REKLAMA
WAKACJE NA GIEŁDZIE

Obietnice i kpiny: Które spółki zawodzą inwestorów

2006-02-22 06:25
publikacja
2006-02-22 06:25
Niedotrzymane przyrzeczenia. Ponad jedna trzecia szefów spółek, które weszły na warszawską giełdę w 2004 r., nadal ma problemy z wypełnieniem obietnic danych inwestorom. Debiuty w 2005 r. przyniosły mniej rozczarowań – ale za to większych.

Spośród 35 przedsiębiorstw debiutujących w roku 2005 na warszawskiej giełdzie jednym z nielicznych, które nie opublikowało prognozy finansowej, było Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo. Przezorni przedstawiciele zarządu PGNiG w trakcie dwóch cykli prezentacji (pierwotnie spółka miała sprzedać akcje w czerwcu, plany te przesunięto jednak na wrzesień) nie zająknęli się nawet na temat oczekiwanych wyników. Za to dużo i barwnie opowiadali o bezpieczeństwie gazowym Polski oraz o potrzebach inwestowania: a to w nowe gazociągi, a to w eksplorację krajowych złóż.

Gdybyśmy na rynku kapitałowym przyznawali nagrody w kategorii „naciągacz roku”, otrzymaliby je ex aequo właśnie PGNiG (reprezentowane przez Marka Kossowskiego) i Ministerstwo Skarbu Państwa (dyplom wręczylibyśmy byłemu szefowi resortu – Jackowi Sosze). Sprzedać akcje gazowego potentata o 1,2 mld zł drożej niż planowano i w zamian nie obiecać inwestorom zupełnie nic? Toż to prawdziwy majstersztyk! W dodatku zapisy na te akcje zredukowano o 98 procent.

Pierwotnego terminu zbycia walorów nie dotrzymano z przyczyn politycznych. Sama spółka wyszła na tym świetnie. O ile jeszcze w czerwcu 2005 r. PGNiG planowało pozyskać ze sprzedaży akcji 1,5 mld zł, to już dwa miesiące później zażądało za nie 2,7 mld złotych. Cóż takiego zaszło w ciągu tych sześćdziesięciu dni, że wycena wzrosła o 80 procent?

W samej spółce – zupełnie nic. Pojawiających się głosów Gazpromu o potrzebie renegocjacji (czytaj – podwyżki cen) umów na dostawy paliwa do Polski można przecież w tych szacunkach nie uwzględniać. Dużo za to działo się w tzw. otoczeniu zewnętrznym firmy. Latem indeksy giełdowe (WIG i WIG20) zyskały po 10 procent. Natomiast od podjęcia decyzji o wrześniowym terminie oferty PGNiG do ustalenia ceny emisyjnej (trzy tygodnie) akcje np. PKN Orlen zdrożały o 14 proc., na skutek zawirowań na światowych rynkach paliw. Inwestorzy kupowali papiery każdej spółki zarabiającej na surowcowej hossie. Czyli także zaliczonego do tej grupy PGNiG.

Pokusie głębszego sięgnięcia do kieszeni inwestorów trudno się widać było oprzeć. Według niepotwierdzonych informacji, pomysł podniesienia ceny emisyjnej z 1,7 zł (plany z czerwca) do 2,97 zł (cena zatwierdzona we wrześniu) podsunął sam Jacek Socha. Marek Kossowski zapewnił, że kierowana przez niego firma zwiększy nakłady na dywidendę z 5 proc. w 2005 r. do 30 proc. w kolejnych latach. I na tym właściwie kończy się lista korzyści dla inwestorów (nawiasem mówiąc, z zysku za 2004 r. PGNiG wypłaciło 50 proc. dywidendy – okrągłe 0,5 mld zł trafiło do państwowej kasy).

Ale czy naprawdę są w tym przypadku aż takie powody do narzekań? W końcu inwestorzy na ogół wiedzą, co robią. Wielka nadsubskrypcja (popyt powyżej 40 mld zł), niezwykle udany debiut (po 4 zł – czyli 30 proc. ponad cenę emisyjną), więc o co chodzi?

Wyjaśniło się to już trzy dni po debiucie (z czego dwa zabrał weekend), kiedy swoje akcje PGNiG (14 tys.) sprzedał Paweł Kamiński, wiceprezes gazowego potentata. A po kilku dniach spółka zakomunikowała, że jej zysk będzie… niższy od osiągniętego w roku 2004. I proszę – minęło zaledwie kilka dni, a inwestorzy już mogli czuć się nabrani. Jednak czy słusznie? Nikt przecież nie obiecywał im wzrostu zysków, lecz jedynie poprawę bezpieczeństwa energetycznego Polski.

Pod koniec 2005 r. stało się jasne, że zysk PGNiG wyniesie ok. 750 mln zł, wobec 1,1 mld zł zarobionych w roku 2004. Początek 2006 r. nie zapowiada się wcale lepiej, ponieważ Urząd Regulacji Energetyki nie pozwolił firmie podnieść cen gazu o 30 proc., a jedynie o 12 proc., przez co jej marże spadną, gdyż ceny zakupu gazu w międzyczasie wzrosły. Ma zatem rację Andrzej Mikosz – nowy, choć zarazem już były minister skarbu – gdy wskazuje na konflikt interesów między inwestorami giełdowymi (którym zależy na jak najwyższych marżach) a odbiorcami gazu (którym wzrost cen niezbyt odpowiada). Ale to już inna historia. Z PGNiG łączy się także pośrednio inna znacząca oferta przeprowadzona w roku 2005. Również w czerwcu swoje akcje zamierzał sprzedać producent płytek ceramicznych z Opoczna, a ściślej – akcje tej spółki chcieli zaoferować dwaj jej dotychczasowi inwestorzy: fundusz inwestycyjny Credit Suisse First Boston i Enterprise Investors. Planowały spieniężyć 98 proc. walorów firmy za okrągły miliard złotych. Ale perspektywa konkurowania z PGNiG o pieniądze inwestorów skłoniła je do przełożenia oferty o kilka tygodni.

Dalej poszło już całkiem klasycznie. Kafelkowa firma obiecywała wzrost zysku, prezentując w trakcie kampanii medialnej całkiem zgrabny wykres, poświadczający jej dotychczasowe osiągnięcia (wzrost zysku netto z 12 mln zł w 2000 r. do 75 mln zł w roku 2004). Jeszcze w dniu debiutu (pod koniec czerwca) jej prezes Sławomir Frąckowiak zapewniał inwestorów, że spółka chce wyniki z 2004 r. poprawić. Domy maklerskie, które brały udział w ofercie (DM BZ WBK i CSFB), sporządziły analizy, z których wynikało, że zysk w 2005 r. przekroczy 80 mln zł, a jedna akcja Opoczna jest warta od 64 do 68 zł (ostatecznie sprzedano je po 55 złotych). Ale już w sierpniu 2005 r. spółka zdecydowała się opublikować prognozę, przewidującą zysk równy 49 mln zł, a we wrześniu skorygowała te oczekiwania do 38 mln złotych.

– Przesadziliśmy nie tyle z oceną własnych możliwości, ile z oceną rynku – przyznaje Marek Wójcikowski, wiceprezes Opoczna. – Prognozę sporządzaliśmy przed sezonem. I tak jak wielu specjalistów, oczekiwaliśmy ożywienia w inwestycjach, które jednak w spodziewanym okresie nie nadeszło.

Wójcikowski zaznacza zarazem, że na rynku krajowym działa silna konkurencja, przy której bardzo trudno wywalczyć wyższe marże.

– Moce produkcyjne krajowych fabryk sięgają 100 mln mkw. płytek rocznie, tymczasem rynek wchłania 62 – 65 mln mkw. – ocenia menedżer. – Z tego powodu Opoczno stara się powiększać sprzedaż za granicą.

Trudno uwierzyć, że ta wiedza nie była znana twórcom prospektu emisyjnego przed debiutem spółki. Trudno też bronić optymistycznych tez prospektu w sytuacji, w której – po pierwszym kwartale 2005 r. – Opoczno zanotowało 2 mln zł straty. Ten wynik zestawiano jednak wówczas z wynikami pierwszego kwartału 2004 r., kiedy to szał przedunijnych zakupów windował zysk producenta kafelków i wielu innych wytwarzających materiały budowlane.

Przyglądając się akurat tej ofercie, nie sposób nie dotknąć kwestii wielce delikatnej – motywacji kadry zarządzającej firmą. Mogła ona bowiem liczyć na dodatkowe wynagrodzenie, zależne od wyniku zapisów na walory Opoczna. W przypadku pełnego ich powodzenia (wysoka cena i sprzedaż wszystkich akcji), zarząd mógł dostać do podziału nawet 23 mln złotych. Ponieważ jednak cena okazała się niższa, a rozprowadzono jedynie połowę papierów (za 450 mln zł), premia (6,7 mln zł) przypadła tylko dwóm członkom zarządu spółki (w tym jej prezesowi). I choć gratyfikację miała wypłacić nie sama firma z Opoczna, lecz wychodzący z niej właśnie wielcy inwestorzy, zarząd popadł w oczywisty konflikt interesów – musiał działać równocześnie na korzyść nowych i starych akcjonariuszy.

Czy to właśnie w rezultacie tej niezdrowej sytuacji szefowie Opoczna zbyt optymistycznie podeszli do prognoz na 2005 rok? Na tak postawione pytanie każdy sam musi znaleźć odpowiedź. Pamiętając jednak o wysokości wypłaconych premii, zwolnienie prezesa Sławomira Frąckowiaka od 1 stycznia 2006 r. wydaje się ruchem dość symbolicznym.

Warto zwrócić uwagę na zachowanie funduszy Enterprise Investors, do których do dziś należy prawie połowa akcji Opoczna. EI zrezygnował ze sprzedaży akcji spółki po ustaleniu ceny emisyjnej (55 zł z przedziału 54,7 – 69,9 zł), twierdząc, że jest zbyt niska. Obecnie jednak Ryszard Wojtkowski, partner EI przyznaje, że moment debiutu na GPW wybrano niefortunnie, głównie na skutek żądań CSFB.

Z dotychczasowej praktyki EI na polskim rynku wynika, że fundusz sprzedaje akcje swoich spółek, dbając o własny zysk, ale przy tym – dając również zarobić późniejszym ich właścicielom. Taka strategia zwiększa zaufanie inwestorów do EI o wiele bardziej, niż gdyby instytucja ta działała na krótką metę – czyli sprzedawała im towar po maksymalnie wysokiej cenie. EI nie naraził się im w przypadku Opoczna – został razem z nimi w spółce i próbuje przeczekać gorsze dni. Mimo wszystko ma nad nimi istotną przewagę. Tuż przed giełdowym debiutem Opoczno wypłaciło swoim właścicielom hojną dywidendę – 170 mln zł z zysku z lat ubiegłych. Nowi akcjonariusze na taki prezent liczyć już nie mogą.

Zrzucenie winy za spadek dochodów na niekorzystną koniunkturę to wygodna wymówka w sytuacji, w której firma jednak nadal sporo zarabia – choć mniej niż zapowiadała. Co zatem mogą sobie pomyśleć inwestorzy, którym z dnia na dzień tnie się prognozy zysku o 90 procent?

Polmos Lublin w lutym 2005 r. pozyskał 75 mln zł ze sprzedaży akcji. Kolejne 50 mln zł zasiliło kasę spółki Jabłonna, należącej do Janusza Palikota (zbyła część posiadanych walorów Polmosu). Dwa miesiące po debiucie władze lubelskiego producenta alkoholi oświadczyły, że jego główny dystrybutor i zarazem rywal w wyścigu o większościowy pakiet prywatyzowanego Polmosu Białystok – Central European Distribution Corporation – między kwietniem i lutym zmniejszył zamówienia 56-krotnie. Mimo że prezes spółki Wiesław Skrobowski zapewnił inwestorów o „skutecznym utrzymaniu sprzedaży dzięki kanałom alternatywnym”, po pierwszym półroczu 2005 r. Polmos Lublin poinformował o stracie 4 mln złotych. Spadły także, prawie o 14 proc., jego obroty.

Co interesujące, CEDC (który ostatecznie wygrał walkę o przejęcie producenta Żubrówki) ujawnił, że Polmos Lublin przed giełdowym debiutem poprosił o zakup zwiększonej partii towaru. To dlatego CEDC pod koniec lutego miał w magazynach nadwyżki produktów lubelskiej spółki. Wystarczyłoby ich do zaopatrywania sklepów przez dwa miesiące. I stąd właśnie (a nie z czyjejś złej woli) wziął się spadek zamówień w kwietniu i kolejnych miesiącach 2005 roku.

W czerwcu Polmos Lublin przedstawił nowych członków zarządu, w tym nowego prezesa Marka Malinowskiego. Trzeci kwartał 2005 r. okazał się lepszy pod względem sprzedaży od poprzedniego o 25 procent. Mimo tej poprawy wyników, zarząd zdecydował się na początku października na ogłoszenie skorygowanej w dół – aż o 90 proc. – prognozy zysku netto na 2005 rok. 10 dni po publikacji fatalnego komunikatu walory Polmosu kupił na giełdzie jego prezes Marek Malinowski (za 50 tys. zł), a w grudniu 3 proc. akcji odkupiła (od Skarbu Państwa) Jabłonna, rzecz jasna po cenie niższej od tej, po której sama sprzedawała je w ofercie publicznej. Niemal w tym samym czasie spółka ogłosiła (jakże krótko po obniżeniu prognoz!), że czwarty kwartał 2005 r. będzie dla niej najlepszy w historii, a dopiero co skorygowany wynik zostanie przekroczony! Od momentu, gdy papiery kupował prezes Malinowski, ich kurs wzrósł z 32 do 42 złotych.

Co za wyczucie rynku… Jak na jedną spółkę zbyt dużo tu „przypadkowych” splotów okoliczności, ale – oczywiście – każdy może interpretować fakty na swój własny sposób.

Oferty publiczne łączące sprzedaż papierów starej i nowej emisji powinny natychmiast włączać u inwestorów dzwonki alarmowe. Rekordowy spadek cen akcji (o ponad 40 proc.) zanotował Śrubex, który na początku 2005 r. zbył inwestorom 0,5 mln nowych akcji i drugie tyle już istniejących (łącznie za 51 mln złotych). A latem – zaledwie trzy miesiące po debiucie – prognozę zysku na poziomie 11,5 – 12,5 mln zł ścięto w tej firmie do 5,3 mln złotych. Przyczyną była dekoniunktura w branży. Spółki wchodzące na giełdę z portfela NFI bardzo rzadko okazują się trafionymi inwestycjami.

Rok 2005 był jednak dla inwestorów lepszy – i to wyraźnie – od poprzedniego. Zawód sprawiły im walory zaledwie sześciu na 35 debiutujących spółek. Przy bardzo podobnej liczbie debiutantów (36), 2004 r. prezentuje się w tym porównaniu znacznie gorzej. Aż 13 firm, które pojawiły się w tym okresie na parkiecie, rynek do dziś wycenia gorzej niż w trakcie emisji ich akcji. Byłoby ich więcej, ale… kilku przedsiębiorstwom udało się wrócić z naprawdę dalekiej podróży. I wykorzystały 2005 r. na zdecydowaną poprawę wyników, notowań i wizerunku.

Jeszcze w kwietniu 2005 r. papiery BetaCom wyceniano na 14 zł – równo połowę ceny, za którą spółka sprzedawała je w ofercie rok wcześniej. Mimo naprawdę kiepskich wyników w pierwszych kwartałach 2004 r., firma zrealizowała prognozę przychodów i zysków w roku obrotowym kończącym się dla niej 31 marca 2005 r., a nawet zdecydowała się na wypłatę dywidendy. Nowych prognoz (na 31 marca 2006 r.) wprawdzie nie ma, ale lista podpisanych ostatnio kontraktów (z Telekomunikacją Polską, CDM Pekao) już robi wrażenie na inwestorach – akcje BetaComu można obecnie kupić (początek 2006 r.) blisko po 30 złotych. Również DGA – na razie jedyna firma konsultingowa obecna na warszawskim parkiecie – nareszcie w pełni wykorzystuje swój potencjał i informuje inwestorów o podpisywaniu kolejnych kontraktów. Od początku listopada do końca 2005 r. notowania jej akcji wzrosły z 22 do 28 zł (cena emisyjna z 2004 r. wynosiła 27,5 zł), co pozwala zakwalifikować ją do grona potencjalnie zyskownych nabytków.

Jeszcze bardzo długo poczekają za to na taką ocenę posiadanych akcji inwestorzy, którzy zaufali Hygienice. Za kolejne niezrealizowane obietnice finansowe spółka jest na łamach prasy odsądzana od czci i wiary. Gdyby dotrzymała słowa, jej zysk na koniec roku 2005 sięgałby 8,2 mln zł (tymczasem po trzech kwartałach 2005 r. jej strata przekraczała 3 mln złotych). Niestety, optymistyczną prognozę odwołano już dawno, a nowa pojawi się nieprędko.

– Być może już pierwszy kwartał 2006 r. okaże się dla nas zyskowny – mówi Dariusz Nikołajuk, który jesienią 2005 r. został nowym prezesem spółki.

Jego poprzednik – Hubert Stępniewicz – przed rokiem w rozmowie z mm użył dokładnie tych samych słów. Mimo to nowy prezes Hygieniki zasługuje na kredyt zaufania. Nie tylko dlatego, że poprzednio – pracując w Coca-Coli i Kamisie – miał już do czynienia z sieciami handlowymi, a właśnie w nich Hygienika pokłada nadzieje na wzrost sprzedaży i wypracowanie zysków, ale także dlatego, że już w listopadzie 2005 r. jej przychody faktycznie wzrosły. I to aż o 51 procent. Ponieważ większość podpisanych przez firmę kontraktów ma charakter długoterminowy, cały obecny rok powinien być dla Hygieniki lepszy.

– O utrzymanie dynamiki przychodów jestem spokojny – zapewnia Dariusz Nikołajuk.

Pytanie jednak, czy nowy prezes zagwarantuje spółce nowe kontrakty. I czy wreszcie uda się jej wypracować zysk? Wszak marże na sprzedaży w podpaskowo-pieluchowym biznesie dochodzą do 40 – 50 procent. Potrzebna jest „tylko” odpowiednia masa krytyczna przychodów, aby pokonać koszty stałe. I oczywiście – cierpliwość inwestorów. Bo choć Hygienika sprzedawała akcje po 15 zł, półtora roku po debiucie wyceniane są one niemal trzykrotnie niżej – prawie na 6 złotych.

Przed podobnym zadaniem stoi obecnie Krzysztof Bajołek, założyciel i prezes Artmana, właściciela sieci sklepów z odzieżą marki House. Przed rokiem napisaliśmy, że firma nie spełniła oczekiwań inwestorów co do wysokości zysku netto. Natomiast prezes Bajołek, jako jedyny przeprosił wówczas inwestorów, których zawiódł. Artman opublikował na 2005 r. nową prognozę – 130 mln zł przychodów i 4,5 mln zł zysku netto, lecz później zrewidował ją do 136 i 3,5 mln złotych.

– Ten obniżony wynik powinien zostać wykonany, a prognoza przychodów nawet przekroczona – zapowiada Krzysztof Bajołek.

W roku 2006 przychody firmy mają sięgnąć 200 mln zł i choć oznacza to ich podwojenie w stosunku do 2004 r.,inwestorzy nadal ostrożnie podchodzą do akcji Artmana – wyceniane są 30 proc. poniżej ceny emisyjnej.

– Kurs ostatnio rośnie (z 7,5 zł w kwietniu 2005 r. do 13,5 zł w grudniu) i chyba powoli odzyskujemy zaufanie – zapewnia Bajołek. – W lutym zamierzamy ogłosić nowe prognozy na 2006 r. i tym razem obiecuję, że uda się nam je zrealizować.

Kolejne przykłady można mnożyć. Techmex (akcje o połowę tańsze niż w emisji), MediaTel (o dwie trzecie tańsze), Torfarm (o połowę), Polcolorit (o jedną trzecią) – wszystkie te spółki zasłaniają się gorszymi od oczekiwanych warunkami zewnętrznymi, które nie pozwalają im osiągnąć założonych zysków. A jednak w każdym z tych przypadków zarządy mogą mieć sporo do zarzucenia… sobie samym.

Techmex, który zbudował centrum satelitarne wykorzystywane do tworzenia systemów informacji przestrzennej (np. sprawdzania, czy dany farmer ubiegający się o dopłaty z UE rzeczywiście uprawia swój kawałek ziemi), mógł przecież przewidzieć, że zamówienia od administracji publicznej zaczną spływać znacznie później niż optymistycznie zakładano (to dlatego firma dopiero teraz zaczyna się rozkręcać). MediaTel, jako jedna z wielu polskich spółek telekomunikacyjnych, nie może się dogadać z Telekomunikacją Polską w sprawie łącz. Natomiast Polcolorit, producent płytek ceramicznych, wpadł na tę samą rafę co Opoczno – przeszacował możliwości rynku.

Przekonujące zaś usprawiedliwienie może wystawić tylko Plast-Box, którego problemy z rentownością wywołane zostały przez niestabilne ceny ropy naftowej (spółka używa ropopochodnych substancji do produkcji wiaderek i innych pojemników z tworzyw sztucznych). Jednak w ostatnich miesiącach ceny paliwa zaczynają się stabilizować i dla Plast-Boxu wreszcie nadeszły spokojniejsze dni. Już w 2006 r. firma ma zacząć przynosić zysk z działalności operacyjnej (za 2005 r. także się pojawią, lecz wyłącznie dzięki sprzedaży zbędnych nieruchomości).

Przewidywania te potwierdza rywal Plast-Boxu – Ząbkowice-Erg, spółka, która zadebiutowała na giełdzie na początku 2005 roku. Jej papiery rynek wycenia 18 proc. poniżej ceny emisyjnej. Firma nie zrealizuje bowiem prognozy zysku netto z działalności podstawowej na 2005 rok.

– W ciągu 2005 r. ceny polietylenu, który jest podstawowym składnikiem produkcji, wahały się od 3,7 do 5,5 tys. zł za tonę – mówi Jarosław Lenartowski, prezes Ząbkowic. – Bywało, że cena zmieniała się trzykrotnie w ciągu miesiąca. W takich warunkach nie sposób planować wyników finansowych.

Wygląda na to, że jest chyba… lepiej. Jeśli bowiem na 35 firm, które zadebiutowały na warszawskiej giełdzie w 2005 r., tylko kilka zawiodło zaufanie inwestorów, nie jest to raczej powód do narzekań. A jeśli nawet – na pewno mogą być one mniejsze niż jeszcze kilkanaście miesięcy wcześniej. Ale że nadal obietnice niektórych przedsiębiorstw szybko zamieniały się w kpiny, czujemy się w obowiązku takie przypadki odnotowywać i aż do skutku o nich przypominać. Także za rok.

Emil Szweda

Komentarz: Koty w worku - MACIEJ GRELOWSKI, PREZES PID

Niby nasz rynek z roku na rok jest coraz dojrzalszy, ale wciąż dziwi łatwość, z jaką giełdowi debiutanci potrafią omamić inwestorów obietnicami bez pokrycia. Na, co tu ukrywać, smutny obraz giełdowych nowicjuszy z roku 2004 i 2005, wziętych pod lupę przez manager magazin, wpłynęły dwie kwestie: świetna koniunktura i... rutyna.

Dwa ostatnie lata to dla polskiej giełdy nieprzerwane pasmo sukcesów, wywołane przede wszystkim przystąpieniem Polski do UE oraz znaczącym ożywieniem naszej gospodarki. To działa niczym magnes na inwestorów, ale ma i drugą stronę medalu – nadwyżka kapitału znacznie obniża standardy stosowane w szacowaniu ryzyka. Po prostu, czasami nie ma w co inwestować. Dlatego wszyscy tak spontanicznie i hurraoptymistycznie reagują na wszelkie nowości.

Proszę zauważyć, jak sukcesywnie obniża się poziom kapitalizacji spółek będących w orbicie zainteresowań instytucji finansowych! To, po co kiedyś nie było warto się schylać, dzisiaj wzbudza zachwyt. A decyzje dużych inwestorów instytucjonalnych nakręcają drobnych inwestorów, którzy – często bez sensu – są skłonni kupić wszystko po każdej cenie. I stąd mamy tak gigantyczne redukcje zapisów, a potem, nierzadko, tak bolesne rozczarowania.

Niemałą rolę w podgrzewaniu tej atmosfery wokół rynku pierwotnego odgrywają tryskający niezmąconym optymizmem analitycy. Ich niezmiennie pozytywne podejście rodzi rutynę – doradcy przygotowujący oferty publiczne IPO działają jak kucharze renomowanych restauracji przy gotowaniu zupy. Zawsze, ku uciesze klientów, zrobią dobrą zupę z niczego i skasują horrendalnie wysoki rachunek. Tymczasem warto mieć na względzie przestrogę, jaką są wielkie wpadki na rynku amerykańskim, gdzie działał przecież podobny mechanizm.

Czy w związku z tym należałoby wzmocnić kontrolę nad spółkami starającymi się o giełdowy mandat? Jestem przeciwny jakiejkolwiek formie cenzury w tym obszarze. Oczywiście, naiwność i chciwość inwestorów tworzą warunki do cynicznego, krótkowzrocznego skoku na kasę, ale nie można temu przeciwdziałać rozbudową systemu kontroli. To rynek i jego uczestnicy muszą wykazywać się doświadczeniem, wiedzą i przezornością.

Jak wynika z naszych obserwacji, liczna grupa prezesów debiutujących firm nie wie o swoich obowiązkach wobec rynku i nie rozumie ich. To w dużej mierze wina doradcy, który pomija ten obszar w trakcie prac nad prospektem. Wiele do nadrobienia w kwestii egzekucji prognoz i obietnic finansowych mają także rady nadzorcze.

Jakąś pociechą – choć post factum – jest to, iż większości prezesów, którzy uwierzyli, że IPO to konkurs piękności, w którym wygrywa ten, kto najlepiej ukryje swoje defekty (a potem, choćby i potop), już nie ma. To zaś oznacza, że „naciągacze”, jak nazywa ich autor artykułu, zapłacili najwyższą cenę, jaką mogli – utratę pozycji i reputacji.

Maciej Grelowski przez 30 lat pracował w Orbisie, w latach 1993 – 2004 był jego prezesem. Od maja 2005 r. szefuje Polskiemu Instytutowi Dyrektorów, fundacji zajmującej się upowszechnianiem w naszym kraju standardów ładu korporacyjnego.
Źródło:
Tematy
Nie tylko 0 zł za konto. Sprawdź, które rachunki firmowe naprawdę się opłacają
Nie tylko 0 zł za konto. Sprawdź, które rachunki firmowe naprawdę się opłacają

Komentarze (0)

dodaj komentarz

Powiązane:

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki