Tekstem red. Gadomskiego zajmowałem się już poprzednio (“Drogi katarski gaz za stocznie?”). Przyjrzyjmy się zatem argumentacji redaktora Andrzeja Kublika. Niestety, już tytuł “Najdroższy jest gaz, którego brakuje” wprowadza w błąd. Koszty dla Polski dotychczasowych kryzysów dostaw gazu były ZEROWE. Własnych zasobów, magazynów, działających rurociągów (w 2004r. z Ukrainy, gdy białoruski przez jeden dzień nie działał, a w 2009 - białoruski, gdy ukraiński nie przez trzy tygodnie działał) - wystarczyło, żeby nie doszło do żadnych strat. Żadnych. Tak więc fizycznie Polska jest dość bezpieczna i jakoś nie widać tego gazu, który brakuje.
Co więcej - obecnie obawą publicystów, podzielających poglądy red Kublika, jest fakt, że Rosjanie chcą nam dostarczać w ramach kontraktów długoterminowych (warto pamiętać - fundamentu bezpieczeństwa gazowego Europy) - więcej gazu. My nie chcemy - mamy obawy przed uzależnieniem. Ale jeśli boimy się o braki, kłopoty i koszty “gazu, którego nie ma”, powinniśmy pójść na to, bo nie ma przypadku, żeby Gazprom nie wywiązał się z podpisanego kontraktu. Więc czego bardziej się boimy - braku gazu czy Gazpromu?
Andrzej Kublik pisze “PGNiG rzekomo przepłaciło”. Porównanie z japońskimi kontraktami uznaje za niewiarygodne, gdyż “długoterminowa umowa, której towarzyszyły japońskie inwestycje w eksploatacje złóż oraz dostawy sprzętu od japońskich koncernów. Nic dziwnego, że tacy odbiorcy mogą wynegocjować preferencyjne warunki”. Dokładnie. Właśnie tak. Jeżeli się współpracuje, inwestuje, pomaga rozwijać - to się ma lepsze warunki. Dlatego nie powstał terminal w Wilhelmshaven, bo dobre warunki można osiągnąć działając na wszystkich poziomach biznesowego łańcucha wartości. Inaczej ma się droższy gaz - tak jak my.


























































