Pomimo kolejnych obniżek stóp procentowych w Banku Anglii, rentowność brytyjskich obligacji 30-letnich sięgnęła poziomów niewidzianych od XX wieku. To sygnał, że inwestorzy wymagają wyższej premii za finansowanie rozdętego długu publicznego Wielkiej Brytanii.


W środę, 3 września, rentowność 30-letnich obligacji rządowych Wielkiej Brytanii sięgnęła 5,75% i była najwyższa od 1998 roku. Trend spadkowy na rynku tych długoterminowych Giltów (tj. spadają ceny obligacji, a rosną ich rentowności) obserwujemy wprawdzie od wiosny 2020 roku, ale w ostatnich trzech latach wysokość wymaganej przez inwestorów rentowności robi się nieprzyjemnie (przynajmniej dla rządzących) wysoka.
Warto przy tym dodać, że jeszcze rok temu 30-letnie papiery dłużne rządu Jego Królewskiej Mości płaciły 4,4%. Na początku 2025 było to już ponad 5%, a w kwietniu ponad 5,5%. Teraz rynek wpłynął na wody, po których żeglowali tylko najstarsi stażem inwestorzy. Dla inwestorów młodszych niż 50-55 lat są to wartości nieobserwowane nigdy w ich zawodowym życiu.
Zobacz także
Gdy stopy spadają, to rentowności powinny iść dół
Sam fakt wzrostu rentowności Giltów nie byłby może tak sensacyjny, gdyby nie fakt, że ma on miejsce w obliczu malejących krótkoterminowych stóp procentowych w Banku Anglii. W sierpniu brytyjskie bank centralny ściął stopę procentową o 25 pb. do poziomu 4%. Co więcej, była to już piąta obniżka w ciągu poprzednich 12 miesięcy. A mimo to rentowności długoterminowych obligacji skarbowych cały czas idą w górę!
To nie jest normalna sytuacja. Zwykle gdy bank centralny obniża stopy na „krótkim” krańcu krzywej terminowej (czyli stopy krótkoterminowe, zwykle tygodniowe lub dwutygodniowe), to maleją także rentowności na dłuższych krańcach owej krzywej. Tak się dzieje zwłaszcza w krajach bogatych i rozwiniętych, gdzie zwykle nikt nie ma wątpliwości co do wypłacalności rządu (inaczej rzecz ma się na „rynkach wschodzących”, gdzie władze dość regularnie bankrutują na długu zagranicznym). Ale żeby takie rzeczy działy się w kolebce kapitalizmu, jakim jest Wielka Brytania?
W takim układzie przyczyna takiego zachowanie rynku może być tylko jedna (teoretycznie dwie, ale zasadniczo sprowadzające się do tego samego). A mianowicie jest nią erozja zaufania do długoterminowej stabilności brytyjskich finansów publicznych. Wierzyciele obawiają się, że w obliczu fatalnych parametrów fiskalnych Zjednoczone Królestwo zaserwuje im wyższą inflację i tym samym szybszy spadek siły nabywczej funta szterlinga. Aby sobie to zrekompensować, domagają się wyższej premii za ryzyko trzymania brytyjskich obligacji. Zwłaszcza tych bardzo długoterminowych – czyli 20- i 30-letnich.
The UK's bond market is collapsing:
— The Kobeissi Letter (@KobeissiLetter) September 1, 2025
Today, the yield on a 30Y Bond in the UK rose to 5.64%, its highest level since 1998.
Yields in the UK are now 15 TIMES higher than they were at the 2020 low, just 5 years ago.
What is happening? Let us explain.
(a thread) pic.twitter.com/QmV5aaGFX1
Budżetowa katastrofa brytyjskich finansów
Wielka Brytania zadłużona jest na ok. 96% swojego produktu krajowego brutto (PKB). Tak wysoka relacja długu do PKB utrzymuje się od 2020 roku, gdy ówczesne brytyjskie władze wprowadziły jedne z najbardziej autorytarnych sanitarnych lockdownów. Co gorsza, kolejne brytyjskie rządy nie potrafią powstrzymać rosnących wydatków budżetowych, które trwale przekroczyły równowartość 44% PKB względem 40% przed pandemią. W efekcie Zjednoczone Królestwo piąty rok z rzędu notuje deficyt fiskalny zbliżony do 5% PKB. A rynek wybiega w przyszłość, gdzie nawet w oficjalnych prognozach rządu wydatki publiczne rosną w pobliże 60% PKB przy relatywnie stałej relacji wpływów podatkowych do PKB. Zadłużając się w tym tempie, do roku 2073 brytyjski dług publiczny sięgnąłby 274% PKB.
Jakiekolwiek próby zmiany tego stanu rzeczy napotykają na twardy opór rządzących krajem polityków. W lipcu 2025 roku świat obiegły obrazki szlochającej kanclerz skarbu Rachel Reeves. Stało się to, gdy lewicowy premier Keir Starmer wycofał się z poparcia dla reformy świadczeń socjalnych zaproponowanej przez kanclerz Reeves. Już wtedy rynek długu oraz funta brytyjskiego reagowały bardzo negatywnie. W końcu, czy można sobie wyobrazić większy upadek niegdysiejszego supermocarstwa?
Socjalistyczne władze nie odważyły się na choćby próbę okiełznania galopujących wydatków socjalnych, co w zasadzie nie powinno kogokolwiek dziwić. Ale zaskakuje, że równocześnie nie potrafią dostatecznie mocno podnieść podatków. Co prawda w tegorocznym budżecie Partia Pracy zaproponowała podwyższenie podatków od pracy (formalnie odprowadzanych przez pracodawców) oraz podniesienie opodatkowania zysków kapitałowych (do 24%), ale oo wszystko jednak za mało.
Dlatego laburzyści zaproponowali także drakońską podwyżkę podatku od nieruchomości, co uderzyłoby w już i tak osłabioną brytyjską klasę średnią. Tak, ci sami laburzyści, którzy podczas kampanii wyborczej obiecywali, że pod żadnym pozorem nie podniosą ręki na finanse osób pracujących, wykluczając podniesienie m.in. składek na ubezpieczenia społeczne, podatku dochodowego czy VAT-u. Nie było tam jednak mowy o podatku od nieruchomości.
Nie tylko Brytania jest finansowej w ruinie
Kryzys fiskalny jest jednak tylko wierzchołkiem góry lodowej brytyjskich problemów. Druga gospodarka Europy zmaga się ze stagflacją. W warunkach gospodarczej stagnacji (realny PKB jest niewiele wyższy, niż był trzy lata temu) w kraju równocześnie rośnie tak inflacja, jak i bezrobocie. W lipcu inflacja CPI przyspieszyła do 3,8%, już blisko dwukrotnie przekraczając cel inflacyjny Banku Anglii, który mimo to, podsyca spadek siły nabywczej pieniądza, obniżając stopy procentowe. Ale jednocześnie rośnie stopa bezrobocia, która podniosła się do 4,7% i jest najwyższa od 4 lat.
Ekonomiczne klęski widać nie tylko w statystykach makroekonomicznych. W pierwszym półroczu 2025 roku w Wielkiej Brytanii wyprodukowano najmniej samochodów od 1953 roku (pomijając rok 2020, gdy rząd zamknął fabryki w ramach covidowego obłędu). „To nie kryzys. To rezultat” – tak spointowałby to nieśmiertelny Kisiel. Rezultat szalonej „polityki klimatycznej” podnoszącej ceny energii, rosnącego państwa socjalnego zniechęcającego do podejmowania pracy oraz polityki przyjmowania setek tysięcy migrantów niekompatybilnych z potrzebami rozwiniętej gospodarki rynkowej. Coraz szybciej ubywa za to rdzennych Brytyjczyków, którzy jednak w ostatnich tygodniach zaczęli się buntować przeciwko masowej imigracji.
Wielka Brytania nie jest jednak odosobniona w swoich problemach finansowych, ekonomicznych i demograficznych. Dokładnie to samo – choć na razie mniej spektakularnie – dzieje się na rynkach długoterminowego długu amerykańskiego, niemieckiego czy japońskiego. Podczas gdy Fed szykuje się do kolejnych obniżek stóp procentowych, rentowność 30-letnich Treasuries sięga 5% i utrzymuje się blisko najwyższych poziomów od kilkunastu lat. Zatem także po drugiej stronie Atlantyku inwestorzy obawiają się trwale podwyższonej inflacji będącej konsekwencją ogromnego zadłużenia publicznego.
Ale w ujęciu względnym największy przyrost rentowności odnotowano w Japonii. Tam 30-letnie Samuraje płacą już prawie 3,3% rentowności w terminie do wykupu (YTD). To najwięcej w historii tych papierów. Dla porównania, jeszcze 5 lat temu rentowność tych papierów była niewiele wyższa od zera. To samo dzieje się w przypadku analogicznych papierów rządu Niemiec. 30-letnie Bundy płacą już 3,4% - czyli najwięcej od 14 lat – choć jeszcze 5 lat temu ich rentowność potrafiła być… ujemna.
Wspólnym mianownikiem spadku cen długoterminowego długu suwerennego najbardziej wiarygodnych dłużników na Ziemi jest bardzo wysokie i szybko rosnące zadłużenie publiczne. Stany Zjednoczone są zadłużone na równowartość 124% PKB - czyli najwięcej w swej powojennej historii. W Chinach relacja długu do PKB sięga 88%, w Japonii jest to astronomiczne 237%, w Wielkiej Brytanii prawie 96%, we Francji 113%, we Włoszech 135%, a w Kanadzie 110%. Wśród największych gospodarek świata przyzwoicie wyglądają jedynie Niemcy (62,5% PKB długu publicznego), ale tam rząd niedawno skasował fiskalne hamulce, co poskutkuje istotnym wzrostem zadłużenia.
Inwestorzy coraz częściej zadają sobie dwa pytania:
- Kto to wszystko za 20-30 lat będzie spłacał w obliczu kurczącej się populacji w wieku produkcyjnym?
- Ile warte będą pieniądze, które rządy nam oddadzą?
I wychodzi im, że realnie będzie to znacznie mniej, niż się wydawało do niedawna. Stąd też w całym rozwiniętym świecie obserwujemy wzrost wymaganych rentowności długoterminowych obligacji skarbowych. Być może jesteśmy świadkami początku kolapsu długu suwerennego i załamania systemu walut fiducjarnych. Na to przynajmniej wskazywałyby galopujące notowania złota i srebra, jak również rekordowo wysokie wyceny głównych kryptowalut.


























































