Nerwowo zamykam za sobą drzwi do mini-oddziału na moim osiedlu. Rozglądam się dyskretnie. Nieruchome oko kamery „patrzy” gdzieś w bok. Dwaj kasjerzy zajęci rozmową z klientami nie zwracają na mnie najmniejszej uwagi. Ochrony nie widać. Nie ma kolejki. Przez matową szklaną szybę, zaklejoną dodatkowo wielkoformatowymi reklamami kredytu hipotecznego, widać naprawdę niewiele. W jednym momencie podejmuję decyzję: ten bank się nadaje. Wkładam kominiarkę i krzyczę: „To jest napad!”
To oczywiście żart. Nie zamierzam powiększać policyjnych statystyk, do banku chodzę bez kominiarki, zaś gotówkę wyciągam za pomocą karty bankowej, a nie „przedmiotu przypominającego broń”. Żart ma zachęcić do zadania sobie pytania, czy łatwo jest obrabować bank? Odpowiedź, niestety, może być tylko jedna: tak, łatwo. Tylko, po co?
Im dalej od wielkomiejskich aglomeracji i oddziałów dużych banków, tym dostęp do szybkiej, choć nielegalnej gotówki wydaje się łatwiejszy. To niestety prawda. Napada się zwykle na filie banków (słabiej zabezpieczone i chronione niż te w dużych miastach) oraz banki spółdzielcze zlokalizowane na obrzeżach miast lub w małych miejscowościach. W przeciwieństwie jednak do napadów, jakie znamy z westernów albo z czasów filmowego kasiarza Kwinto ze znakomitego „Vabanku”, w dzisiejszych bankach po prostu nie ma większej gotówki. Jeśli więc ktoś myśli, że po skoku obłowi się i zacznie opływać w luksusy, grubo się myli. Więc po co to robić? W dzisiejszych czasach to amatorszczyzna. „Grube ryby” nigdy na taki numer nie pójdą.
Jak powszechnie wiadomo, jeśli tylko istnieje ryzyko, że technika może obrócić się przeciwko człowiekowi, to na pewno tak się stanie. Nietrudno raczej przewidzieć reakcję napastnika uwięzionego wewnątrz obiektu dzięki zmyślnemu systemowi automatycznie zamykających się „śluz” (system umożliwiający otworzenie kolejnych drzwi dopiero po zamknięciu się poprzednich). Cóż z tego, że bandyta nie wyjdzie na zewnątrz? Uruchomiony alarm i zablokowane drzwi sprawiają, że w pułapce znajdą się wraz z nim także pracownicy i klienci. A jeśli wpadnie w szał i zacznie strzelać? Koszty strat – o ile sprawa przybierze taki obrót (zabici i ranni, milionowe odszkodowania itd.), mogą być o niebo wyższe niż wartość zrabowanych pieniędzy (i tak przecież ubezpieczonych).
System śluz ma jeszcze inną wadę, widoczną przede wszystkim w warunkach „pokojowych”: znacznie wydłuża obsługę klientów. Podobnie z wszelkimi urządzeniami spowalniającymi wydawanie gotówki („dyspensery”). Jest to jednak kompromis, na który my jako klienci musimy się zgodzić.
Wspomniane na wstępie źle zainstalowane kamery to widok wcale nie tak rzadki. Często są tak wysoko, że po obejrzeniu kasety z nagraniem napadu bardziej widoczny jest… daszek bejsbolówki napastnika niż jego twarz. Być może zainstalowano ją poprawnie, lecz w miarę upływu czasu nastąpiło lekkie przesunięcie i nikt nie zwrócił uwagi, że kamera swym elektronicznym okiem omiata teren, w którym nie ma klientów i w którym nic nigdy się nie zdarzy. Jeszcze do niedawna było tak, że przestępcy po dokonaniu napadu zabierali ze sobą kasetę z nagraniem i… tyle ich widziano. Obecnie dostęp do kasety z nagraniem został utrudniony, a rozwiązaniem idealnym wydaje się mechanizm umożliwiający zdalne monitorowanie placówki, i to w czasie rzeczywistym. Rozwiązania takie są kosztowne, ale skuteczne.
Banki – podobnie jak inne przedsiębiorstwa – tną koszty. Także w dziedzinie zabezpieczeń. To ryzyko jest jednak wliczone w cenę. Tak jak ryzyko kredytowe. A to przecież dla banków nic nowego: od dawien dawna ważą je; wszak pożyczają pieniądze klientom, nie mając nigdy stuprocentowej pewności, że otrzymają je z powrotem.
Grzegorz Gregorczyk
Więcej w kwietniowym numerze miesięcznika finansowego BANK
Zaprenumeruj BANK































































