Oczy świata zwrócone są na rosyjską ropę i gaz, ale prawdziwa walka toczy się na innym froncie. Energetyka jądrowa – z niej nie będzie tak łatwo wykluczyć Rosjan, a w praktyce nie będzie to możliwe. Turcja „zyska” elektrownię atomową będącą własnością Kremla, a Kreml uzyska dostęp do Morza Śródziemnego.


Uzależnienie energetyczne Europy od rosyjskich surowców stało się problemem, gdy Rosja zaatakowała Ukrainę. Unijne sankcje gospodarcze pozbawiły Europę znacznej części dostaw surowców, co tylko potęguje wzrost ich cen.
Energetyka jądrowa może przeżyć renesans w obliczu obecnego kryzysu energetycznego. Polska wciąż czeka na swoją pierwszą elektrownię atomową, ale coraz bliżej osiągnięcia celu jest Turcja. Tu pojawia się jednak problem. Pierwsza turecka elektrownia atomowa w Akkuyu przez 25 lat będzie należeć wyłącznie do Rosjan.
Rosyjski atom w Turcji
Rosatom, największa firma na świecie dostarczająca technologię do budowy elektrowni atomowych oraz dostawca paliwa do nich, poinformował, że konto spółki budującej elektrownię w Turcji – zostało zasilone kwotą 20 mld dol, wcześniej trafiło tam 5 mld dol. Nawet podwykonawcy inwestycji powiązani są kapitałowo z Rosją.
100 proc. kapitału zainwestowanego w elektrownię atomową w Akkuyu będzie pochodziło z Rosji. Turecki rząd nie bierze udziału w finansowaniu projektu, a pierwszy reaktor ma zostać uruchomiony jeszcze w 2023 r.
Rosatom może cieszyć się znacznymi zwolnieniami podatkowymi przyznanymi przez Erdogana, a co ważniejsze – z prawa do budowy portu morskiego, który będzie pierwszym rosyjskim portem na Morzu Śródziemnym.
Sama budowa mierzy się z liczną krytyką i polityczną, i ekologiczną. Zdaniem części przeciwników politycznych pozwolenie na budowę portu i korzystanie ze zwolnień podatkowych przez Rosjan jest jak "kapitulacja" Imperium Osmańskiego. Ekolodzy z kolei krytykują ten projekt, ponieważ jest on budowany w regionie podatnym na trzęsienia ziemi.
Zdaniem ekspertów elektrownia w Akkuyu nie będzie mieć świetlanej przyszłości, dlatego że istotne komponenty i urządzenia do budowy reaktorów mają być sprowadzone z m.in. z Czech, Korei Południowej, Węgier i Francji. Ryzyko odmowy współpracy z Rosatomem jest większe niż przed wojną, choć w zakresie energetyki jądrowej sankcji jeszcze nie ma.
Rosatom dzieli i rządzi
Rosja dominuje, a na pewno jest istotnym graczem na wielu płaszczyznach gospodarki światowej. Odpowiada za dostawy paliwa jądrowego do 18 z 103 czynnych europejskich reaktorów. To 10 proc. mocy jądrowej całej UE, a paliwo trafia m.in. do Bułgarii, Czech, Węgier, Słowacji i Finlandii.
Od dostaw z Rosji uzależnione są również Stany Zjednoczone. 16 proc. wzbogaconego uranu dostarcza Amerykanom rosyjski potentat, a kolejne 30 proc. sojusznicy Rosji – Kazachstan i Uzbekistan. Łącznie Rosja dostarcza aż 35 proc. wzbogaconego uranu potrzebnego do funkcjonowania reaktorów na całym świecie.
Na Rosatom nie zostały nałożone ani amerykańskie, ani europejskie sankcje. I trzeba powiedzieć wprost, że nie jest możliwe ich wprowadzenie.
Paliwo jądrowe jest niezwykle specyficznym produktem. Niewiele krajów na świecie posiada rozległą infrastrukturę niezbędną do przetwarzania i wzbogacania rudy uranu w metal, który następnie musi być przetwarzany na ceramiczne granulki i umieszczany w cyrkonowych prętach paliwowych. Dodatkowo zgodnie z przepisami międzynarodowymi prętów nie można użyć jako broni.
Nawet gdyby miał pojawić się nowy dostawca, trzeba byłoby poczekać od pięciu do 10 lat, bo tyle trwa licencjonowanie nowego dostawcy paliwa jądrowego. Co więcej, paliwo licencjonowane w jednym kraju nie może być automatycznie przenoszone do innego ze względu na przepisy i różnice w konstrukcji reaktorów.
Uniezależnienie od Rosji będzie kosztowne
Jose Emeterio Gutierrez, hiszpański inżynier jądrowy, w wywiadzie dla Bloomberga wskazał główne trudności w odejściu krajów Europy Środkowo-Wschodniej od rosyjskiego paliwa jądrowego: "specyfika rynku paliw jądrowych oraz sowiecka spuścizna technologiczna utrudniają dywersyfikację dostaw. Dla operatorów rosyjskich reaktorów w Europie Wschodniej, z których wiele to relikty przeszłości, może nie być opłacalne wydawanie setek milionów dolarów na zmianę źródła paliwa".
Niektóre kraje próbowały już wcześniej zrezygnować z rosyjskich dostaw. Okazało się jednak, że z powodów ekonomicznych i technologicznych wyeliminowanie ich z gry nie jest takie proste.
Finlandia, która eksploatuje dwa radzieckie reaktory, próbowała znaleźć alternatywę dla paliwa z Rosji jeszcze w latach 90. Zawarty został wówczas kontrakt z British Nuclear Fuel Ltd., który obecnie należy do amerykańskiego Westinghouse Electric Co., ale ostatecznie powrócono do Rosatomu, który był po prostu tańszy. Obecnie padają deklaracje o ponownych próbach wyeliminowania Rosjan z rynku, ale przestawienie się na zachodnie paliwo zajmie co najmniej 3-4 lata.
Także i Czechy chcą postawić na niezależność i państwowy zakład energetyczny CEZ ogłosił niedawno, że od 2024 r. dostawy paliwa do elektrowni jądrowej w Temelinie przejmie wspomniany Westinghouse i francuska firma Framatome.
Słowacja posiada wystarczające zapasy paliwa jądrowego na przyszły rok, ale również rozpoczęła negocjacje z Westinghouse.
Węgry, co nie jest zaskoczeniem, pozostają wierne Rosji. Rozbudowa elektrowni jądrowej Paks, obejmująca „dołożenie” dwóch bloków o mocy 1200 MW, ma zostać ukończona przez rosyjskie firmy do 2030 r. Paliwo jądrowe dostarczać ma rosyjski TVEL.
Podobnie Bułgaria, która ma reaktor o mocy 2000 MW w Kozłodui, otrzymuje całe swoje paliwo jądrowe od rosyjskiego TVEL za pośrednictwem firmy Techsnabexport.
JM
































































