Środa była kolejnym dniem „piłowania” indeksu S&P500. Najważniejszy giełdowy indeks świata wyrysował kolejny ząbek, docierając do poziomu, z którego regularnie zawracał przez ostatni miesiąc.


Zostawmy na boku wszelkie „fundamentalne” preteksty, którymi usiłowano tłumaczyć środowe wzrosty na Wall Street. Rynek jest w takim stanie, że jednego dnia spada po ewidentnie recesyjnych odczytach makroekonomicznych, by następnego odrabiać straty w nadziei na nieco już mityczny „deal” handlowy z Chinami czy w oczekiwaniu na głębsze poluzowanie polityki monetarnej przez Fed.
W środę S&P500 poszedł w górę o 1,1%, docierając do 2937,78 punktów. Od miesiąca S&P500 na przemian spada i rośnie, za każdym razem cofając się właśnie z poziomu ok. 2937 pkt. To krótkoterminowo bardzo ważny opór, którego giełdowym bykom nie udało się pokonać już cztery razy. Kolejny taki nawrót na gruncie analizy technicznej oznaczałby cofnięcie o ok. sto punktów. A wybicie górą zapowiadałoby atak na lipcowy szczyt wszech czasów.
Warto zwrócić jednak uwagę na fakt, że wzrostów na rynku akcji „nie kupił” rynek długu. Rentowność 10-letnich obligacji rządu USA wyniosła tylko 1,46% i tym samym utrzymała się tylko nieznacznie powyżej ustanowionego w poniedziałek 3-letniego minimum . Malejące rentowności oznaczają wzrost ceny obligacji, co sugeruje, że popyt na bezpieczne aktywa pozostaje wysoki. A jest wysoki, ponieważ inwestorzy wciąż obawiają się recesji i w związku z tym liczą na obniżki stóp procentowych w Rezerwie Federalnej.
Rynek terminowy jest przekonany, że już za dwa tygodnie Fed dokona drugiego cięcia stóp procentowych – znów o 25 pb. Szanse na taki scenariusz wyceniane są na 90% - wynika z obliczeń FedWatch Tool. Do końca roku rynek spodziewa się obniżki stopy funduszy federalnych łącznie o 50-75 pb.

To o tyle ciekawe, że na poziomie większości raportów makroekonomicznych recesji w USA jeszcze nie widać. A przynajmniej nie w tym roku. Opublikowana w środę tzw. Beżowa Księga sporządzona przez lokalne odziały Rezerwy Federalnej wspomina o kontynuacji „umiarkowanego tempa” wzrostu gospodarczego. Kierownictwo Fedu ma więc przed sobą karkołomne zadanie: jak nie rozczarować lobby finansowego, panicznie tnąc stopy procentowe przy 2-procentowym wzroście PKB, najniższej od 50 lat stopie bezrobocia i inflacji CPI nieco tylko niższej od docelowego poziomu 2% rocznie. I równocześnie usiłując przekonać opinię publiczną, że nie ma żadnego ryzyka recesji. Skoro tak, to po co te cięcia?
Krzysztof Kolany



























































