Dokładnie osiem lat temu, 9 marca 2009 roku, S&P500 wyznaczył najniższy kurs zamknięcia w trwającej ponad rok bessie. Od tego czasu wartość tego indeksu wzrosła 3,5-krotnie, a nastroje inwestorów zmieniły się o 180 stopni.


8 lat temu zastanawiano się, czy (albo wręcz kiedy) upadną dwa z trzech największych banków Stanów Zjednoczonych: Bank od America i Citigroup. Oba zostały uratowane dzięki setkom miliardów dolarów gwarancji i gotówki wpompowanych przez rząd USA na koszt podatników. Kilka tygodni później Rezerwa Federalna odpaliła pierwszą rundę „ilościowego poluzowania”(QE).
To wszystko przesądziło sprawę. Ceny akcji eksplodowały, odbijając się od kilkunastoletnich minimów. Dziś Dow Jones, S&P500 i Nasdaq znajdują się blisko najwyższych poziomów w historii, przez poprzednie kilka miesięcy śrubują rekordy wszech czasów. Nastroje inwestorów są wyśmienite, a wyceny akcji astronomiczne.
Czyli dokładnie na odwrót niż osiem lat temu, gdy wyceny były w miarę niskie, a sentyment wręcz katastroficznie zły. Wtedy wszyscy się bali, dziś wszyscy są chciwi. Chciwość objawia się choćby w tym, że od blisko pół roku inwestorzy kupują każdy dołek (strategia BTFD) – S&P500 od 102 (słownie: stu dwóch) sesji nie zaliczył dziennego spadku o przynajmniej 1%.

Jak na tak okazałą rocznicę (tylko jedna hossa w USA trwała dłużej niż obecna) bilans czwartkowej sesji nie był zbyt okazały. S&P500 zyskał 0,08%, Dow Jones ledwie 0,01%, a Nasdaq urósł o 0,02%.
Jednakże wystarczy szybki rzut oka na kalendarium, aby przestać się dziwić. Przed piątkową sesją oczekują na nas lutowe dane z amerykańskiego rynku pracy, po których rynek spodziewa się solidnego wzrostu zatrudnienia. A już w najbliższą środę Rezerwa Federalna ma dokonać trzeciej w ciągu dekady podwyżki stóp procentowych.
Krzysztof Kolany






























































