Podczas czwartkowej sesji S&P500 wyznaczył czwarty z rzędu rekord wszech czasów. Dow Jones dokonał tej sztuki trzeci raz z rzędu. Wall Street wciąż czeka na szczyt w wykonaniu indeksu Nasdaq.


Jeszcze w poniedziałek raportowanie o nowym maksimum S&P500 uchodziło za gratkę. Cztery dni później stało się rutyną. Od dziś nowy nominalny rekord wszech czasów w wykonaniu S&P500 to 2.168,97 pkt. Na zamknięciu najważniejszy amerykański indeks giełdowy zyskał 0,53%, meldując się na poziomie 2.163,75 pkt.
Nowy rekord wyznaczył także Dow Jones (18.537,57 pkt.), w ciągu dnia zyskując 0,73%. Z trzech głównych amerykańskich indeksów szczytu z maja 2015 roku nie pobił tylko Nasdaq, który po zwyżce o 0,57% umocnił się powyżej pułapu 5.000 punktów.
Co takiego zachęciło inwestorów do kupowania rekordowo drogich akcji? trudno powiedzieć. Z pewnością nie były to „atrakcyjne wyceny”. Indeks S&P500 notowany jest po 17,3 – krotność (!) oczekiwanych zysków, czyli drożej niż w szczycie hossy w 2007 roku. Analitycy prognozują, że zyski spółek tworzących S&P500 w drugim kwartale spadły o ponad 5% rdr. Poprawa wyników – jak zwykle zresztą – oczekiwana jest „w przyszłym roku”.

Jednak póki co inwestorzy dobrze przyjmują pierwsze raporty kwartalne amerykańskich spółek. Po tym, jak Alcoa pokazała mniejszy od oczekiwań spadek zysku netto, w czwartek pozytywnie przyjęto wyniki JP Morgan Chase. Akcje największego amerykańskiego banku podrożały o 1,5%.
Swoje robią też nadzieje na dalsze luzowanie polityki banków centralnych. W środę Loretta Meste – szefowa Fed z Cleveland – powiedziała, że „w mojej opinii helicopter money byłyby następnym krokiem, jeśli znaleźlibyśmy się w sytuacji, która wymagałaby więcej poluzowania”.
Krzysztof Kolany






























































