Polska waluta ma za sobą całkiem udane pierwsze półrocze A.D. 2017, podczas którego z nawiązką udało się odrobić straty poniesione w roku ubiegłym. Ale ostatnie dni sugerują, że wchodzimy w okres sezonowej korekty, która może podrożyć nam zagraniczne wojaże.


Do końca półrocza zostało jeszcze sześć dni roboczych. To dużo i sytuacja może się jeszcze zmienić. Ale zakładając, że złotego w najbliższych dniach nie czeka załamanie, to polska waluta pierwsze półrocze powinna zakończyć na plusie. Od początku roku kurs EUR/PLN obniżył się o 3,7% (stan na 14:00, 22 czerwca). Do tego można by doliczyć grudniową kontrofensywę złotego – łącznie od szczytu z 6 grudnia do dzisiaj cena euro spadła o 26 groszy, czyli o 5,9%.
Załóżmy jednak, że do końca czerwca kurs EUR/PLN utrzyma się poniżej poziomu z 30 grudnia 2016 roku. Od wprowadzenia płynnego kursu w 2000 roku złoty 9 razy zaliczył umocnienie w stosunku do euro w pierwszym półroczu. W 7 z 9 takich sytuacji złoty kończył rok mocniejszy, niż go zaczynał. Zatem istnieje dobra szansa (77,8%), że euro zakończy rok 2017 nie wyżej niż po 4,40 zł. Tylko w 2008 i 2014 roku drugie półrocza wymazały zyski z pierwszych sześciu miesięcy roku.
W 5 na 9 historycznych przypadków kurs EUR/PLN po dobrym dla złotego pierwszym półroczu kończył rok na jeszcze niższych poziomach. Ta statystyka akurat nam niewiele pomoże – szanse są niemal pół na pół.
Przyjmijmy, że wakacje (jeśli ktoś je w ogóle ma) kończą się po 34. tygodniu roku. Pod koniec sierpnia w 10 na 17 przypadków złoty był mocniejszy niż na koniec półrocza. Ale jeśli ograniczymy nasze obserwacje do lat, w których w pierwszym półroczu złoty się umacniał, to tylko w 5 na 9 przypadków złoty zyskiwał w trakcie wakacji. Czyli dalej nasze szanse są bliskie 50%.
Spróbujmy zatem poszukać lat podobnych do 2017 – czyli okresów, gdy złoty notował umiarkowaną i w miarę jednostajną aprecjację w pierwszym półroczu. Najbardziej zbliżone trajektorie euro-złotego w pierwszym półroczu zaobserwowano w latach 2007 i 2015 (zapewne nieprzypadkowo w tych latach przypadły szczyty WIG-u – tak jak i w tym roku).
Jeśli czekałaby nas walutowa powtórka z 2007, to możemy spać spokojnie – kurs euro w wakacje był dość stabilny i mocno spadł jesienią. Gorzej, jeśli przerabiamy scenariusz sprzed dwóch lat – wtedy złoty apogeum swojej siły osiągnął w maju i przez resztę roku euro mocno drożało (choć akurat w okresie wakacyjnym było spokojniej).
Lekki niepokój budzą też statystyki sezonowości na rynku euro-złotego. W tym roku kurs EUR/PLN obniżał się w styczniu, lutym, marcu, kwietniu i maju. Anomalią był nie tylko bardzo dobry styczeń, ale przede wszystkim brak wiosennej korekty (zwanej też „korektą dywidendową”). Zwykle polska waluta osłabia się w maju i w czerwcu, po czym silnie odreagowuje w lipcu. Rynek zwykł bowiem robić na złość lipcowym urlopowiczom, którzy zwlekali z kupowaniem coraz droższej waluty na zagraniczny wyjazd. W efekcie kupowali na górce i ze złością obserwowali, jak później taniała.
Wygląda na to, że w tym roku „korekta dywidendowa” nam się spóźniła i rozpoczęła się dopiero na początku czerwca. A skoro tak, to może się przeciągnąć na lipiec, co by oznaczało euro w miesiącach wakacyjnych droższe niż w kwietniu i maju. Tym bardziej, że trwająca przez pół roku (od grudnia do maja) fala aprecjacji złotego „zasługuje” na poważną korektę. Bazując na poziomach Fibonacciego minimalny wymiar kary to niemal 4,29 zł za euro (38,2%), a w gorszym wypadku ponad 4,32 zł.





























































