Z uwagi na trudności gospodarcze wydatki w administracji publicznej USA zostaną zmniejszone o 85 mld dolarów, a tysiące ludzi mają stracić pracę. W tej sytuacji prezydent USA uznał za stosowne obniżenie swojego wynagrodzenia o 5 proc. Czy polscy politycy powinni uczyć się od niego solidarności?
Kongres USA i administracja nie mogą się dogadać w kwestii sposobu powstrzymania rosnącego zadłużenia państwa. Brak porozumienia automatycznie spowodował wprowadzenie cięć w sektorze publicznym od 1 marca. Był to wynik umowy pomiędzy Białym Domem a Partią Republikańską.
![]() | » Jak banki goliły klientów |
Republikanie zgodzili się wówczas na zwiększenie limitu zadłużenia kraju, ale tylko pod warunkiem, że do końca 2012 roku rząd uzgodni z Kongresem sposób jego obniżenia. Pod koniec 2012 roku ten termin przesunięto o trzy miesiące. Niestety, partiom nie udało się dogadać. Oznacza to cięcia w wysokości 85 mld dolarów w ciągu najbliższych 7 miesięcy. Okres ten w amerykańskim żargonie jest nazywany "sekwestrem".
Automatyczne cięcia przewidują łączne oszczędności 1,2 bln dolarów w ciągu 10 lat. Jednak nie wydaje się, by było to prawdopodobnie. W Białym Domu rezydują Demokraci, zatem cięcia w administracji, chociaż konieczne, będą miały przejściowy charakter.
Milion ludzi może stracić pracę. M.in. doradcy chińskich prostytutek
Z obliczeń tychże Demokratów wynika, że z powodu mniejszych wydatków na administrację pracę może stracić nawet 1 milion ludzi! Samych nauczycieli ubędzie ok. 15 tys. Ponadto zabraknie na ciepłe posiłki dla dzieci, parki narodowe nie będzie stać na utrzymanie porządku, nie będzie także pieniędzy na szczepienia przeciwko rakowi szyjki macicy itd.
Z drugiej strony Republikanie argumentują, że administracja publiczna w USA ma tendencję do wydawania pieniędzy bez sensu. Dwóch senatorów udowodniło, że wyłudzenie 20 tys. dolarów dotacji na nieistniejącą szkołę nie stanowi żadnego problemu - wystarczy e-mail wysłany z senatorskiej skrzynki pocztowej. Inny przykład to przeznaczenie 2,6 mln dolarów na program edukacyjny dla chińskich prostytutek. Celem szkolenia była nauczenie ich odpowiedzialnej konsumpcji alkoholu.
Takich bezsensownych wydatków jest w USA mnóstwo. Zdaniem Partii Republikańskiej samo ograniczenie absurdalnego marnotrawienia publicznych pieniędzy przyniosłoby oszczędności rzędu kilkunastu miliardów dolarów rocznie. I wcale nie trzeba będzie zmuszać głodnych dzieci do zbierania szczawiu.
Tusk dostaje pięć razy mniej od Merkel
Prezydent USA zarabia 400 tys. dolarów rocznie. To prawie 1,3 mln zł. Barack Obama postanowił, że 5 proc. swojego uposażenia zwróci z powrotem do budżetu. Zgodnie z prawem nie może pobierać mniejszej pensji niż ustawowa, dlatego środki będzie musiał przelewać osobiście. Do budżetu USA wróci równowartość ok. 65 tys. zł. To niedużo, ale w USA liczy się gest. Amerykanie to pokochają. Polacy też pokochaliby swojego prezydenta, gdyby ten oświadczył, że z uwagi na kryzys chce obniżki swojej pensji o 5 proc.. Niestety, ustawa tego zabrania (podobnie jak w USA, dlatego Obama musi dokonywać przelewów).
![]() | » Hiszpania będzie kolejnym eurobankrutem |
Polski prezydent zarabia 20 tys. zł brutto, czyli ok. 14 tys. zł netto. Gdyby z uwagi na kryzys w finansach publicznych chciał oddać 5% swoich dochodów, to z powrotem do kasy państwa trafiłoby 12 tys. zł brutto rocznie. Mniej więcej tyle wynosi miesięczne uposażenie posła na Sejm RP.
Ale polskie władze narzekają na niskie zarobki względem swoich zachodnich kolegów po fachu. Kanclerz Niemiec zarabia 71 tysięcy złotych na miesiąc, czyli ponad 800 tysięcy złotych rocznie. Nasz premier pięć razy mniej, ale to wciąż 4 razy więcej, niż zarabia statystyczny przeciętny Polak i aż 8 razy więcej, niż wynosi wynagrodzenie modalne, czyli najczęściej występujące w gospodarce.
Nawet pomimo skromniejszych uposażeń mamy tendencję do przepychu. Utrzymanie kancelarii prezydenta to koszt 171 mln zł rocznie, czyli o 2 mln zł więcej niż utrzymanie dworu królowej Wielkiej Brytanii Elżbiety II, która musiała w tym roku wyprawić huczne wesele swojemu wnukowi Williamowi.
Gdzie szukać oszczędności?
Budżet państwa jest od lat obarczony deficytem, czyli przewagą wydatków nad wpływami. W tym roku dziura wyniesie 35 mld zł. Gdyby tylko kancelarie Sejmu, Senatu, premiera i prezydenta zmniejszyły swoje budżety o 5 proc., to zyskalibyśmy rocznie 40 mln zł oszczędności.
Mało? W budżecie państwa widnieje niewiele mówiąca pozycja wyceniana na 90 mld zł. Znajdziemy tam takie kwiatki, jak 720 mln zł dotacji do paliwa rolniczego czy 54 mln zł wsparcia dla partii politycznych, które od lat ochoczo zadłużają obywateli i nie widzą w tym nic złego. Wszystko wskazuje na to, że deficytu mogłoby nie być, gdybyśmy zrobili rewizję budżetu. Początkiem mogłyby być proste gesty w stylu Obamy.
Łukasz Piechowiak
Bankier.pl

































































