young, dla której pracował były rajdowiec do momentu zatrzymania.
Będą następni?
Robert M. został zatrzymany na trzy miesiące. Mariusz Kamiński zapowiada, że to dopiero początek aresztowań w związku z tą sprawą. Pierwsza akcja zakończyła się zatem spektakularnym sukcesem. Miał być porządek, zero tolerancji i tak jest. I tu jednak powraca pytanie, które zadaliśmy sobie na początku, czym jednak ta sprawa różni się od wielu innych, którymi do tej pory zajmowały się CBŚ i ABW? Co odróżnia aresztowanie Roberta M. od innych, których dokonywały do tej pory Biuro i Agencja? I odpowiedź jest oczywiście prosta - niczym.
Tanie-drogie państwo
Skąd zatem taki podział? I czy jednoczesny pierwszy sukces nie okazał się pierwszą porażką? I dowodem na to, że CBA jest trochę sztucznym wymysłem, w którym pracuje kilkudziesięciu dobrze opłacanych urzędników, jeżdżących luksusowymi samochodami, a którzy trudnią się tym samym, co ich koledzy z CBŚ i ABW. I nie ma w tym nic złego, im więcej tropiących, tym lepsze efekty. Tyle, że obietnica „taniego państwa” po raz kolejny okazuje się tanim sloganem IV RP, o którym nikt już dzisiaj nie pamięta i nikt do końca nie potrafi wytłumaczyć na czym miał polegać.
Eliza Snowacka



























































