Wzrosty nie były dziś zagrożone ani przez chwilę. Nawet gdy amerykański Departament Handlu ogłosił, że grudniowa sprzedaż detaliczna spadła o 0,3% względem listopada (ekonomiści oczekiwali wzrostu o 0,5%), to chętnych do sprzedawania akcji nie znalazło się zbyt wielu. Zwłaszcza że dane te na Wall Street przeszły zupełnie bez echa.
Tymczasem na Starym Kontynencie Europejski Bank Centralny pozostawił główną stopę procentową bez zmian, na rekordowo niskim poziomie 1%. Co prawda prezes EBC Jean-Claude Trichet zasugerował, że czas półdarmowego pieniądza dobiega końca, lecz słowa te nie wywołały żadnej reakcji na rynkach.
„Determinację” do cięcia wydatków budżetowych pokazał za to grecki minister finansów, zapowiadając zamrożenie liczby etatów w sektorze publicznym oraz ograniczenie tegorocznych wydatków o blisko 10 miliardów euro. Dzięki temu dziura budżetowa Grecji miałaby wynieść nie 12,7%, ale „tylko” 8,7% PKB i spaść do 2,8% w roku 2012. Tyle że w rzetelność greckich danych statystycznych nie wierzy już nawet Komisja Europejska, ani tym bardziej wierzyciele. Giełda w Atenach zdołała jednak wypracować 1-procentowy wzrost.
Nieco słabiej radziły sobie dojrzałe parkiety w Europie Zachodniej. Rynki w Londynie, Paryżu i Frankfurcie zgodnie zwyżkowały po ok. 0,4%. Na brytyjskim parkiecie pozytywnie wyróżniały się spółki surowcowe, którym sprzyjały zwyżki notowań metali przemysłowych, wywołane sezonowym wzrostem popytu z Chin. Z kolei wsparciem dla niemieckiego DAX-a były walory informatycznego giganta SAP AG. Kurs spółki wzrósł do najwyższego poziomu od października 2008 roku, mimo że wstępne wyniki za czwarty kwartał nie są rewelacyjne: przychody spadły o 9%, a marża operacyjna skurczyła się o cztery punkty procentowe.
K.K.






























































