Nowojorska giełda od dzisiaj podnosi wartość depozytów zabezpieczających w przypadku kontraktów terminowych na srebro. W przeszłości tego typu posunięcia dwa razy doprowadziły do krachu na rynku białego metalu. Czy tym razem będzie inaczej?


W drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia (tj. w piątek, 26 grudnia) CME ogłosił podwyżkę depozytu zabezpieczającego kontrakty terminowe na srebro z 20 000 USD obowiązujących jeszcze na początku grudnia (oraz 22 000 USD poprzednio) do 25 000 USD. To wzrost wartości zabezpieczenia aż o 25% w ciągu miesiąca. Oficjalnym uzasadnieniem tej decyzji był wzrost zmienności na rynku kontraktów terminowych na srebro. Decyzja weszła w życie w poniedziałek, tj. 29 grudnia 2025 roku.
Tyle tylko że to suche biurokratyczne obwieszczenie nie mówi wszystkiego. Jego skutkiem najprawdopodobniej była fala przymusowego zamykania pozycji przez tych inwestorów, którzy nie byli w stanie dopłacić do depozytu zabezpieczającego. Decyzja zarządzającej nowojorskim Comeksem grupy CME najprawdopodobniej tłumaczy ogromne zmiany notowań srebra, jakie miały miejsce po poniedziałkowym wznowieniu handlu.
Najpierw notowania najpłynniejszej (czyli wygasającej w marcu 2026) serii kontraktów terminowych wystrzeliły w górę, dochodząc w porywach do 82,62 USD za uncję trojańską. To nowy nominalny rekord cen srebra wyrażony w USD. A później kurs białego metalu runął w dół, do 10:15 czasu polskiego spadając do 74,24 USD/oz. Oznacza to przeszło 10-procentową przecenę względem śródsesyjnego szczytu!
Zobacz także
Rutynowa decyzja czy ordynarna manipulacja?
Teoretycznie decyzja CME o podniesieniu depozytów zabezpieczających jest rutynową procedurą i zwykle pojawia się na „wygrzanym” rynku. W trosce o wypłacalność zlewarowanych inwestorów giełda podnosi depozyty, aby w razie silnej przeceny ci mieli się z czego pokryć poniesione straty. Ale srebro jest tu przypadkiem szczególnym.

Doświadczeni inwestorzy doskonale pamiętają wiosnę 2011 roku, gdy seria podwyżek depozytów zabezpieczających doprowadziła do przebicia bańki spekulacyjnej i krachu na rynku srebra. Z jeszcze ostrzejszą reakcją rządu Stanów Zjednoczonych i nowojorskiej giełdy mieliśmy do czynienia w styczniu 1980 roku, gdy podwyżki depozytów zrujnowały braci Hunt i doprowadziły do gwałtownego spadku notowań srebra. Panika z 27 marca 1980 roku została zapamiętana jako „Srebrny Czwartek”, kiedy to cena srebra runęła najpierw do 15,80 USD, a pod koniec dnia była o kolejne 5 dolarów niższa. Zarówno w roku 2011, jak i 1980 kurs srebra zatrzymał się w pobliżu 50 USD/oz.
Także teraz mamy dwa podejścia do sytuacji na rynku srebra. Profesjonaliści nie bez racji piszą o manii spekulacyjnej i hiperbolicznej zwyżce cen białego metalu, który w tym roku podrożał 155%, a w samym tylko grudniu poszedł w górę o 37%!
- Szczególnie w przypadku srebra można mówić o rynkowym szaleństwie — podczas piątkowej sesji, której towarzyszyła ograniczona płynność, metal podrożał niemal o 10% (…) Skala wzrostów srebra od początku roku przekroczyła już 170%, a jej paraboliczny charakter nosi znamiona bańki spekulacyjnej. Ostatnie sesje, w których identyfikujemy więcej spekulacji niż fundamentów, nakazują zachowanie szczególnej ostrożności – napisał w komentarzu dziennym Patryk Pyka z Domu Inwestycyjnego Xelion.
Nie brakuje jednak „teorii spiskowych”, według których władzom nowojorskiej giełdy chodzi nie tyle o bezpieczeństwo obrotu, lecz po prostu o zbicie cen srebra i uratowanie banków bulionowych mających strukturalną krótką pozycję w białym metalu. CME może ratować także samą siebie – czyli prowadzony na nowojorskiej giełdzie rynek srebra „papierowego”. Od lat powszechnie wiadomo, że ilość roszczeń do białego metalu z tytułu zawartych kontraktów terminowych wielokrotnie przewyższa ilość dostępnego na rynku srebra. Gdyby inwestorzy skorzystali z prawa zawartego w specyfikacji kontraktu i masowo zażądali fizycznego rozliczenia kontraktu (tj. dostawy srebrnych sztab), to tyle metalu w skarbcach Comeksu po prostu nie ma.
W przeszłości już dwukrotnie udało się uratować system, w ramach którego cena fizycznego metalu de facto byłą kształtowana na nowojorskim rynku terminowym, bez fizycznej dostawy. Jednak czasy się zmieniły i hegemoniczna pozycja Stanów Zjednoczonych uległa erozji w obliczu rosnącej roli Chin. Możemy zatem być świadkiem „rozjechania się” rynku srebra „papierowego” oraz fizycznego. Podczas gdy ceny tego pierwszego w takim wypadku mocno by spadły, tak drugi byłby zapewne niedostępny po cenach „giełdowych”. Zabezpieczeniem przed takim scenariuszem jest zakup srebrnych sztabek i monet zamiast jednostek ETF czy instrumentów pochodnych.




























































