O co chodzi z 30-krotnością składek na ZUS? Wyjaśniamy

główny analityk Bankier.pl

Miesiąc po wyborach i już mamy trzy propozycje podniesienia podatków. Obok podwyżki akcyzy najwięcej emocji budzi kwestia tzw. 30-krotności. Wyjaśniamy, o co chodzi i jakie mogą być tego konsekwencje.

Obecnie jest tak, że od momentu, gdy pracownik od początku roku zarobi równowartość 30 przeciętnych pensji w gospodarce, to od wszystkich przychodów z pracy powyżej tej kwoty nie płaci składek na ZUS. W praktyce wynagrodzenia pracowników „ozusowane” są do wysokości 2,5-krotności średniej krajowej (limit 30-krotności jest roczny, a rok ma 12 miesięcy, stąd 30 podzielone przez 12 daje 2,5 miesięcznie).

- Roczna podstawa wymiaru składek na ubezpieczenia emerytalne i rentowe w danym roku kalendarzowym nie może być wyższa od kwoty odpowiadającej trzydziestokrotności prognozowanego przeciętnego wynagrodzenia miesięcznego w gospodarce narodowej na dany rok kalendarzowy – to oficjalna informacja z Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.

(fot. Mariola Anna S / Shutterstock)

Skąd i dlaczego wzięła się 30-krotność?

Trzydziestokrotność jest dzieckiem reformy emerytalnej z 1998 roku. Istotą zmiany była likwidacja systemu, w którym wysokość emerytury była pochodną ostatniego wynagrodzenia. Był to model nie do utrzymania w szybko starzejącym się społeczeństwie. Nowy model – zwany systemem zdefiniowanej składki – opiera się na założeniu, że każdy otrzyma tyle, ile „wpłacił” do systemu.

Aby wyeliminować przypadki, w których ZUS musiałby wypłacać bardzo wysokie emerytury (np. rzędu 30-50 tys. miesięcznie), wprowadzono więc roczny limit składek. Czyli właśnie naszą 30-krotność. Bo skoro emerytura ma być świadczeniem pozwalającym na przeżycie, a jej wysokość ma zależeć tylko od sumy zwaloryzowanych składek (i dalszego przewidywanego trwania życia), to wprowadzenie limitu składek na ZUS było logiczną konsekwencją tej reformy.

Przez poprzednie 20 lat wysokość górnego limitu podstawy składek na ubezpieczenia społeczne rosła wraz z przeciętną płacą w gospodarce (a ściśle: z jej prognozą na rok następny). W roku 1999 „kwota rocznego ograniczenia podstawy” wynosiła 50 375,22 zł. W 2019 r. było to już 142 950 zł. Zatem jeśli jesteś pracownikiem etatowym, to na limit zwalniający z ZUS-u łapiesz się przy zarobkach przekraczających 11 912,50 zł brutto miesięcznie. Kwestia dotyczy zatem ok. 370 tys. dobrze opłacanych specjalistów i menedżerów, w tym gronie np. lekarzy czy programistów.

Dlaczego rząd chce znieść 30-krotność?

Choć formalnie projekt ustawy znoszący 30-krotność jest projektem poselskim, to i tak wiadomo, że stoi za nim rząd Mateusza Morawieckiego (swoją drogą, to jedna patologii III RP, gdy rząd – jako władza wykonawcza – równocześnie sam pisze sobie ustawy). Z punktu widzenia rządu zniesienie 30-krotności jest sposobem na zwiększenie dochodów państwa o 7,1 mld złotych (w 2020 roku) i pokryciem silnego wzrostu wydatków (500+, dodatkowe emerytury, etc.). Przy czym zwiększone wydatki państwa z tytułu potencjalnie wyższych emerytur ludzi lepiej zarabiających ujawnią się dopiero po wielu latach.

Jak zauważył Ignacy Morawski – ekonomista SpotData.pl – bezpośrednią przyczyną tak desperackiego kroku rządzących jest obowiązująca od kilku lat reguła wydatkowa. Zakłada ona, że wydatki publiczne nie mogą rosnąć szybciej niż historyczne tempo wzrostu PKB powiększone o cel inflacyjny. Rząd może jednak zwiększyć wydatki, pod warunkiem, że uzyska dodatkowe dochody. I właśnie temu ma służyć podniesienie stawek akcyzy i opłaty paliwowej, „opłata przekształceniowa” z tytułu likwidacji OFE czy wreszcie pełne ozusowanie najwyższych wynagrodzeń. Jeśli te ustawy nie przejdą przez parlament lub zawetuje je prezydent, to rząd będzie musiał zmienić budżet, obniżając planowany wzrost wydatków tak, aby zmieściły się w regule wydatkowej. Czyli np. zrezygnować z wypłaty dodatkowych emerytur, co rządząca partia obiecała w niedawnych wyborach parlamentarnych. Inną opcją jest likwidacja samej reguły, ale to mogłoby skutkować natychmiastową obniżką ratingu Polski i utratą zaufania przez zagranicznych wierzycieli naszego państwa.

Jakie będą skutki likwidacji 30-krotności?

Z punktu widzenia wysoko opłacanych pracowników likwidacja limitu składek na ZUS będzie po prostu kolejną podwyżką podatków i będzie oznaczać niższe zarobki. Przykładowo, zarabiający 20 tys. miesięcznie pracownik IT zatrudniony na etacie obecnie oddaje ZUS-owi ok. 16 tys. zł rocznie, a kolejne 23,2 tys. zł odprowadza jego pracodawca. Po likwidacji 30-krotności składki na ZUS takiego pracownika zwiększą się o ok. 11 tys. zł rocznie, a jego firma zapłaci dodatkowe 16 tys. zł.

Rząd liczy, że z każdego takiego pracownika uda mu się pozyskać dodatkowe 27 tys. zł do wiecznie deficytowego Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Uwzględniając nieco niższe wpływy z tytułu „podatku dochodowego” (PIT), minister finansów liczy na pozytywny efekt dla budżetu państwa w wysokości „ponad 5 mld zł”. Te pieniądze teoretycznie pozwoliłyby nieco zasypać deficyt FUS, który tylko w 2018 roku wyniósł 35,8 mld zł. Mniejsze manko FUS skutkowałoby mniejszą dotacją budżetową, co formalnie ograniczałoby wzrost wydatków budżetowych.

Problem z tymi oficjalnymi szacunkami jest taki, że w żaden sposób nie biorą pod uwagę zarówno krótko- jak i długofalowych konsekwencji ekonomicznych. Organizacje pracodawców alarmują, że tak wysokie opodatkowanie wynagrodzeń specjalistów (do 32% ZUS-u dodać trzeba 32% PIT) uderzy w rozwój polskiej gospodarki. Zagrożone są przede wszystkim miejsca pracy w sektorze wysokich technologii oraz w centrach BPO/SSC.

Na alarm bije Polska Izba Informatyki i Telekomunikacji, według której w niektórych firmach kasacja 30-krotności dotknie aż 90% pracowników. Asseco Poland SA szacuje, że jej koszty pracownicze mogą w wyniku zniesienia limitu składek wzrosnąć o ponad 10 mln zł — to równowartość 6% jednostkowego zysku spółki za 2018 rok.

- Zniesienie limitu 30-krotności składek na ZUS skutkowałoby istotnym wzrostem kosztów pracowniczych dla firm zatrudniających wysokokwalifikowanych specjalistów i w efekcie spadkiem ich konkurencyjności. Firmy te byłyby więc zmuszone do zrewidowania swojej dotychczasowej polityki w zakresie inwestycji i zatrudnienia, co mogłoby doprowadzić do odpływu z kraju kapitału, a także wysokokwalifikowanego personelu - przyznała wiceprezes Asseco Poland, Gabriela Żukowicz.

Rząd może nie zobaczyć oczekiwanych miliardów

„Mistrzowie Excela” z Ministerstwa Finansów w swych kalkulacjach nie biorą pod uwagę jednego oczywistego faktu: podatnicy bronią się przed podatkami i starają się ich uniknąć. Domyślną opcją ucieczki przed ozusowaniem wyższych wynagrodzeń jest przejście na działalność gospodarczą, co zresztą już teraz jest dość popularnym modelem zatrudnienia w branży IT. Wtedy taki dobrze opłacany specjalista odda ZUS-owi w 2020 roku „tylko” 12,8 tys. zł, a z fiskusem rozliczy się według stawki 19% od uzyskanych dochodów (a nie od przychodów, jak w przypadku pracownika na etacie).

W takiej sytuacji rząd straci potrójnie. Po pierwsze, nie uzyska planowanych miliardów z tytułu likwidacji 30-krotności. Po drugie, skłoni kolejnych etatowców do przejścia na samozatrudnienie, co jeszcze bardziej obniży wpływy FUS-u. I wreszcie po trzecie, spadną wpływy z PIT-u, bo pracownik rozliczy się według liniowej stawki 19%, zamiast 32% płaconych na etacie od przychodów ponad 88 528 zł rocznie.

Co więcej, likwidując 30-krotność, władza może zachęcić dobrze opłacanych etatowców do jeszcze głębszej optymalizacji podatkowych. Przy takich dochodach opłaca się już założyć małą spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością, która pozwala niemal całkowicie uniknąć opłacania składek na ZUS. Żeby było śmiesznie, to właśnie rząd Mateusza Morawieckiego obniżył podatek CIT dla tego typu spółek z 19% do 9%. A Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii w ramach pakietu „100 zmian dla firm” wprowadziło możliwość założenia Prostej Spółki Akcyjnej, obniżając koszty prowadzenia biznesu w formie spółki kapitałowej.

Fatalna krótkowzroczność polityków

Reasumując, likwidacja limitu ozusowania pracy na dłuższą metę jest szkodliwa zarówno dla pracowników (dla nich to także na krótką), dla biznesu, dla polskiej gospodarki, ale także dla samego państwa. Rząd prawdopodobnie nie uzyska zakładanych w ustawie pieniędzy. Skłoni za to specjalistów albo do emigracji, albo do legalnej optymalizacji podatkowej, którą bardzo trudno będzie ukrócić (i dobrze!). Ucierpieć może za to konkurencyjność polskich firm technologicznych, które przecież miały być kołem napędowym polskiej gospodarki według Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju sygnowanej nazwiskiem samego premiera Morawieckiego.

Rząd w imię krótkoterminowych interesów politycznych (kwestia sfinansowania hojnych obietnic wyborczych) narusza fundamenty, na których opierają się resztki zaufania obywateli do państwa. A także wystawia na szwank stabilność systemu emerytalnego – bo chyba nikt nie wierzy, że jakikolwiek polityk zgodzi się, aby ZUS wypłacał nielicznym bardzo wysokie emerytury w sytuacji, gdy większość emerytów będzie się musiała zadowolić świadczeniem minimalnym.

Krzysztof Kolany

Źródło:
Tematy:

Newsletter Bankier.pl

Dodałeś komentarz Twój komentarz został zapisany i pojawi się na stronie za kilka minut.

Nowy komentarz

Anuluj
2 4 emeryt_giełdowy

Panie Krzysztofie - problem sam się rozwiązał . PiS zrezygnował - Lewica zaproponowała inną koncepcję. Swoją drogą jestem ciekaw co zrobi PiS, gdy w ramach kompleksowego programu programu emerytalnego Lewica wystąpi z propozycją :
1/ Przekazania wszystkich środków z OFE na IKE oraz likwidacji 15 % podatku "powitalnego" jako rekompensaty za straty moralne z tytułu fatalnego błędu pierwotnego z roku 1998 i związanego z uznaniem środków prywatnych jako środków publicznych i przeksięgowanie 50% na konta w ZUS.
2/ Zaproponuje realizację naszej wspólnej koncepcji Prywatnego Kapitału Emerytalnego, realizowanej przez Premiera Morawieckiego i Pawła Borysa, którzy korzystali z programu OFE, teraz chcą korzystać z programu PPK.
A co patologii
"swoją drogą, to jedna (z) patologii III RP, gdy rząd – jako władza wykonawcza – równocześnie sam pisze sobie ustawy",
większą patologią jest to że Rząd działa wg zasady, cyt. "NIE WAŻNE CO ZROBIMY WSZYSTKO DA SIĘ UZASADNIĆ", a tą zasadę realizują ślepo słupy partyjne podpisując projekt i przekazując go jako projekt obywatelski, a następnie wycofują się z niego.
Okazuje się, że miałem rację mówiąc, że "WSZYSTKO DA SIĘ UZASADNIĆ, ALE NIE WSZYSTKO DA SIĘ ZAAKCEPTOWAĆ" zachowałem twarz i przestałem uzasadnić głupoty odchodząc ze służby publicznej.
Teraz mogę spokojnie czytać jakie głupoty wypisują wazeliniarze i słupy Premiera Morawieckiego, którzy bełkocą coś o zmianie Konstytucji.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
7 18 dziki_losos

> to jedna patologii III RP, gdy rząd – jako władza wykonawcza – równocześnie sam pisze sobie ustawy

Nie zgadzam się. W zasadzie to ministerstwa powinny tworzyć ustawy, potem robić konsultacje międzyresortowe, następnie czytania w parlamencie, poprawki itp. Projekty powinny wychodzić od ministerstw, bo to one mają ekspertów od konkretnych zagadnień - ekonomistów, karnistów, mają wiedzę branżową n.t. energetyki, telekomunikacji i administracji. Prawdziwy problem polega na tym, że większość parlamentarna powołuje "swoich" ludzi na ministrów.

Patologią za to jest, kiedy posłowie głosują na projekty poselskie, które umknęły przed konsultacjami.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
8 11 iwonka50

To kto w końcu ma pisać te ustawy? PiS napisał ustawę o 30-krotności - źle bo omija normalną ścieżkę legislacyjną. Byłaby rządowa - też źle wg redaktora. To kto ma te ustawy wnosić?

! Odpowiedz
27 28 jaffa

Takie zmiany zawsze powodują ucieczkę i pracodawców i pracowników.
Pracownicy albo uciekną w działaność a jak to nie pomoże to wyjada z kraju lub założa działalność w normalnym kraju np. Estonii, Czechach itd.
Pracodawcy nie będą zatrudniali Polakow tylko np. outsourcować pracę np. do Rumunii gdzie są normalne warunki, po drugie przestaną inwestować w Polsce. Stracą na tym wszyscy.

Wg mnie obecy rząd straci nie tylko wpływy przez tą durnotę którą chce wprowadzić ale także najbardziej wartościowych pracowników którzy co roku wpłacają gigantyczne stawki wynikające z podatków (jak wyjadą to "sprytny rząd' nic nie dostanie).

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
1 5 (usunięty)

(wiadomość usunięta przez moderatora)

! Odpowiedz
106 21 silvio_gesell

Wysokość emerytur jest uzależniona od wysokości składek płaconych przez kolejne pokolenie. Emerytura moich rodziców powinna być uzależniona od wysokości składek, które płacę. A moja emerytura powinna być uzależniona od składek, które będą płacić moje dzieci. Bezdzietnym nie należy się emerytura, bo nie ponieśli kosztów wychowania płatników ZUS. Inaczej to nie jest solidarność międzypokoleniowa tylko piramida finansowa.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
19 106 glos_rozsadku

to czemu bezdzietni mają płacić na cudze dzieci?

! Odpowiedz
25 40 pan_stanislaw_bezdomny

Skoro bezdzietni płąca podatki to też ponosza koszty wychowania przyszłego pokolenia. Rodzice nie są tacy biedni jak sam się przedstawiasz.

! Odpowiedz
55 13 silvio_gesell odpowiada glos_rozsadku

Bezdzietni nie płacą na cudze dzieci. Świadczenia dla dzieci, jak edukacja i 500+, są finansowane z emisji obligacji, czyli zadłużenia dzieci, które w przyszłości będą płacić podatki, aby te obligacje wykupić. Podatki, które płacą obecnie pracujący to spłata swojej edukacji, a nie finansowanie edukacji obecnych dzieci.

! Odpowiedz
29 43 pan_stanislaw_bezdomny odpowiada silvio_gesell

Czy swoją edukację spłaca się całe życie? Skończ to użalanie się nad sobą i weź się do roboty skoro już narobiłeś tych dzieciaków. Ja sam przez moje podatki ich nie utrzymam.

! Odpowiedz
Polecane
Najnowsze
Popularne

Wskaźniki makroekonomiczne

Inflacja rdr 2,6% XI 2019
PKB rdr 3,9% III kw. 2019
Stopa bezrobocia 5,0% X 2019
Przeciętne wynagrodzenie 5 213,27 zł X 2019
Produkcja przemysłowa rdr 3,5% X 2019

Znajdź profil