Jest takie miejsce w Europie, gdzie społeczeństwo jest młode, dobrze wykształcone i gdzie prawie każdy ma pracę. Podatki są tu niższe niż w innych częściach kraju, znacznie mniej płaci się też za alkohol i papierosy. Prawie nie ma chorób, bo nie ma zarazków.
Na Spitsbergenie można być każdym - mówi w rozmowie z Bankier.pl z cyklu #TamMieszkam Ilona Wiśniewska, autorka książki „Białe”, Polka od kilku lat mieszkająca na dalekiej Północy Europy. Takie miejsca nazywano kiedyś „ziemią dla kowbojów”.
Malwina Wrotniak-Chałada, Bankier.pl: Dlaczego Tajowie ciągną do Longyearbyen? W całym tamtejszym tyglu kulturowym to oni są dziś najliczebniejszą nacją.
Ilona Wiśniewska: Na Spitsbergenie rynek pracy jest otwarty dla wszystkich, w odróżnieniu od rynku norweskiego, dlatego chyba tak duża tutaj grupa Tajów. Poza tym podatek tutaj jest o połowę niższy niż w Norwegii, więc zwyczajnie opłaca się pracować.
Większość Tajów, których poznałam, pracuje tutaj przez 11 miesięcy, a potem na miesiąc jedzie do domu, gdzie zostawili rodziny, dzieci. To są z reguły smutne historie.
Władze Norwegii chwalą się, że prawie każdy tutaj albo ma pracę, albo jest z rodziny, w której co najmniej jedna osoba pracuje. Liczba firm czy instytucji jest przecież w takim miejscu ograniczona, skąd więc ten ewenement?
Bo tu ograniczona jest też liczba ludzi. Ci, co nie znajdują pracy, nie zostaną na wyspie, bo wszystko tutaj jest nawet droższe niż w Norwegii. Bez pracy się nie przeżyje, nie prześpi na ławce, bo nie ma ławki, o parku nie wspominając.
Są w trakcie roku takie okresy, kiedy regularny ruch lotniczy do Longyearbyen jest wstrzymywany. Co dzieje się wtedy z pracownikami Svalbard Airport? Miasto nauczyło się elastycznego podejścia do pracy i zamienia ich na ten czas w specjalistów z innych dziedzin?
Lotnisko jest otwarte tylko w wybranych dniach i godzinach, więc jego pracownicy zajmują się zwykle czymś innym. Ktoś pracuje na basenie, ktoś inny w kantynie uniwersytetu. To typowe w Longyearbyen, że pracuje się na kilku stanowiskach jednocześnie, żeby uzbierał się etat.
Sama długo szukałaś zatrudnienia? Bycie obcokrajowcem nie stanowi w związku z tym problemu?
Bycie obcokrajowcem nie stanowi problemu w znalezieniu dobrego zatrudnienia, jeśli zna się język norweski. Zależy, gdzie się chce pracować. Przy obsłudze turystów używa się głównie angielskiego, przy sprzątaniu w ogóle mało się mówi.
Ja zaczęłam pracować najpierw dla lokalnej gazety przy skanowaniu starych zdjęć, więc potrzebowałam ograniczonej znajomości języka. Potem, w muzeum, warunkiem było to, że mówię po norwesku.
Mam koleżankę, która dużo jeździ po świecie, a jednak twierdzi, że nigdy nie była w droższej restauracji niż w Longyearbyen. Albo więc nie jecie na mieście, zostawiając tę przyjemność turystom, albo zarabiacie naprawdę dużo.
W Longyearbyen rzeczywiście jedzenie w restauracjach jest bardzo drogie. Elegancka kolacja to koszt rzędu 800 zł, ale zarobki są na tyle duże, że lokale są pełne i na szczęście nie tylko turystów.
Orientujesz się, ile może zarabiać – to będzie najbardziej obrazowe - sprzedawca „na kasie”?
Nie mam pojęcia. Wiem, że przepisowa najniższa stawka za godzinę to 150 koron, ale więcej dostają nawet pracownicy firmy sprzątającej. Zarabia się dużo, ale wynajem małego mieszkania to tutaj koszt rzędu 6000 zł.
Czy w związku z tym wszystkim na Svalbardzie w ogóle istnieje pośredniak?
Nie mam pojęcia. Ja po prostu porozmawiałam z moją przyszłą szefową i dostałam pracę.
Dałoby się w takim miejscy wyżyć z zasiłku? Północ słynie z wysokich świadczeń, chociaż podatki są tu - zdaje się - niższe niż w kontynentalnej części Norwegii?
Nigdy nie korzystałam z zasiłku, więc nie wiem. Nie znam też nikogo, kto z niego korzysta na Spitsbergenie. Wszyscy moi znajomi pracują. Po to tam są.
Pomówmy o kosztach życia. Podobno alkohol i papierosy tańsze niż na kontynencie, i to nie, że o kilka procent – podobno płacisz 1/3 ceny.
Przykład, który mnie szczególnie interesuje: butelka 0,75l ginu Bombay kosztuje w Longyearbyen 70 zł. Na kontynencie 250.
Ale bochenek chleba to już tutaj 20 zł. Dodajmy chleba, który jako tako smakuje tylko pierwszego dnia. (śmiech)
Czy jakimś zrządzeniem losu polskie produkty są w tym owianym sławą a jedynym sklepie w Longyearbyen?
Oczywiście. Brokuły ze Szczecina i grzyby (kurki) spod Gorzowa. Raz było też w sklepie Mleko Łowickie w kartonie.
Pamiętasz cenę któregoś z tych produktów w przeliczeniu na złotówki?
Ten brokuł kosztował chyba koło 20 zł. Warzywa na Spitsbergen mają daleką drogę, więc płaci się podwójnie: za witaminy i paliwo samolotów, które warzywa transportują.
Prawdopodobnie spora część mieszkańców Longyearbyen wysyła zarobione pieniądze do domów w innych krajach. Ci, którym coś zostaje, raczej na Svalbardzie oszczędzają czy inwestują? Bo przecież żyjąc tam, muszą mieć w sobie większą skłonność do ryzyka.
Nie ma reguły. Niektórzy inwestują, kupują tu domy i zakładają firmy. Inni jedzą przetwory z domu. Nie wiem, czy są skłonni do ryzyka bardziej niż inni.
Jedyne, co można powiedzieć ogólnie o ludziach na Spitsbergenie to to, że nie boją się zimna.
Nieśmiało dążę też do pytania o usługi bankowe w tak mocno nie kojarzącym się z technologiami miejscem. Ilu bankomatów potrzeba, żeby obsłużyć ponad 2000 mieszkańców?
Jest jeden bank, jeden bankomat i na karcie bankomatowej można sobie wybrać jakiś motyw ze Spitsbergenu, niedźwiedzia albo pardwę. Ja mam widok na miasto. Nie korzystam często z usług banku, bo w polskiej bankowości mało się orientuję, a co dopiero w zagranicznej. Wszystko można załatwić przez internet.
Okładkę Twojej książki zdobi hytta – typowa norweska mała chatka z drewna. To prawda, że żeby mieć taką hyttę na Svalbardzie, trzeba by wyłożyć ponad 1 mln złotych?
Milion może rzeczywiście wystarczyć, wszystko zależy od lokalizacji. Zdarzają się też hytty za 1,5 miliona. Na Spitsbergenie hytt jest niewiele, a nie można budować więcej, więc są na wagę złota. Łatwo można tę potrzebę ludzi zrozumieć, bo Longyearbyen jest jednak dość odciętym od świata miastem, więc każda możliwość zmiany dekoracji urozmaica życie.
Powiedzieć, że ma nieruchomość w Longyearbyen może tylko 10% mieszkających tam osób, większość decyduje się na wynajem. Czy w takich miejscach w ogóle bierze się kredyt – czy to na dom, czy na skuter?
Oczywiście. Również na samochód albo łódź. Przez to, że zarobki są tutaj wysokie, a wyspa jest strefą bezcłową, kupuje się tutaj pewnie jeszcze więcej niż na kontynencie.
A propos transportu, czy dociekałaś kiedyś dlaczego to toyota jest tutaj niemal monopolistą na rynku motoryzacyjnym?
Nie dociekałam. Wiem natomiast, że toyotę można było odpalić przy -30 stopniach, a mercedesa już nie.
Wróćmy jeszcze na moment do domów. Zgodnie z oficjalnymi statystykami, w połowie lokali mieszkaniowych w Longyearbyen żyje tylko po jednej osobie. Przekłada się to na sposób życia tej dwutysięcznej społeczności miasta?
Ludzie są gościnni, chętnie wynajmują swoje mieszkania innym, nawet nieznajomym. Chyba nikomu nie uśmiecha się samotność w wielkim domu podczas nocy polarnej, gdy jedyną atrakcją jest wielki telewizor z serialami w Netfliksie.
Co do zasady w lokalizacjach, do których często napływają nowi ludzie, wraz z ich potrzebami kwitnie infrastruktura. Czy w miejscu, w którym większość osób jest „na chwilę”, jest podobnie? Przybywa klubów, sal do fitnessu etc.?
Przybywa i ubywa jednocześnie. Jeśli jest instruktor jogi, to jest kurs, a jak nie ma, to gra się w badmintona. Jest tu miejsce dla wszystkich, którzy mają jakiś pomysł, a społeczność bardzo chętnie uczestniczy w nowych przedsięwzięciach, nawet jeśli jest to taniec irlandzki albo aerobik w wodzie.
W swojej książce piszesz, że idąc do kina, musisz liczyć na gust operatora. Spotykałaś taką uznaniowość w wielu miejscach w Longyearbyen?
To nawet nie jest operator, a szef od kultury w urzędzie miasta. (śmiech)
Pewnie każdy na stanowisku, czy to szefa galerii, czy redaktora naczelnego gazety, kieruje się trochę subiektywnymi sympatiami czy antypatiami. Ale czy to jest charakterystyczne akurat dla tego miejsca, nie odważyłabym się stwierdzić.
Na stronie internetowej miejscowego uniwersytetu zawieszono informację, że w programie zajęć semestru letniego 2015 znajdzie się m.in. Arktyczny survival i kurs bezpieczeństwa. Wychodzi na to, że Svalbard wie, jak kusić ciekawych świata i z czym się je autopromocję?
Studentom organizuje się kursy przetrwania, bo często pracują w terenie, na lodowcach i muszą wiedzieć, jak w razie potrzeby się zachować. Tu nie kwestia autopromocji, a zdrowego rozsądku.
Wiele osób byłoby zaskoczonych faktem, że w tym arktycznym krajobrazie stoi nawet Radisson Blu. Prawie 1000 zł za hotelową dobę i to rezerwując ze sporym wyprzedzeniem. Mamy więc dobre pole do rozwoju coachsurfingu. Zauważyłaś, żeby tak się działo?
Ja przy pierwszym przyjeździe na Spitsbergen też skorzystałam z takiej możliwości u Czecha, który wtedy mieszkał w mieście. Nie wiem, na ile teraz couchsurfing jest rozwinięty, ale na Facebooku co chwilę pojawiają się zapytania o wolny pokój albo pół kanapy.
Problem ewentualnie w tym, że jednak podobno turystom nie wszędzie wolno chodzić?
I najlepiej niech tak zostanie. Mieszkańcom też nie można wszędzie chodzić i to jest właśnie dobre. Skoro to jeden z ostatnich przyczółków dzikiej przyrody na Ziemi, to niech tak zostanie.
Powtarzam i powtarzałam, mieszkając na Spitsbergenie, że jakby teraz zaraz zarządzono wysiedlenie ludzi z wyspy, to ja jestem pierwsza w kolejce.
Kończąc powoli - czy w miejscu, gdzie szpital liczy sobie ledwie 6 łóżek, można czuć się bezpiecznie?
To zależy od tego, na ile umie się liczyć na samego siebie. Opieka medyczna w lokalnym szpitalu nie należy do najbardziej wszechstronnych. Ból oczu leczyła mi tu ginekolog. I nie do końca wyleczyła. Ale jeśli kogoś porani niedźwiedź polarny, to personel wie, co robić.
Rok 2015 rozpoczęliście z mężem już w nowym miejscu. Zapowiadałaś, że planujesz kolejną książkę. Odpowiedzi na jakie pytania będziesz szukała na Lofotach?
Na Lofotach będę szukała wczesnych oznak wiosny, a nową książkę piszę o najbardziej północnej części Norwegii i Półwyspie Kolskim.
Powtarzasz, że Spitsbergen to nie Skandynawia. Tym razem jesteś bliżej niej?
Jestem w samym jej centrum. Na Lofotach właśnie zaczął się sezon na dorsze, więc wszędzie jest zapach suszącej się ryby.
Rozmawiała Malwina Wrotniak-Chałada, Bankier.pl
Materiał jest częścią projektu #TamMieszkam
































































