Wiele znaków wskazuje, że polska gospodarka minęła cykliczny dołek koniunktury i na przełomie roku wrzuciła wyższy bieg. Jeśli obserwowane obecnie tendencje zostaną utrzymane, to pierwsze półrocze ’17 może przynieść całkiem solidny wzrost gospodarczy.


W czwartym kwartale roczna dynamika produktu krajowego brutto najprawdopodobniej odbiła się od dna, rosnąc z 2,3% do 3,1% po uwzględnieniu czynników sezonowych. To przyspieszenie wzrostu PKB zawdzięczaliśmy solidnej konsumpcji i rosnącym zapasom w firmach, którym towarzyszył nadal silny spadek inwestycji. To trochę niepokojąca kombinacja – na ogół rosnący wkład zapasów miał miejsce przy szczycie cyklu koniunkturalnego.
Wiosna w styczniu
Ale tym razem nie musi tak być, ponieważ poprawę w gospodarce potwierdziły dane za grudzień i styczeń, a także wczesne wskaźniki koniunktury za luty. W styczniu wskaźnik PMI dla polskiego przemysłu osiągnął najwyższą wartość od marca 2015 roku, sygnalizując najszybszy wzrost produkcji od trzech lat. Nieźle zaprezentowały się także „twarde” statystyki produkcji przemysłowej, która w styczniu wzrosła aż o 9% rdr, co było najlepszym wynikiem od 5 lat.
|
Wskaźnik |
Listopad |
Grudzień |
Styczeń |
Luty |
|---|---|---|---|---|
|
Produkcja przemysłowa (rdr) |
3,3% |
2,3% |
9,0% |
b.d. |
|
Sprzedaż detaliczna (rdr) |
7,4% |
6,1% |
9,6% |
b.d. |
|
PMI |
51,9 |
54,3 |
54,8 |
b.d. |
|
Koniunktura w handlu |
4,0 |
0,0 |
6,3 |
7,0 |
|
Koniunktura w budownictwie |
-12,3 |
-17,4 |
-9,8 |
-6,8 |
|
Koniunktutra w przemyśle |
-1,8 |
-2,6 |
2,7 |
4,5 |
Tu trzeba jednak wziąć poprawkę na fakt, że tegoroczny styczeń miał o dwa dni robocze więcej (a także ich lepszy „rozkład”) niż rok wcześniej. Po wyeliminowaniu tego czynnika produkcja odnotowała wzrost już tylko o 4,1% rdr wobec 3,9% w grudniu. Ale patrząc na bardzo wysokie odczyty indeksu PMI w kolejnych miesiącach można spodziewać się dalszej poprawy produkcji.
Pozytywną niespodziankę sprawiły też styczniowe statystyki sprzedaży detalicznej, która w cenach stałych urosła aż o 9,6% rdr, co było najlepszym rezultatem od 5 lat. Nawet jeśli tu też pomogły korzystne efekty kalendarzowe, to nie zmienia faktu, że polski konsument jest obecnie w najlepszych nastrojach od początku XXI wieku – tak przynajmniej wynika z badań GUS-u. Wsparciem dla wzrostu konsumpcji pozostaje rosnące zatrudnienie i najniższe od 26 lat bezrobocie. Nawet jeśli wzrost płac pozostaje niski, to portfele sporej części konsumentów wspiera rządowy program „Rodzina 500 plus”. Transfery socjalne będą zwiększać konsumpcję przez cały pierwszy i większość drugiego kwartału.
I wreszcie coś drgnęło w budownictwie, gdzie po raz pierwszy od listopada 2015 roku odnotowano dodatnią dynamikę roczną. Co prawda zawdzięczamy to pozytywnym efektom kalendarzowym, ale nawet po ich wyeliminowaniu wynik (-2,6% rdr) był zdecydowanie lepszy niż obserwowane jeszcze niedawno spadki o 20%. Wygląda na to, że załamanie w odciętej od unijnych funduszy budowlance dobiegło końca.
Optymizm u przedsiębiorców i konsumentów
Ze wspomnianymi wcześniej dobrymi nastrojami konsumentów zaczęły korespondować lepsze nastroje w biznesie. Sporządzany przez GUS wskaźnik koniunktury w handlu osiągnął najwyższą wartość od czasu upadku Lehman Brothers we wrześniu 2008. Analogiczny indeks dla budownictwa ostatni raz tak wysoki lutowy wynik zanotował w 2008 roku – w szczycie bańki na rynku nieruchomości.
Jak obliczyli ekonomiści PKO BP, zagregowany wskaźnik koniunktury GUS za luty osiągnął najwyższą wartość od kryzysu w 2009 roku. To sygnał świadczący o istotnej poprawie nastrojów w prywatnym biznesie.
Wsparciem dla polskiej gospodarki powinna być też nieco lepsza koniunktura w Europie Zachodniej. Wbrew kasandrycznym przepowiedniom brytyjska gospodarka nie zapadała się pod ziemię po zeszłorocznym referendum i w niezłej formie powinna przetrwać rozwód z Unią Europejską. Włoskie banki (jeszcze) nie wywróciły do góry nogami europejskiego systemu bankowego, a problemy zbankrutowanej Grecji kolejny raz odłożono na później. Za to gospodarka Niemiec trzyma się mocno, a to przecież nasz największy rynek zbytu odpowiadający za ok. 27% polskiego eksportu. Zresztą prawie cała strefa euro wrzuciła wyższy bieg (dwójkę?) po tym, jak przez ostatnie kilka lat jechała naprzemiennie na wstecznym bądź na jedynce.
Co nas może czekać w pierwszym półroczu?
Pierwsza istotna zmiana w gospodarce widoczna jest już od wielu tygodni, jeśli nie miesięcy. Zgodnie z ostrzeżeniami inflacja cenowa z przytupem powróciła do Polski. W styczniu wskaźnik CPI był o 1,8% wyższy niż rok wcześniej. W lutym bądź w marcu zapewne przekroczy ona 2%, wzniecając dyskusję o potrzebie podniesienia stóp procentowych. Mimo to Rada Polityki Pieniężnej zapewne poczeka z podwyżkami przynajmniej do drugiej połowie roku. Władze monetarne już po prostu tak mają, że prawie zawsze są spóźnione względem gospodarki.
Po drugie, w statystykach PKB powinniśmy zobaczyć najsilniejszy wzrost konsumpcji od czasów boomu z lat 2006-08. Pojawić się może też dawno niewidziana presja płacowa. Przedsiębiorcy zatrudnili już prawie wszystkich, którzy chcieli pracować za oferowane obecnie pieniądze. Jeśli firmy będą chciały nadal zwiększać zatrudnienie, to będą zmuszone podnieść stawki, aby znaleźć pracowników. Tym bardziej że liczba osób w wieku produkcyjnym zaczęła maleć.
Po trzecie, mogą pojawić się pierwsze zwiastuny wzrostu wydatków inwestycyjnych. Ale dopiero pod koniec roku ekonomiści oczekują istotnego zwiększenia inwestycji – z tak dużym opóźnieniem mają ruszyć współfinansowane z funduszy unijnych inwestycje infrastrukturalne. Swoją aktywność na tym polu powinny zwiększyć samorządy – za półtora roku mamy wybory, które najłatwiej wygrać chwaląc się budową nowej ulicy, parku czy placu zabaw.
Dobra przyszłość pozostaje niepewna
Mimo dość optymistycznych perspektyw nie brakuje czynników ryzyka mogących potencjalnie wykoleić polską gospodarkę. Pierwszym jest działalność krajowych polityków, którzy przez ostatnie lata nie raz udowodnili, jak bardzo potrafią zaszkodzić koniunkturze gospodarczej. Pozostaje mieć nadzieję, że „dobra zmiana” się wyszalała i większych szkód już nie wyrządzi.
Drugim zagrożeniem jest polityka europejska. Wiosną rusza wyborczy festiwal, w rezultacie którego zmienić się mogą władze Francji, Holandii, Niemiec, a zapewne także i Włoch. Czyli prawie wszystkich największych krajów strefy euro. Mieszkańcy tych państw będą musieli wybierać pomiędzy beznadzieją obecnego establishmentu a socjalistyczno-narodowymi populistami zapowiadającymi mniej wolnego handlu i więcej interwencji państwa w gospodarkę.
Nie można też zapominać, że w Europie cały czas tli się kryzys bankowy, prawdopodobnie tylko na jakiś czas zaszpachlowany dokapitalizowaniem najbardziej zagrożonych banków. A jeśli Fed na poważnie zacznie podnosić stopy procentowe, na EBC spadnie presja, aby wycofać się ze skrajnie ekspansywnej polityki monetarnej, co może uderzyć w przekredytowane rządy i konsumenta.
Trudno też przewidzieć, czy prezydent Donald Trump nie spełni swojej najbardziej szalonej obietnicy wyborczej i czy nie ruszy na wojnę handlową z Chinami. Jeśli USA faktycznie nałożą zaporowe cła na chińskiego produkty, to całemu światu grozi powtórka z Wielkiego Kryzysu lat 30. XX wieku.
Są jednak i dobre wiadomości. Jeśli żadne z powyższych się nie zmaterializuje, to sprawy pozostawione samym sobie powinny potoczyć się w zasadniczo dobrym kierunku. Przynajmniej przez pewien czas. Chińczycy znów pompują biliony juanów do swej zalanej kredytem gospodarki, chcąc jak najbardziej opóźnić nieuchronny kryzys. Gospodarki USA i Europy notują coś na kształt ożywienia, a rynki wschodzące powoli podnoszą się z kilkuletniego kryzysu. Istnieje zatem spora szansa, że będzie dobrze. Przynajmniej do połowy roku. Potem może być różnie, choć niekoniecznie źle.

























































