Na początku piątkowej sesji akcje Apple’a taniały o blisko 6%. Inwestorom nie spodobały się prognozy spółki oraz fakt, że spółka nie będzie ona informowała o liczbie sprzedanych urządzeń.


Same wyniki za trzeci kwartał okazały się lepsze od oczekiwań analityków. Zysk netto był o prawie jedną trzecią wyższy niż rok wcześniej i wyniósł 14,1 mld dol. Daje to 2,91 dol. na akcję, podczas gdy rynkowy konsensus zakładał 2,78 dol. Pozytywnie zaskoczyły także przychody, które po wzroście o niemal 20% rdr sięgnęły 62,9 mld dol. Analitycy spodziewali się „tylko” 61,5 mld dol.
Dlaczego zatem po otwarciu piątkowej sesji kurs akcji Apple’a spadał o 5,9%, schodząc do 209,16 dol.? To najsilniejsza przecena tych walorów od kwietnia 2016 roku.
Może to być skutek realizacji zysków. Od początku roku akcje spółki z Cupertino podrożały o 23%, więc wciąż jest co zbierać ze stołu. Ale też część analityków kręciła nosem na prognozy Apple’a. W swym „żniwnym”, czwartym kwartale firma spodziewa się osiągnąć 89-03 mld dol. ze sprzedaży, podczas gdy mediana prognoz analityków to 92,9 mld dol. Tyle że zarząd Apple’a od lat ma w zwyczaju przedstawiać konserwatywne prognozy, aby potem pozytywnie „zaskoczyć” inwestorów.
Mieszane odczucia wywoła też porzucenie przez Apple’a praktyki podawania w raportach kwartalnych liczby sprzedanych urządzeń. W zamierzeniu ma to podkreślić zmianę charaktery spółki z dostawcy hardwaru na firmę świadczącą szeroko pojęte usługi dla klientów. Co jednak nie zmienia informacji, że chyba każdy inwestor i analityk wolałby otrzymać więcej niż mniej informacji. A dane dotyczące wolumenu sprzedawanych iPhone’ów to przecież kluczowy wskaźnik działalności Apple’a.
Jak dotąd Apple było ulubieńcem analityków z Wall Street. Wśród 41 rekomendacji w bazie serwisu marketwatch.com 24 brzmiało „kupuj” (i trzy „przeważaj”) a tylko jedna zalecała „sprzedaj”.
KK































































