Ryzyko to nieodłączny element inwestowania. Jest ono relatywnie niskie w przypadku obligacji emitowanych przez Ministerstwo Finansów, ale też zyski na detalicznych papierach skarbowych są tylko trochę wyższe od tego, co oferują rodzime banki na lokatach. Niektóre instrumenty finansowe są bardzo ryzykowne - w 2018 r. prawie 80 proc. klientów rynku Forex odnotowało stratę (wg analizy zaprezentowanej przez Komisję Nadzoru Finansowego). Dużo niższe ryzyko podejmuje inwestor, który kupi akcje dużej spółki giełdowej – takie firmy często dzielą się swoimi zyskami z akcjonariuszami.
Lokaty bankowe, biorąc pod uwagę okres od kwietnia 2015 r., są przeciętnie oprocentowane na 1-2 proc. w skali roku – wynika z danych NBP. Nie powinno więc dziwić, że wiele osób poszukuje alternatywy dla bankowych depozytów. Sposobów inwestowania jest wiele. Akcje, obligacje, fundusze inwestycyjne, złoto, nieruchomości czy bardziej skomplikowane kontrakty terminowe to tylko niektóre z wielu propozycji do wyboru.
Obligacje skarbowe z państwową gwarancją
Zobacz także
Najbezpieczniejszą formą inwestowania są obecnie detaliczne obligacje skarbowe emitowane przez Ministerstwo Finansów. Papiery wartościowe tego typu pozwalają zarobić od 1,5 proc. w skali roku w przypadku papierów trzymiesięcznych do 3,2 proc. w pierwszym roku inwestowania w przypadku obligacji 12-letnich przeznaczonych dla beneficjentów programu 500+. Uwzględniając popularność każdego z typów obligacji sprzedawanych przez Ministerstwo Finansów, możemy oszacować, że przeciętny papier skarbowy kupiony w 2018 r. pozwolił zarobić 2,02 proc. To średnio o około 0,4 pkt. proc. więcej niż w przypadku lokat. Na podstawie danych NBP można bowiem oszacować, że przeciętna lokata założona w 2018 r. oprocentowana była ok. 1,62 proc.
Zaletą niektórych serii detalicznych obligacji skarbowych jest to, że są indeksowane inflacją. Nabywając obligację dziesięcioletnią, wiemy na przykład, że w pierwszym roku zarobimy 2,7 proc., ale w kolejnym oprocentowanie obligacji będzie 1,5 pkt. proc. wyższe niż wskaźnik inflacji publikowany przez GUS. W efekcie szybsze tempo wzrostu cen oznaczałoby wyższe oprocentowanie dla inwestora. Trzeba mieć jednak świadomość, że obligacje skarbowe o najkorzystniejszym oprocentowaniu są długoterminowe. I tak na najlepsze oprocentowanie można liczyć, inwestując w papiery 10- lub 12-letnie. Nie znaczy to jednak, że środków zainwestowanych w te papiery nie możemy odzyskać w sytuacji awaryjnej. Zawsze można zażądać przedterminowego wykupu obligacji, ale oznaczałoby to utratę przynajmniej części naliczonych odsetek. Co ważne, nawet jeśli zażądamy zwrotu pieniędzy przed czasem, to prowizja za wcześniejszy wykup nie może być wyższa niż dotychczasowy zysk. To znaczy, że jeśli zainwestowaliśmy w detaliczne obligacje skarbowe tysiąc złotych, to żądając zwrotu pieniędzy, dostaniemy na konto przynajmniej tysiąc złotych, a prowizja za całą operację nie nadwyręży kapitału początkowego. Taka procedura trwa z reguły kilka dni.
Detaliczne obligacje można kupić przez internet, ale dane Ministerstwa Finansów pokazują, że tylko niewielka część papierów sprzedawana jest w ten sposób. Trudno się temu dziwić – z danych tego samego ministerstwa wynika, że około trzech czwartych pieniędzy wydawanych przez Polaków na detaliczne papiery skarbowe pochodzi od osób po pięćdziesiątce. To nie przypadek – skłonność do podejmowania ryzykownych decyzji finansowych spada wraz z wiekiem. Łatwo zobrazować to przykładem. Osoba będąca na emeryturze lub mająca lada moment na emeryturę przejść, nie może zwykle pozwolić sobie na to, żeby jej oszczędności wyraźnie stopniały w efekcie poważnych przecen, np. na giełdzie. Może bowiem zabraknąć czasu na odrobienie strat.
Obligacja korporacyjna jak pożyczka firmie
Znacznie wyższe ryzyko podejmuje inwestor, który zamiast obligacji państwowych wybierze obligacje emitowane przez firmy. To rozwiązanie nie zawsze warto polecać tzw. inwestorom nieprofesjonalnym. Dlaczego? Obligacje korporacyjne, bo o nie tu chodzi, są de facto formą pożyczki udzielanej firmie, która emituje tego rodzaju papiery wartościowe. Takie papiery inwestorzy indywidualni mogą kupić sami, oceniając wcześniej wiarygodność firmy je oferującej, ale zwykle bezpieczniej jest powierzyć środki, które chcemy zainwestować w obligacje korporacyjne, funduszowi inwestycyjnemu. Co prawda w skrajnych sytuacjach nie uchroni nas to przed stratami w przypadku upadłości firmy, której obligacje kupił nasz fundusz, ale przynajmniej zarządzający powinien w sposób profesjonalny ocenić wiarygodność emitenta i zadbać o to, abyśmy mogli w sytuacjach awaryjnych wyjść z naszej inwestycji. Kiedy do takiej awaryjnej sytuacji dojdzie, uniknięcie strat nie zawsze będzie możliwe.
Nie powinniśmy też mieć złudzeń – inwestowanie poprzez fundusze wiąże się z koniecznością ponoszenia opłat za zarządzanie lub prowizji w momencie rozpoczęcia i zakończenia przygody z funduszem.
Co więcej, dostępne na rynku fundusze inwestujące w obligacje korporacyjne czasami lokują powierzone im środki nie tylko na rodzimym rynku, ale też poza nim. To generuje dodatkowe ryzyko. Zainwestowane oszczędności będą podatne na zmiany koniunktury w innych krajach. Na wyniku inwestycji mogą też zaważyć zawirowania na rynku walutowym. Jeśli nasz fundusz kupił obligacje denominowane w euro, to umocnienie złotego wobec wspólnej waluty oznaczałoby, że wychodząc z inwestycji, można stracić na różnicy między kursami złotego i euro, po których były nabywane i sprzedawane wspomniane papiery.
Przeważnie jest jednak tak, że obligacje korporacyjne są oprocentowane wyżej niż obligacje skarbowe emitowane przez kraj, w którym działa dana firma. Od tej zasady można znaleźć odstępstwa, ale zazwyczaj pożyczenie pieniędzy państwu o dobrej sytuacji finansowej jest mniej ryzykowne niż czasami powierzenie ich firmie działającej w danym kraju.
W polskich warunkach obligacje korporacyjne można kupić na rynku pierwotnym od emitenta lub na rynku wtórnym. Aby rozwijać ten drugi, Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie uruchomiła rynek Catalyst. Pozwala on składać zlecenia zakupu i sprzedaży obligacji korporacyjnych notowanych na giełdzie posiadaczom rachunków maklerskich. Płynność na tym rynku jest jednak znacznie niższa niż na rynku akcji. Z danych Catalyst wynika, że w 2018 r. niektóre serie obligacji nie były w ogóle przedmiotem obrotu, czyli przez cały rok nie dokonano na nich ani jednej transakcji. Obligacje nienotowane na giełdzie też można kupić i sprzedać. Problem w tym, że aby to zrobić, trzeba znaleźć drugą stronę transakcji i podpisać z nią umowę cywilnoprawną.
Nie taki wynajem prosty, jak go malują
Do grupy inwestycji bezpiecznych Polacy często zaliczają zakup mieszkań na wynajem. Niestety nie jest to inwestycja pozbawiona ryzyka. Po pierwsze, nikt nie zagwarantuje, że w przyszłości ceny mieszkań i czynsze ich wynajmu nie spadną. Przykład? Inwestorzy, którzy kupili mieszkanie na przełomie 2007/2008, w kolejnych latach obserwowali, jak wartość ich nieruchomości spadała. W latach 2007–2013 ceny mieszkań w stolicy spadły o około 20 proc. – wynika z indeksu hedonicznego cen mieszkań używanych prezentowanego w kwartalnym raporcie NBP (Informacja o cenach mieszkań i sytuacji na rynku nieruchomości mieszkaniowych i komercyjnych w Polsce IV kwartał 2018). Oczywiście w międzyczasie ktoś, kto kupił lokal na wynajem, czerpał też zyski z tego tytułu, ale nawet wtedy – o ile kupił mieszkanie na tzw. górce – musiał czekać przynajmniej 2-3 lata, zanim wpływające na konto czynsze pokryły spadek wartości nieruchomości. Zakładamy przy tym, że mieszkanie zostało kupione za gotówkę, a nie z pomocą kredytu – szczególnie walutowego. Warto przy tym podkreślić, że ostatnie załamanie koniunktury na rodzimym rynku mieszkaniowym nie było tak dotkliwe jak w innych państwach. W Hiszpanii czy Estonii ostatni kryzys doprowadził nawet do 50-procentowych przecen mieszkań.
Każdy, kto rozważa zakup mieszkania na wynajem, powinien też pamiętać, że taka inwestycja wiąże się nie tylko z dużym wydatkiem na samo lokum, ale też koniecznością poniesienia dodatkowych kosztów transakcyjnych (np. podatek od czynności cywilnoprawnych, prowizja pośrednika, wynagrodzenie notariusza, który jest niezbędny przy transakcji). Niemałe pieniądze inwestor będzie musiał też wyłożyć na przygotowanie mieszkania do wynajęcia. Do tego dochodzi znalezienie najemcy, rozliczanie się z nim, reagowanie na awarie. To powoduje, że zajmowanie się mieszkaniem na wynajem wymaga od właściciela sporego zaangażowania – nieporównywalnego z tym, którego wymaga zakup wspomnianych obligacji skarbowych. Do tego dochodzi ryzyko, że kupione dziś mieszkanie straci na wartości w związku ze starzeniem się społeczeństwa (szczególnie dotyczy budynków bez wind), zmiany gustów lub zużycia technicznego budynku.
Giełda rozwiązaniem dla osób z dłuższym horyzontem
Na ryzyko powinien przygotować się inwestor, który swoje pieniądze postanowił ulokować w akcjach (czyli w papierach wartościowych potwierdzających udział w przedsiębiorstwie) firm notowanych na giełdzie. Oczywiście inwestorzy giełdowi przeważnie kupują akcje konkretnych spółek. Dla syntetycznego obrazowania sytuacji na parkiecie giełda publikuje notowania indeksów giełdowych. Jednym z nich jest WIG20. Agreguje on dane na temat cen akcji 20 największych firm, notowanych na warszawskim parkiecie. Na jego przykładzie łatwo pokazać, jak druzgocące dla portfeli inwestorów potrafią być okresy bessy, czyli czasu gdy zdecydowanie przeważają spadki notowań akcji. W lutym 2009 r. notowania indeksu WIG20 były nawet o 2/3 niższe niż u szczytu z 2007 r. To sugeruje, że inwestorzy przeciętnie straciliby ponad 60 proc. zainwestowanych środków, gdyby byli zmuszeni sprzedać na początku 2009 r. akcje kupione w końcu 2007 r. Oczywiście posiadacze akcji poszczególnych firm skupionych w indeksie WIG20 mogliby zanotować w takiej sytuacji zarówno większe, jak i mniejsze straty.
Warto podkreślić, że znacznie bardziej podatne na przeceny okazały się akcje średnich i mniejszych spółek. W przypadku indeksu mWIG40 od szczytu do dołka doszło do około 80-procentowej przeceny. Rok 2007 był w tym stuleciu najgorszym momentem, aby kupić akcje na polskiej giełdzie. Do 2019 r. nie udało się wspomnianym indeksom powrócić do poziomów ze szczytu poprzedniej hossy (2007 r.).
Skromnym pocieszeniem dla inwestorów jest informacja płynąca z indeksu WIG20 w wersji total return, czyli takiej, gdzie do kalkulacji bierze się pod uwagę nie tylko ceny akcji, ale też wartość wypłaconych dywidend (część zysku przedsiębiorstwa wypłacona akcjonariuszom). Wynika z niego, że tylko przez trzy dni 2018 r. (od 22 do 24 stycznia) notowania indeksu WIG20 Total Return były wyższe niż u szczytu ostatniej hossy. Co to oznacza? Załóżmy hipotetyczną sytuację, że ktoś zainwestował swoje pieniądze w taki sposób, aby odwzorować skład indeksu WIG20, ale zrobił to w najgorszym możliwym momencie ostatnich lat, czyli 29 października 2007 r. W efekcie przez ponad 11 lat miał tylko trzy wspomniane wcześniej dni, w których sprzedaż wszystkich posiadanych akcji po zsumowaniu z otrzymanymi dywidendami i wartością praw poboru pozwoliłaby wyjść z inwestycji bez strat.
Ten przykład pokazuje, że inwestowanie na giełdzie jest rozwiązaniem dla osób mających dłuższy horyzont inwestycyjny. Pokazuje on też zasadność korzystania ze zleceń stop loss. Chodzi o takie zlecenie, które pozwala automatycznie – bez ingerencji inwestora – na sprzedaż papierów wartościowych, gdy ich wycena spadnie do poziomu, poniżej którego inwestor chce już pozbyć się papierów i w ten sposób ograniczyć generowane przez nie straty. Oczywiście takie zlecenie zostanie zrealizowane tylko wtedy, gdy na giełdzie pojawi się odpowiednie zlecenie złożone przez kogoś, kto chciałby kupić akcje.
Nie jest to więc sposób idealny, ale w normalnych warunkach pozwala ograniczać straty inwestora giełdowego. Bardzo ważne pozostaje pytanie, jak nie przepłacić za akcje? Podstawową zasadą jest to, że zakupy są ryzykowne, jeśli hossa trwa kilka lat, a tym bardziej jeśli indeksy giełdowe śrubują historyczne rekordy. Większe jest też prawdopodobieństwo strat na giełdzie, gdy kupujemy akcje w momencie, gdy ekonomiści spodziewają się, że gospodarka danego państwa mierzona wzrostem produktu krajowego brutto (PKB) nie będzie się rozwijała tak szybko jak dotychczas.
Pomocnym barometrem sytuacji na rynku giełdowym jest też wskaźnik ceny do zysku (zapisywany też jako C/Z lub po angielsku P/E). Pokazuje on, ile lat firma lub grupa firm musiałaby zarabiać tyle, ile w ostatnim roku, aby zysk w przeliczeniu na akcje zrównał się z jej bieżącą wyceną. Co do zasady mówi się, że wskaźnik na poziomie 20-30 (cena akcji odpowiada 20-30-letnim zyskom) oznacza, że akcje są relatywnie drogie, a przy wskaźniku na poziomie 10 jest stosunkowo tanio.
Oczywiście sprawa w praktyce nie jest aż tak prosta. Może się okazać, że firma wykazuje w danym momencie niski wskaźnik C/Z dlatego, że właśnie sprzedała jakąś dochodową część swojego biznesu, a więc zrealizowała duży zysk. W konsekwencji jednak generowane przez nią w przyszłości zyski mogą już nie być aż tak atrakcyjne. Firma o niskim poziomie C/Z może też właśnie przeżywać bardzo poważne problemy finansowe i organizacyjne, z których wcale nie musi wyjść obronną ręką.
Czynnik ten może być więc mylący i oceny atrakcyjności inwestycji nie należy opierać tylko na jednym wskaźniku. Bardzo ważne dla powodzenia inwestycji jest to, czym zajmuje się dana firma. Przykład? Okres kryzysu powinny lepiej przetrwać dyskonty spożywcze niż sieci delikatesów, producenci tanich aut niż pojazdów z wyższej półki, taniej odzieży niż drogich markowych ubrań. Co więcej, nie tylko od kondycji samej spółki, rynku, na którym działa, i sprawności zarządzania zależy wycena akcji danej firmy. Decydujące mogą być tu nastroje inwestorów giełdowych zarówno w Polsce, jak i na świecie. Może się więc okazać, że akcje firmy o dobrych wynikach finansowych pomimo atrakcyjnej wyceny wcale nie będą zyskiwały na wartości, bo na całym rynku w danym okresie panować będzie bessa. Podobnie w okresach giełdowej hossy (czas, w którym przeważają wzrosty cen akcji) częściej zdarzają się sytuacje, w których akcje firm o złej kondycji finansowej i tak drożeją.
Fundusze niejedno mają imię
Oczywiście, jeśli inwestor nie czuje się na siłach, aby na bieżąco śledzić informacje spływające z parkietu, może do zarządzania swoimi pieniędzmi zatrudnić profesjonalną instytucję, np. fundusz inwestycyjny wspomniany przy okazji obligacji korporacyjnych. Zadaniem zarządzającego takim funduszem jest analiza informacji rynkowych i wyszukiwanie atrakcyjnych inwestycji. Oczywiście fundusze inwestycyjne pozwalają inwestować nie tylko na rynkach akcji polskich i zagranicznych, ale też np. surowców, obligacji czy rynku krótkoterminowych papierów dłużnych.
Ale uwaga! Zarządzające funduszem Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych nie świadczy usług za darmo. Inwestor płaci nie tylko za zakup jednostek funduszu, ale też musi się liczyć z opłatą za zarządzanie. Znacząco wpływa to na opłacalność inwestowania. Częściowo właśnie te dodatkowe opłaty odpowiadają za to, że na dzień 28 grudnia 2018 r. notowania tylko 16 (na 194) funduszy inwestujących w polskie akcje pokazywały lepszy wynik w ujęciu rocznym niż analogiczne notowania indeksu WIG20 Total Return. To znaczy, że tylko jeden fundusz akcji krajowych spółek na 12 okazał się w 2018 r. lepszym wyborem niż proste odwzorowanie indeksu największych spółek.
Zapewne też dlatego na świecie coraz popularniejsze stają się w ostatnich latach tzw. ETF-y (Exchange-traded Fund), czyli fundusze, których zadaniem jest idealne odwzorowanie zachowania indeksów giełdowych, notowań funduszy czy obligacji. Ich przewagą są minimalne koszty zarządzania i duża płynność. Na warszawskiej giełdzie także dostępne są już pierwsze ETF-y, które można kupić i sprzedać na bieżąco w godzinach i dniach trwania notowań. Pozwalają one zainwestować w indeks WIG20, niemiecki indeks DAX i amerykański S&P 500. Ale uwaga! W przypadku inwestycji zagranicznych oprócz ryzyka inwestowania w akcje podejmujemy też ryzyko walutowe. O co chodzi? Załóżmy, że zainwestowaliśmy tysiąc złotych w firmy niemieckie, a więc przy kursie 5 zł za EUR zainwestowaliśmy w nie 200 EUR. Gdyby po roku posiadane akcje wciąż były warte 200 EUR, ale za euro trzeba płacić 4 zł, to po przeliczeniu euro na złote otrzymamy kwotę 800 zł.
Decydując się na inwestowanie własnych oszczędności, musimy mieć w świadomości nie tylko obietnicę przyszłych zysków, ale także, a może przede wszystkim, ryzyko straty. Ponadto każdy inwestor powinien rozumieć procesy zachodzące w gospodarce i poświęcić dużo czasu na to, aby dokładnie poznać funkcjonowanie poszczególnych instrumentów, w które chce zaangażować swój kapitał. Dobrym rozwiązaniem jest też dywersyfikacja inwestycji (zakup różnych typów aktywów). Wybór kilku rozwiązań może uchronić przed utratą wszystkich pieniędzy w przypadku niepowodzenia pojedynczej inwestycji.
Projekt realizowany z Narodowym Bankiem Polskim w ramach programu edukacji ekonomicznej.






















































