Bohdan Bartoszewicz, ekspert firmy doradczej Deloitte, przyznaje, że ceny rosną, ponieważ zwiększa się popyt na benzynę i diesla związany z urlopami. Do tego do symbolicznej granicy 5 zł za litr jest na razie daleko. Gdyby skoczyła do tego poziomu, Polacy odstawiliby samochody do garaży albo prywatni importerzy zaczęliby sprowadzać paliwo z Zachodu, bo byłoby o wiele tańsze niż w Polsce.
Dystrybutorzy mogą sobie pozwolić na windowanie cen, bo w hurtowniach jest coraz taniej. Według danych e-petrol od 20 czerwca do wczoraj rafinerie obniżyły cenę benzyny bezołowiowej 95 o 34 grosze na litrze, a oleju napędowego o 24 grosze. Na stacjach takich zmian nie widać. Przeciwnie, benzyna jest nawet o 4 grosze droższa niż przed miesiącem, a olej napędowy o pięć. Dlaczego tak się dzieje? "Przy ustalaniu cen hurtowych dostosowujemy się na bieżąco do notowań na rynkach międzynarodowych. Natomiast ceny detaliczne zmieniamy z pewnym opóźnieniem" – mówi Dawid Piekarz, rzecznik prasowy PKN Orlen.
Analitycy twierdzą tymczasem, że czas między zmianą ceny hurtowej a detalicznej wydłuża się coraz bardziej. Szymon Araszkiewicz, analityk e-petrol, zauważa, że jeszcze niedawno dystrybutorzy robili to najwyżej po kilkunastu dniach od ich korekty w hurcie. "Tymczasem teraz minął już miesiąc od obniżki cen w rafineriach, a na stacjach tego nie widać" – twierdzi Araszkiewicz.
Według Andrzeja Szczęśniaka, niezależnego eksperta rynku paliwowego, właściciele stacji benzynowych opóźniają obniżki cen i podnoszą marże, ponieważ chcą poprawić swoje wyniki po chudych dla nich pierwszych miesiącach tego roku. Nie wiadomo, jak długo taka sytuacja będzie trwała. Analitycy zapowiadają stabilizację na rynku paliw, a to oznacza, że nawet jeśli ceny ropy na rynkach światowych będą spadały, w Polsce na stacjach może być tak drogo, jak jest teraz.
Janusz K. Kowalski
Dziennik Finansowy
Więcej na ten temat



























































