

Minister Pracy sam przyznał, że tak duży spadek bezrobocia wynika przede wszystkim z małej liczby chętnych do zarejestrowania się w Urzędach Pracy. Część osób się wyrejestrowuje na skutek znalezienia pracy lub emigracji. Wiele osób w ogóle przestaje poszukiwać pracy i nie chce mieć statusu bezrobotnego.
Równocześnie spory odsetek osób tracących pracę uznaje, że nie ma sensu rejestrować się w PUP-ie i szuka zatrudnienia na własną rękę lub po prostu wyjeżdża za granicę. Powodem są niskie zarobki w Polsce i stosunkowo wysokie bezrobocie w wielu regionach (w szczególności we wschodnich powiatach).
Chociaż odnotowujemy poprawę koniunktury rozumianą jako wzrost dynamiki PKB na poziomie powyżej 3% to niestety, w sektorze przedsiębiorstw zatrudnienie wzrasta minimalnie (kilkaset etatów mdm), a to oznacza, że praktycznie nie ma istotnej korelacji pomiędzy spadkiem zarejestrowanych bezrobotnych a wzrostem zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw zatrudniających przynajmniej 9. pracowników. Oczywiście można tłumaczyć to wzrostem zatrudnienia w mniejszych firmach, ale obecny rozkład wydaje się być nieprawdopodobny. Czyżby mikro firmy miały więcej odwagi i możliwości do tworzenia etatów niż duże przedsiębiorstwa? Raczej nie.
Z tego względu stopa bezrobocia rozumiana jako zarejestrowana liczba bezrobotnych przestaje być wiarygodnym wskaźnikiem. Na skutek statystycznych, prawnych i finansowych przekładańców odnoszę wrażenie, że za główny cel podjęto wyrejestrowywanie bezrobotnych, a nie pomaganie im w znalezieniu pracy. Na szczęście mamy wskaźniki eurostatu, które bazują na metodologii BAEL - zgodnie z nimi stopa bezrobocia w Polsce wynosi 9,6% i w zasadzie od kilku miesięcy oscyluje własnie w obrębie tej liczby.






















































