Święty Mikołaj zawita na rynki finansowe nieco później niż do grzecznych dzieci, a ubrany będzie nie w tradycyjny strój, lecz w garnitur i stylowe okulary. Jeżeli Mario Draghi dziś nie spełni oczekiwań, to płacz zawiedzionych inwestorów będzie słychać na wszystkich rynkach.
Do trzech razy sztuka. Na dwóch ostatnich posiedzeniach (we wrześniu oraz w październiku) Europejski Bank Centralny ewidentnie grał na zwłokę, jednak w grudniu musi już odkryć karty. Inaczej inwestorzy będą – kolokwialnie mówiąc – bardzo niezadowoleni, a i tak rozchwianym rynkom finansowym przybędzie kolejny element niepewności i to ze strony potężnego banku centralnego.
W czwartek 8 grudnia 2016 r. najważniejsze pytanie brzmi: co dalej z programem luzowania ilościowego (QE)? Zaprezentowany w styczniu 2015 r. (zobacz relację na żywo), a uruchomiony w marcu tego samego roku program, przed którym w poprzednich latach EBC mniej lub bardziej jawnie się wzbraniał, miał doprowadzić do definitywnego wyprowadzenia gospodarek strefy euro z pokryzysowej zapaści.
O tym, że tak się nie stało, nie trzeba nikogo przekonywać. Owszem, żadne z państw strefy euro nie znajduje się obecnie w recesji, przemysłowi zdarza się wysyłać nie najgorsze sygnały, stopa bezrobocia sukcesywnie spada, a deflacja zmienia się w inflację (to cieszy głównie bankierów centralnych), jednak wciąż nie jest to stan, przy którym można by powiedzieć, że wszystko już jest w porządku. EBC o ból głowy przyprawia dodatkowo kondycja niektórych banków (z tymi pochodzącymi z ojczyzny prezesa Draghiego na czele), a nie brak głosów, że władze monetarne będą musiały szczególnie zważać na działanie w gorącym politycznie okresie.
Taka sytuacja w przypadku banków centralnych, które zacieśniania polityki monetarnej (i ich konsekwencji) boją się jak diabeł święconej wody, może oznaczać tylko jedno – luzowanie będzie trwać, a EBC nadal będzie połykał obligacje państw warte miliardy euro. Wspomniany diabeł, jak zwykle, tkwi jednak w szczegółach.
Podkręcanie bazooki
Serwowany przez EBC program luzowania ilościowego – zwany kolokwialnie „monetarną bazooką” – był już kilkukrotnie podkręcany i modyfikowany. Sześć miesięcy po starcie władze monetarne strefy euro podwyższyły limit obligacji, które może objąć w każdej emisji obligacji rządowych – okazało się bowiem, że narzucone limity mogą sparaliżować możliwość kupowania europejskiego długu za nowo wykreowane pieniądze (podobnie działał zapis dotyczący rentowności kupowanego długu).
Rok temu QE zostało wydłużone o sześć miesięcy, zaś w pierwszą rocznicę uruchomienia QE zwiększono pulę środków przeznaczanych na zakup aktywów z 60 mld do 80 mld euro. Dodatkowo do listy kupowanych instrumentów dopisano obligacje korporacyjne, dzięki czemu na tani pieniądz z banku centralnego liczyć mogły nie tylko banki, ale i korporacje spoza sektora finansowego.
List do św. Mikołaja
Na sześć miesięcy przed planowanym zakończeniem programu luzowania ilościowego, konsensus analityków ankietowanych przez Bloomberga zakłada jego wydłużenie o… kolejnych sześć miesięcy. Historia więc się powtarza, a nikt przy zdrowych zmysłach nie może dać gwarancji, że we wrześniu 2017 r. sytuacja będzie na tyle unormowana, że QE będzie można spokojnie zakończyć. Co więcej, nagłe zakończenie QE samo w sobie wydaje się trudne do wyobrażenia. Jeżeli EBC pójdzie w ślady Rezerwy Federalnej, to swój flagowy program będzie kończył stopniowo, obcinając co miesiąc limit zakupów (np. 10 mld euro).
Ekonomiści są także przekonani, że EBC będzie musiał dziś przedstawić nowe szczegóły dotyczące warunków zakupu. W przeciwnym razie ponownie pojawi się ryzyko, że na rynku nie będzie dostatecznej ilości długu, który bank centralny będzie mógł skupić. Jedna z opcji zakłada odejście od krępującego ręce postulatu nabywania przez EBC jedynie długu o rentowności wyższej od stopy depozytowej (-0,4%). Takie posunięcie doprowadziłoby do istotnego zwiększenia puli obligacji dostępnych dla EBC – dług państw strefy euro o rentownościach niższych od stopy depozytowej (głównie krótkoterminowy) wart jest ponad bilion euro. Innym sposobem na osiągnięcie tego celu jest ponowne zwiększenie limitu obejmowania obligacji z danej emisji, np. z 33% do 50%.
Co symptomatyczne, ze świecą szukać ekspertów, którzy spodziewają się zmian w podstawowym instrumentarium banku centralnego, jakim są stopy procentowe. Ich stawki pozostają zamrożone od 1,5 roku, zaś notowania rynkowych kontraktów dają 99% szans na utrzymanie status quo w tym zakresie.
Wielki rozjazd
Dzisiejszego posunięcia EBC nie sposób komentować w oderwaniu od tego, co niebawem wydarzy się za oceanem. W przyszłą środę Rezerwa Federalna ma ponownie podnieść stopy procentowe. I choć od poprzedniej, pierwszej od 9 lat, podwyżki minął okrągły rok, a sam 2016 r. miał przejść do historii jako rok przynajmniej kilku kolejnych podwyżek, to nie sposób nie zauważyć, że dwa najważniejsze banki centralne ewidentnie się rozjeżdżają. W tym celu nie trzeba analizować nawet meandrów polityki monetarnej – wystarczy wykres EUR/USD.
Dzisiejsze oraz przyszłotygodniowe (14.12) posiedzenia decyzyjne największych banków centralnych świata mogą zdecydować o sytuacji na niemal wszystkich rynkach. Jeżeli którykolwiek z nich wyłamie się z mocno ugruntowanego przez ostatnie miesiące konsensusu, rynek może zalać fala zwątpienia we wszechmoc banków centralnych.
Kiedy na rynki wraca narracja, że „władcom pieniądza” zaczyna brakować amunicji (a powszechnie mówiono o tym w ostatnich kilkunastu miesiącach, po raz ostatni na początku tego roku), inwestorzy zwykli reagować panicznie. Ostatecznie to banki centralne były i są głównymi rozgrywającymi na rynkach akcji, obligacji czy walut. Tymczasem pytanie za biliony dolarów – jak i kiedy zakończy się największy w historii eksperyment z łagodną polityką monetarną – wciąż pozostaje bez odpowiedzi.





















































