Ropa w błyskawicznym tempie odrabia straty, jakie poniosła w drugiej połowie ubiegłego roku. Wówczas po pęknięciu bańki spekulacyjnej cena „czarnego złota” spadła ze 147$ do 36,74$ w przypadku ropy Brent i 32,40$ w Nowym Jorku. Wygląda więc jakby handlujący ropą już pod koniec grudnia zaczęli dyskontować przyszłe ożywienie gospodarcze.
Do podobnego konsensusu w marcu doszły też rynki akcji, które od początku tego tygodnia kontynuują beztroską zwyżkę. Główne indeksy giełdowe są już 30-40% powyżej swoich tegorocznym minimów a ich wzrosty zachęcały inwestorów do zajmowania długich pozycji na rynkach surowcowych.
Nie można też nie docenić wpływu deprecjacji dolara, który od początku marca wyraźnie osłabł względem euro. Od tegorocznego dołka kurs EUR/USD wzrósł o blisko 10% i sprawił, że ropa stała się tańsza dla inwestorów z Europy.
Wpływ na wzrost notowania ropy ma też drożejąca benzyna, której cena w Stanach Zjednoczonych sezonowo rośnie przed rozpoczynającym się w przyszłym tygodniu okresem urlopowym. Z tego powodu zwiększa się produkcja w rafineriach, co zdaniem analityków już w ubiegłym tygodniu doprowadziło do drugiego z rzędu spadku zapasów ropy w USA – szacuje się go na 1,75 mln baryłek.
W rezultacie o godzinie 12:50 za baryłkę amerykańskiego surowca gatunku Light Crude trzeba było zapłacić 60,42$, czyli o 1,4% więcej niż w poniedziałek, kiedy to ropa w Nowym Jorku zdrożała o 5,5%. Baryłka europejskiej ropy Brent kosztowała 59,03$ i była droższa o 0,6%.
K.K.





























































