Rządy w europejskich stolicach zawiodły na całej linii. Sprawiły, że myśl o wojnie stała się niewyobrażalna i pozwoliły nam żyć w „społeczeństwie postheroicznym”.


To być może największa i najgroźniejsza luka w obronie Europy.
Przesłanie to płynie z garderoby nr 2 – szatni w starej sali koncertowej DR (Duńskiego Radia) w centrum Kopenhagi. Autorem tych słów jest Iwan Krastew, bułgarski politolog i uznany na świecie ekspert w dziedzinie geopolityki. Właśnie wystąpił przed niemal 700 słuchaczami na dużej konferencji Børsen i McKinsey dotyczącej m.in. geopolityki i AI.
Garderoba nr 2 jest więcej niż skromna. Tylko sofa, krzesło i zbyt niski stolik kawowy. Próbuję balansować z notatnikiem na kolanach i ogarnąć trzy główne tezy. Że na Kremlu intensywnie dyskutuje się o „otwartym oknie” do ataku na Europę. Że USA mogą być na drodze do opuszczenia NATO. I że wola walki w dużej części Europy jest, według Krastewa, minimalna.
„Skończyliśmy z rządami, które nie wiedzą, jak prosić swoich obywateli o poświęcenie życia, jeśli zajdzie taka potrzeba. Ponieważ słowo sacrifice (poświęcenie) zniknęło z języka polityki. Teraz muszą zmusić swoich obywateli do spojrzenia na świat w nowy sposób” – mówi Iwan Krastew.

Rozmawiamy o tym właśnie teraz, ponieważ amerykańskie pożegnanie z NATO jest jednym z najgroźniejszych tematów naszych czasów – oraz dlatego, że Rosja, dla odmiany, przestawiła społeczeństwo na tory pełnoskalowej gospodarki wojennej.
Niektórzy eksperci odrzucają możliwość wyjścia z NATO, ponieważ decyzja ta wymagałaby zgody ogromnej większości w Kongresie USA.
NATO było dla wielu Europejczyków ostatnią religią. Ale wraz z Trumpem to postrzeganie uległo zmianie – znajdziemy się w zupełnie innym świecie, jeśli USA nie będą mogły lub chciały zareagować — Ivan Krastev, politolog, Council on Foreign Affairs.
Inni uważają, że prezydent Trump może zrealizować swoje groźby o faktycznym wystąpieniu z NATO poprzez rozkazy wycofania wojsk z Europy, pozostawiając kwestie prawne z boku.
Iskrą dla tego pożaru może być, według Krastewa, powrót Trumpa do żądania przejęcia Grenlandii. Jeśli nie otrzyma tego duńskiego terytorium, prezydent może ponownie ogłosić, że USA opuszczają NATO. Ponieważ Trump „ma tendencję do przeskakiwania z kryzysu w kryzys, a jeśli nie może rozwiązać obecnego, wybiera nowy” – jak mówi Krastew.
Innymi słowy: ponieważ sprawy USA w Iranie idą fatalnie, Trump może jeszcze w tym roku zażądać własności nad tym, co ostatnio nazwał „źle zarządzanym kawałkiem lodu”.
NATO to ostatnia religia
Podążając za tokiem myślenia Krastewa o pogrążonym w kryzysie NATO, krótkowzrocznym prezydencie USA i wojowniczej Rosji, kluczowe jest wysłuchanie jego oceny znaczących braków w obronie Europy. O groźnej sytuacji, która powstanie, gdy – „gdy” jest dla niego bardziej prawdopodobne niż „jeśli” – USA wycofają się z NATO.
„Bo jeśli Europa chce spełnić ambicję bycia autonomiczną, musimy zwiększyć zdolności obronne” – podkreśla Krastew. „Nawet jeśli wywoła to wewnątrzeuropejski strach, gdy obronność Niemiec stanie się znacznie większa” – dodaje, nawiązując do zawsze czającego się lęku przed zbyt silnymi i dominującymi militarnie Niemcami.
Ale wyzwanie nie jest proste. Wola walki w europejskiej części NATO – z Finlandią i Turcją jako najbardziej wyraźnymi wyjątkami – nie imponuje. 74% Finów jest gotowych pójść na wojnę za swój kraj, 73% Turków. W Danii to tylko 37%, a w Niemczech wola obrony jest na samym dnie i wynosi zaledwie 18%, według danych Brilliant Maps.
Brak woli obrony wiąże się zapewne z niesłabnącą ufnością, że w razie wojny NATO i USA ponownie się pojawią i pomogą. Tak jak USA zrobiły to podczas I i II wojny światowej.
Koalicja zaniepokojonych
W styczniu Krastew napisał analizę dla magazynu Time, porównując obecną sytuację do Linii Maginota. Kiedy nazistowskie Niemcy na początku II wojny światowej wkroczyły m.in. do Belgii i stamtąd zaatakowały Francję, Linia Maginota okazała się iluzją.
Być może przyszli historycy uznają europejskie zaufanie do NATO za „europejską Linię Maginota” – czyli „psychologiczną kulę, która stworzyła fałszywe poczucie bezpieczeństwa i uniemożliwiła Europie przygotowanie się do stawienia czoła egzystencjalnym wyzwaniom”.
To rodzi kluczowe pytanie: jak Europa – przy dużych różnicach wewnętrznych – ma zbudować wspólną strukturę obronną bez USA?
„To będzie koalicja chętnych. Nie możemy oczekiwać, że wszyscy będą chcieli w tym uczestniczyć. Ale możemy oczekiwać udziału krajów zaniepokojonych – więc nazwałbym to raczej koalicją zaniepokojonych” – wskazuje Krastew. Zaznacza, że Niemcy staną się ważnym graczem w tej koalicji i wkrótce będą największą potęgą militarną w Europie.
UE jest nadal ważna z kilku powodów: przede wszystkim chodzi o pieniądze. UE ma zwyczaj rzucać pieniędzmi w problemy, a to podstawa w gospodarce obronnej — mówi Ivan Krastev.
Jeśli mowa o koalicji zaniepokojonych, kraje skandynawskie wraz z trzema krajami bałtyckimi będą naturalnymi uczestnikami. „Będzie to blok o dużej wadze, uzupełniony oczywiście przez Francję i Wielką Brytanię oraz ich broń jądrową. Ale nie można oczekiwać, że wszystkie kraje Europy wezmą w tym udział” – mówi Krastew. Nawiązuje do zjawiska, w którym strach przed Rosją maleje wraz z odległością geograficzną od Kremla. Z tego powodu kraje południowoeuropejskie wspierają Ukrainę najmniej.
Notorycznie powolna UE
Zarówno Ukraina, jak i Rosja pokazały w ciągu ostatnich czterech lat, jak szybko i skutecznie można zwiększyć produkcję broni, podczas gdy UE jest uwięziona w narodowych interesach i procedurach. Czy nie byłoby lepiej wyłączyć zintensyfikowaną współpracę obronną z UE, która jest notorycznie powolna i biurokratyczna?
„Tak, ale UE jest nadal ważna: po pierwsze pieniądze, po drugie wspólne standardy, do których jesteśmy przyzwyczajeni z NATO”.
Ale czy to nie nierealne, by to UE była w centrum?
„W dużej mierze – całkowicie nierealne. To duże kraje, jak Niemcy i Francja, muszą wziąć na siebie odpowiedzialność, wraz z krajami najbardziej zaniepokojonymi”.
Otwarte okno Putina
Iwan Krastew ma jeszcze jedno przesłanie: Ukraina musi w pełni uczestniczyć we współpracy obronnej. Mimo że jest to dylemat – „ponieważ Europa ma wspólne marzenie, ale indywidualne koszmary” (jak np. protesty polskich rolników).
Według niego Ukraina musi być częścią obrony Europy, nie ze względu na samą Ukrainę, ale dlatego, że jej armia jest najbardziej doświadczona w walce w Europie i przyzwyczajona do starć z Rosją.
To temat, o którym w Rosji mówi się poważnie. Czas jest obecnie po ich stronie. Dlatego musimy działać bardzo, bardzo szybko — ocenia Ivan Krastev.
„Okno możliwości” Putina to czas, zanim Niemcy zainwestują w obronność tyle, że ich budżet będzie większy niż francuski i brytyjski razem wzięte. W Kremlu uważa się, że za pięć lat armia niemiecka będzie znacznie silniejsza niż obecnie. Dlatego Rosja widzi teraz otwarte okno.
Niemiecki minister obrony Boris Pistorius ogłosił niedawno: „Przekształcamy Bundeswehrę w najsilniejszą konwencjonalną armię Europy”.
Krastew nie twierdzi kategorycznie, że atak nastąpi, ale nalega, by zrozumieć, że na Kremlu rozważa się najlepszy moment na uderzenie. Podkreśla też, że przewaga ekonomiczna Europy nie gwarantuje sukcesu: „Budżety obronne nie wygrywają wojen. Ludzie wygrywają wojny”. A ci ludzie muszą być gotowi zginąć.
Zakład o następną wojnę
Kolejnym problemem jest to, że europejski przemysł zbrojeniowy sam decyduje, co chce produkować, licząc na to, że rządy to kupią. Tymczasem Pentagon czy Kreml zlecają konkretne projekty, realnie obstawiając, jak będzie wyglądać następna wojna.
„Ten zakład może być trafny lub błędny. Ale podejmuje się decyzję, podczas gdy w Europie to często firmy decydują. Może to być coś niewłaściwego, co nie pasuje do potrzeb rządów”. Krastew podaje przykład inwestycji w F-35, podczas gdy wojna na Ukrainie pokazuje ogromną rolę znacznie tańszych dronów.
Na koniec, pytany o nadzieję na to, że Europa stanie się supermocarstwem, Krastew odpowiada: „Nie, nie będziemy klasycznym supermocarstwem. Takich już nie ma, nawet USA i Chiny nie są nimi w takim sensie, jak kiedyś USA i ZSRR”. Jego najlepsza nadzieja dla Europy? Że staniemy się „średniej wielkości potęgą”, w której najbardziej pozytywne jest to, że „żaden z kluczowych graczy nie chce opuścić UE”.
Hakon Redder




























































