Rok wyborczy w Stanach Zjednoczonych w magiczny sposób przekłada się na lepsze od spodziewanych odczyty makro i optymizm na Wall Street. Gdy obywatele idą do urn, amerykańska giełda zyskuje przeciętnie 7 proc. rocznie. Średnio w całej historii notowań jest to 5 proc.
Co ciekawe, ten nadzwyczajny demokratyczny optymizm Amerykanie zwykli odchorowywać w roku następującym po wyborach. Wtedy indeks S&P500 zyskiwał średnio tylko 1 proc.
Rynkowa euforia przy reelekcji
Sportowe przysłowie mówi, że gospodarzowi pomagają nawet ściany. Nie inaczej jest w przypadku wyborów prezydenckich w USA. W latach wyborczych, w których drugą kadencję wygrywał aktualnie urzędujący prezydent, indeks S&P500 średnio zyskiwał aż 10,5 proc.
| »Wybory w USA – wielkie kolejki przed lokalami wyborczymi |
Zależność przyczynowo-skutkowa jest oczywiście dwustronna: dobrze radząca sobie gospodarka i giełda wspierały urzędującego prezydenta. Ale też aktualny gospodarz Białego Domu w swoim interesie powinien starać się w roku wyborów podsycać dobre nastroje w ekonomii i na giełdzie. W 2012 r. S&P zyskuje już 12 proc., co potwierdza historyczną prawidłowość i wysokie szanse Baracka Obamy na ponowne zaprzysiężenie.
Rok po wyborach akcje z często tanieją
Spośród 56 przeprowadzonych dotąd wyborów, 36 odbywało się z rosnącą giełdą w tle, a zaledwie 20, gdy rynek akcji tracił. Jednak proporcja ta nie jestczymś zaskakującym. W całej historii amerykańskiej giełdy podobnie wygląda stosunek wszystkich lat wzrostowych do spadkowych - 63 proc. wzrostów do 37 proc. spadków.
| »USA: kościołom nie wolno agitować. Jak sobie z tym radzą? |
Anomalię widać dopiero, gdy przeanalizuje się lata powyborcze. Aż 46 proc. przypadków lat powyborczych to spadki na Wall Street i odpowiednio tylko 54 proc. to wzrosty.
Zwycięstwo Obamy to prawdopodobnie słaba giełda w 2013 r.
O ile rok wyborczy dla walczącego o drugą kadencję prezydenta z reguły na rynkach wypada znakomicie, to historycznie rzecz biorąc, następujący po nim jest fatalny. Statystyka pokazuje, że w roku następnym po wyborach, w których wygrał urzędujący prezydent, S&P500 tracił średnio 0,4 proc.
| »Który prezydent lepszy dla Polaków? |
Perspektywy giełdy w 2013 r. pod rządami Baracka Obamy wyglądają także gorzej, jeśli weźmiemy pod uwagę partię, z jakiej pochodzi wygrywający prezydent. Zwycięstwa demokratów nie sprzyjają wzrostom tak mocno jak republikanów. W roku powyborczym, w którym zwyciężali demokraci, giełda rosła średnio o 0,5 proc. W przypadku republikanów wzrost ten wynosił ponad czterokrotnie więcej, czyli 2,1 proc.
Faworytem pozostaje Obama
Mimo, że w sondażach przedwyborczych szala zwycięstwa tylko lekko przechyla się na stronę urzędującego prezydenta, a media i eksperci podsycają niepewność co do ostatecznego rezultatu głosowania, bukmacherzy nie mają wątpliwości, kto ze starcia wyjdzie zwycięsko.
Biorąc pod uwagę notowania bukmacherów na dwa dni przed głosowaniem, przewaga Obamy nad Romneyem jest przytłaczająca. Za zwycięstowo republikanina bukmacherzy płacą aż 4,5-krotność stawki, a za triumf Obamy zaledwie 1,17-krotność. Oznacza to, że szanse Romneya oceniane są na ok. 20 proc., wobec 80 proc. na korzyść urzędującego prezydenta.
Możliwa bessa niezależnie od wyniku wyborów
Kończący się rok może być ostatnim lub przedostatnim w trwającej już prawie 4 lata hossie na Wall Street. Za odwróceniem długoterminowego trendu przemawia nie tylko czas jego trwania, która zbliża się do książkowych 5 lat przypisywanych typowej hossie, ale też bliskość historycznych szczytów.
| »Wybory w USA: jak wybierze kościół katolicki? |
S&P500, który znajduje się na poziomie 1414 pkt., ma już tylko 162 pkt. do przebycia, aby wyrównać historyczny rekord indeksu. Rekordy te ustanawiane były, gdy gospodarka amerykańska pędziła na pełnych obrotach, a firmy raportowały rekordowe zyski. Obecnie nikt nie ma wątpliwości, że hossa na rynkach nie jest zasługą pełzającego wzrostu gospodarczego, ani cudem spadającego poniżej 8 proc. bezrobocia, ale tylko i wyłącznie brutalnej interwencji Fed, który dyplomatycznie rzecz ujmując, dba o wartość aktywów.
Rok powyborczy, w którym administrcja prezydenta nie będzie znajdowała się już pod taką presją, może być dobrym momentem, aby upuścić trochę powietrza z tego balona. Dla inwestorów giełdowych to sygnał, by już teraz zacząć rozważać stopniowe redukowanie swojego zaangażowania w akcje.
Jarosław Ryba,
Analityk Bankier.pl





























































