REKLAMA

Nadchodzi prawdziwy japoński horror

Michał Żuławiński2014-12-12 08:32analityk Bankier.pl
publikacja
2014-12-12 08:32
EastNews

Kilka lat temu w modzie były japońskie horrory, a potem ich zachodnie przeróbki. Japońska rzeczywistość gospodarcza jest równie straszna, a nawet straszniejsza, bo prawdziwa. Przed niedzielnymi wyborami warto pokusić się o przegląd zagrożeń dla Kraju Kwitnącej Wiśni. Tak, aby, w przeciwieństwie do filmów, nie odtwarzać ich na Zachodzie.

Ostatnie doniesienia z Dalekiego Wschodu mają jednoznaczną wymowę - pod względem gospodarczym w Japonii jest coraz gorzej. W relacjach często brakuje jednak konkretów, przez co faktyczna kondycja trzeciej największej gospodarki świata rozpływa się w zalewie pojęć takich jak „stracona dekada”, „kryzys demograficzny”, „widmo deflacji” itp. Tymczasem rzeczywistość najlepiej chwytać w oparciu o fakty.

Kadr z japońskiego horroru "The Ring: Krąg" z 1998 r. (EastNews)



Rozczarowująca kondycja trzeciej największej gospodarki świata pchnęła premiera Japonii Shinzo Abego do podjęcia decyzji o rozpisaniu przedterminowych wyborów. Szef japońskiego rządu chce umocnić swoją władzę przed przystąpieniem do drugiej fazy wprowadzania „Abenomiki 2.0". Sondaże dają mu szansę na kolejne miażdzące zwycięstwo - jeżeli tak się stanie, Japonia nie tylko nie zejdzie z obecnego kursu, ale wrzuci wyższy bieg. Jako że uważam, że jest to droga ku zagładzie, postanowiłem przed niedzielnymi wyborami dokonać przeglądu sumy japońskich strachów.

Część I: Demografia

Część II: Marazm

Część III: Dług

Część IV: Chiny

To będzie kraj starych ludzi

„Nieprzytomna babcia karmiona przez rurkę” – tak o japońskiej gospodarce napisał kiedyś opiniotwórczy amerykański portal finansowy Bloomberg. Japonia to synonim starego społeczeństwa, a jej piramida demograficzna w kolejnych latach będzie nieubłaganie rozszerzać się ku górze, natomiast liczba ludności drastycznie spadnie. Zjawisko to doskonale obrazuje Jim z Laird Research.

Konsekwencje ekonomiczne takich zmian są oczywiste. Na coraz większą liczbę ludzi starych (tak, starych, a nie „dojrzałych/zaawansowanych wiekowo/członków srebrnego pokolenia”) pracować będzie musiało coraz mniej młodych, którym z kolei noszenie przodków na swoich barkach skutecznie ograniczy możliwość posiadania własnego potomstwa. Na dłuższą metę jest sytuacja nie do utrzymania, jedyną kwestią jest to, który kraj wyłoży się jako pierwszy, a Japonia jest w tej materii jednym z faworytów.

Według prognozy ONZ, już w przyszłym roku mediana wieku w Japonii wynosić będzie 46,5 – oczywiście najwięcej na świecie. Im dalej w las tym gorzej – w 2055 r. co drugi Japończyk będzie miał więcej niż 60 lat. Zmniejszy się oczywiście także sama liczba ludności – już w ubiegłym roku ubyło 244 tys. osób czyli tyle, ile żyje w Gdyni czy Częstochowie. Najczarniejsze scenariusze mówią, że w XXII wiek wejdzie zaledwie 50 milionów Japończyków! Nawet jeżeli szacunek ten jest przesadzony, to z klubu 100-milionów Japonia wypadnie w najbliższej przyszłości na pewno.

Najstarsza kobieta świata Misao Ōkawa (ur. 5 marca 1898 r.) i dwumiesięczny chłopiec (fot. Itsuo Inouye/AP/XITS103 / EastNews)





Teoretycznie sytuację demograficzną mogliby poprawić imigranci. Rządowe wyliczenia wskazują, że wpuszczenie świeżej krwi mogłoby podnieść współczynnik dzietności z obecnego 1,39 niemal do 2,1, gwarantującego zastępowalność pokoleń. Szkopuł w tym, że jednolite etnicznie społeczeństwo (98,5%) wciąż niezbyt przychylnie patrzy na możliwość szerszego otwarcia drzwi dla przybyszów z innych krajów. Na pozwolenie na pracę liczyć mogą wykwalifikowani specjaliści lub - pozyskane dzięki porozumieniu na szczeblu rządowym – pielęgniarki z Filipin czy Indonezji. Niewiele osób jednak zostaje – na chętnych czekają testy, który zdać trzeba w języku japońskim.

Również teoretycznie tendencje demograficzne mogłaby odwrócić nagła zmiana modelu życia u samych Japończyków. Na to jednak się nie zanosi, a na dodatek Kraj Kwitnącej Wiśni toczy szeroko pojęty MARAZM .

Wiśnia więdnie, słońce zachodzi

Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że nigdy nie byłem w Japonii i całą swoją wiedzę o sytuacji, w jakiej żyją Japończycy, czerpię z artykułów, książek, relacji telewizyjnych i przekazów innych autorów. Wypowiadając się na ten temat, nie chcę generalizować, bo przecież 127-milionowy naród – nawet jeżeli w swojej kulturze nie akcentuje indywidualizmu tak mocno, jak narody zachodnie – to zbiór różniących się od siebie jednostek, a nie wszystkie relacje muszą być wyczerpujące. Jednak analiza wielu faktów nie pozostawia jednak złudzeń – Japonia to nie „ziemia obiecana” tylko Kraj Więdnącej Wiśni i Zachodzącego Słońca.

Wróćmy do wątku demograficznego. Jak wytłumaczyć to, że 45% Japonek i 25% Japończyków w wieku 16-26 „nie jest zainteresowana lub gardzi kontaktami seksualnymi”, o czym świadczą dane Japońskiego Stowarzyszenia ds. Planowania Rodziny? Z przeprowadzonych w 2011 r. badań wynika, że w grupie wiekowej 18-34 aż 61% mężczyzn i 49% kobiet to single. Mało tego, blisko jedna trzecia 20. i 30. latków nigdy nie była na randce. Analizę tego zjawiska zostawiam psychologom i socjologom, poprzestanę na tym, że te indywidualne wybory – do których każdy Japończyk ma prawo - wiążą się bezpośrednio ze sferą gospodarczą, ponieważ rzutują na strukturę demograficzną, rynek nieruchomości, strukturę wydatków gospodarstw domowych itp.

Ogarnięte marazmem makaki japońsie z Nagano (fot. imago stock&people / EastNews)





W majowym artykule poświęconym demografii Japonii „The Economist” wskazuje na kulturę korporacyjną zakładającą pracę do późnych godzin oraz spędzanie czasu z kolegami już po „fajrancie”. Decydujące się na taki typ kariery Japonki nie mają czasu na dzieci, a wizja samotnego ich wychowywania również nie budzi ich zachwytu. Dodatkowo japońskie społeczeństwo wciąż dosyć nieprzychylnie patrzy na dzieci z nieprawego łoża. To silny antybodziec – jak podaje OECD w Japonii (podobnie jak w sąsiedniej Korei) poza małżeństwami rodzi się ok. 2% dzieci. Dla porównania w Polsce jest to ok. 23%, w Wielkiej Brytanii blisko połowa.

Umożliwienie kobietom godzenia macierzyństwa z pracą był jednym ze sztandarowych punktów programowych premiera Shinzo Abe, który wszedł w skład tzw. „trzeciej strzały”. Wśród nich znalazły się m.in. zwiększenie ulg podatkowych na inwestycje, liberalizacja przepisów o prowadzeniu działalności gospodarczej, zmiana kodeksu budowlanego, tworzenie specjalnych stref ekonomicznych, zawieranie kolejnych umów o wolnym handlu czy właśnie aktywizacja zawodowa kobiet i osób starszych.

Chociaż był to najważniejszy z pakietów reform proponowanych przez szefa rządu, póki co nie został on wcielony w życie. Pracy jest sporo, bo – podobnie jak na Zachodzie - wraz z upływem lat od okresu bezprecedensowego boomu gospodarczego, japońskie prawo coraz mocniej dbało o interesy podmiotów już istniejących kosztem firm, które mogłyby powstać. Japońska gospodarka jak powietrza potrzebuje szeroko zakrojonej liberalizacji, która tchnie w nią nowego ducha.

Giełda w Tokio (ingimage)



Chyba żaden polski konsument nie miałby problemu z wymienieniem przynajmniej jednej japońskiej marki. Wielkimi koncernami kraj ten mógłby obdzielić pół świata. Problem pojawiłby się przy pytaniu o nowe firmy, które w ostatnich latach wybiły się na wielkość. W przypadku start-upów z USA nie byłoby problemu, ale w Japonii innowacyjność wydaje się szczelnie zamknięta w laboratoriach potentatów. „American dream” ma dziś twarz założycieli Google’a, Facebooka czy Ebaya, natomiast jego japoński odpowiednik to dołączenie do poważanej firmy lub instytucji, która zagwarantuje długą ścieżkę kariery. W opublikowanym na łamach „Forbesa” artykule poświęconym japońskiej przedsiębiorczości, Keavin Ready dodaje, że „odwrotnie niż w Dolinie Krzemowej, gdzie nawet nieudany biznes często jest postrzegany jako cenne doświadczenie, w Japonii wiążę się to ze ogromnym wstydem i utratą statusu społecznego”.

Jednym z niekwestionowanych sukcesów premiera Shinzo Abe było wlanie w serca swoich rodaków nadziei. Spadek realnych zarobków i wyższe rachunki za energię elektryczną nieco osłabiły ten entuzjazm, jednak dwa lata po sukcesie wyborczym Abe ponownie chce przekonać Japończyków, że jest gwarantem wyrwania kraju z marazmu. Trzecia strzała, która miała za to w dużej mierze odpowiadać, wciąż spoczywa w kołczanie szefa rząd, jednak dwie pozostałe – zwiększenie wydatków publicznych oraz tempa dodruku pieniądza – zostały wystrzelone. Stopa życiowa obywateli i kondycja gospodarcza kraju wciąż się nie poprawiają, rośnie natomiast gigantycznych rozmiarów DŁUG.

Kosmiczne sztuczki z kosmicznym długiem

1 200 000 000 000 000. Słownie biliard dwieście bilionów jenów. Taka wartość już za kilka tygodni wybije na japońskim zegarze długu. Liczba to niewyobrażalna, ale spróbujmy wziąć tego byka za rogi w oparciu o jednostki czasu, które każdy mniej więcej „czuje”.

  • 1 200 000 000 000 000 sekund temu nie uformowały się jeszcze kontynenty – Ziemia wyglądała tak.
  • 1 200 000 000 000 000 minut temu na Ziemi pojawiły się pierwsze organizmy zbudowane z komórek posiadających jądro komórkowe.
  • 1 200 000 000 000 000 godzin to dziesięciokrotnie więcej niż wynosi wiek wszechświata.

Dalsze kalkulacje nie mają sensu, więc wróćmy do gospodarki. Według danych MFW, na początku tego roku japoński dług przekraczał 237% PKB. To oczywiście światowy rekord („amatorzy” z Grecji mają tylko 157%), ale na tym nie koniec. Japończycy pochwalić się mogą najwyższym długiem per capita – każdy Japończyk jest zadłużony na blisko 80 tys. dolarów.

Część finansistów podkreśla, że mimo swoich gigantycznych rozmiarów, japoński dług nie stanowi zagrożenia, ponieważ rentowność obligacji jest niska. „Dług jest tani więc, nie trzeba sobie nim zawracać głowy” – zdają się mówić. Istotnie, japońskie dziesięciolatki notowane są w granicach 0,4%, a rentowności papierów dwuletnich spadły na początku miesiąca poniżej zera. Tyle tylko, że głównym celem rządu i banku centralnego jest doprowadzenie do trwałej inflacji na poziomie średnio 2%. Nietrudno się domyślić, co wtedy stanie się z rentownością obligacji – jak długo można pożyczać rządowi, wiedząc, że się straci? -  i jaki ciężar dla publicznych finansów będzie stanowić obsługa długu.

Bez podwyżki podatków się nie obejdzie, a każdorazowe manipulowanie stawką podatku od sprzedaży to manewr wysokiego ryzyka. W 1997 r. podniesienie podatku poskutkowało zmianą rządu. Tegoroczna podwyżka zachwiała japońskim PKB i z formalnego punktu widzenia wpędziło kraj w recesję. Mając tego świadomość, Shinzo Abe przełożył planowaną kolejną podwyżkę na 2017 r. i rozpisał przedterminowe wybory.

Inny argument bagatelizujący znaczenie długu mówi o tym, że jego właścicielami są w dużej mierze stabilne japońskie instytucje oraz sumiennie oszczędzający Japończycy. Z punktu widzenia stabilności finansów publicznych to o wiele lepsi wierzyciele od żądnych zysku zagranicznych inwestorów, którzy – gdy zrobi się gorąco – rzucą się do wyprzedawania japońskiego długu. Należy jednak pamiętać, że kolejne fale osób przechodzących na emeryturę zaczną „przejadać” oszczędności. Z kolei japońskie firmy, które kolokwialnie rzecz ujmując, wciąż „siedzą na kasie”, mogą kiedyś posłuchać namów rządu i zwiększyć inwestycje, przez co ich środki nie popłyną już do obligacji. Mniejszy popyt to niższe ceny, niższe ceny to wyższe rentowności, a wyższe rentowności – jak już wspomniałem – to cios w finanse publiczne.  

Ostateczne pytanie brzmi – czy z takim długiem da się żyć i czy da się go spłacić? Współczesne kraje rozwinięte mają problem, żeby zredukować wskaźnik długu do PKB o kilka punktów procentowych (u nas potrzebny był skok na OFE), a co dopiero mówić o zadłużeniu odpowiadającemu dwuletniemu produktowi. Niektórzy ekonomiści przypominają jednak, że z formalnego punktu widzenia kraj emitujący własną walutę może „zadrukować” każdy dług.

Luzowanie ilościowe w wykonaniu BoJ (Bank Japonii - biuletyn z grudnia 2014 r.)




Może drukować i robi to. W połowie tego roku Bank Japonii stał się największym pojedynczym posiadaczem japońskich obligacji. W jego portfelu obecnie znajduje się ponad 20% tych papierów. To jeszcze nic – w ramach uruchomionego w kwietniu 2013 r. i podwyższonego w październiku tego roku programu zwiększania bazy monetarnej o 80 bln jenów rocznie, japoński bank centralny skupuje do 70% każdej emisji rządowych obligacji.

Obecność tak dużego gracza na rynku trzyma w ryzach rentowności i sprawia, że rząd nie musi bać się o finansowanie deficytu, który od 5 lat nie zszedł poniżej 7% PKB. Jest to jednak nic innego ordynarne monetyzowanie długu – równie dobrze maszynkę do drukowania pieniędzy mógłby mieć pod biurkiem minister finansów albo sam premier. Jak uczy historia i ekonomia, taka sytuacja to zapowiedź finansowego krachu czy nadejścia hiperinflacji. Tym bardziej, że Bank Japonii jest na tyle zaangażowany w realizację swojego planu, że nie przeszkadza mu nawet kupowanie bonów skarbowych o ujemnej rentowności. Innymi słowy, Bank Japonii kupuje od rządu obligacje, wiedząc, że nie tylko na nich nie zarobi, ale w momencie wykupu otrzyma mniej, niż na nie przeznaczył.  

Prezes Banku Japonii Haruhiko Kuroda (fot. Toru Hanai / EastNews)



Obawy są tym większe, że pozycja BoJ jako głównego wierzyciela rządu będzie rosła i zdarzać się mogą sytuacje, w której bank centralny będzie pochłaniał każdą nową obligację emitowaną przez rząd. Według przewidywań cytowanego przez Bloomberga japońskiego analityka Takujiego Okubę, w 2018 r. bank centralny będzie w posiadaniu ponad 50% obligacji. Jakby tego było mało, w szale zakupoholizmu BoJ skupuje także akcje, jednostki ETF czy udziały w funduszach nieruchomości.

W tym kontekście niespecjalnie dziwi, że Bank Japonii praktycznie milczy na temat tego, co zamierza zrobić po doprowadzeniu do stabilnej, 2-procentowej inflacji. Nagła wyprzedaż tak wielkiej liczby obligacji zbije ich ceny i wywinduje rentowność, co ponownie przysporzy ministrowi finansów bólu głowy. Wiara w to, że uda się rozruszać gospodarkę i zwiększyć wpływy podatkowe, może okazać się zawodna, a przecież potrzeby pożyczkowe japońskiego rządu nagle nie znikną. Ewentualne umorzenie długu przez bank centralny byłoby natomiast posunięciem spychającym Japonię do finansowej ligi, w której grają państwa Trzeciego Świata. Za brak dostatecznie precyzyjnego planu działania Japonię krytykują już zarówno MFW, jak i agencje ratingowe. Jedna z nich – Moody’s – zdecydowała się nawet ostatnio obciąć rating Kraju Kwitnącej Wiśni.

Póki co główną ofiarą działań banku centralnego jest jen. Wykres kursu japońskiej waluty względem dolara mówi więcej niż tysiąc słów.

Kurs USD/JPY (stooq.pl)



Działania japońskiego duetu rząd-bank centralny mają mało wspólnego zarówno z zasadami zdrowych finansów, jak i ze zdrowym rozsądkiem. Mimo to – a może właśnie dlatego – zwolennicy dopatrywania się drugiego dna podejrzewają, że głównym celem premiera Shinzo Abe wcale nie jest rozruszanie gospodarki. Ukrytym celem głównym ma być odbudowa militarnego potencjału kraju, a wszelkie działania na niwie gospodarczej są podporządkowane temu zadaniu i wcale nie mają na celu rozwiązywania długofalowych problemów demograficznych czy budżetowych. Innymi słowy, skoro nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o CHINY.

Konfrontacja ze smokiem

Krótka powtórka z historii - za sprawą przyjętej po II wojnie światowej konstytucji Japonia nie posiada armii, floty ani lotnictwa. Siły zbrojne Kraju Kwitnącej Wiśni oficjalnie noszą nazwę Japońskich Sił Samoobrony, w skład których wchodzą jednostki lądowe, morskie i powietrzne. Mimo konsekwentnego unika nomenklatury wojskowej (cały personel to formalnie cywile) i ograniczonego charakteru dostępnych środków (zakaz rozwijania potencjału ofensywnego), budżet japońskich sił zbrojnych jest piąty na świecie – więcej wydają tylko Amerykanie Rosjanie, Brytyjczycy i Chińczycy. Odejście od pacyfizmu ma być związane właśnie ze wzrostem potęgi tych ostatnich.

(fot. Ma Ping / Xinhua )

Wychodząc z mroków maoizmu i rewolucji kulturalnej, Chiny zaczęły zdobywać miejsce, które wcześniej należało do Japonii. Krocząc po wydeptanej przez Kraj Kwitnącej Wiśni ścieżce wzrostu i powielając wiele rozwiązań, Państwo Środka przegoniło sąsiada zza Morza Japońskiego na wielu polach: wielkości gospodarki mierzonej PKB, kapitalizacji giełdy, wartości eksportowanych towarów i importowanych surowców itp. W oczach zachodu to Chińczycy, a nie Japończycy, zalewają świat swoimi towarami czy masowo wykupują nieruchomości w Europie i USA - gdyby dziś kręcono "Szklaną pułapkę", to wieżowiec Nakatomi Plaza należałby pewnie do chińskiej korporacji.

Zaszłości historyczne oraz walka o geopolityczną pozycję sprawiły, że mimo pozornie dogodnych warunków do współpracy (japońska myśl techniczna + chińskie fabryki i surowce, np. ziemie rzadkie), na linii Tokio-Pekin doszło do tarć. Od 10 lat Pekin blokuje nadanie Japonii statusu stałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ, choć taki postulat popierają USA i wiele krajów regionu. Bardziej wyrazistym polem chińsko-japońskiego sporu jest konflikt terytorialny o wyspy Senkaku/Diaoyu. W jego rezultacie do wyraźnego ochłodzenia relacji handlowych (doszło do bojkotu konsumenckiego, japońskie firmy zamykały fabryki w Chinach) oraz dyplomatycznych. Ich obecny stan najlepiej obrazuje zdjęcie wykonane podczas ostatniego szczytu ASEAN.

Shinzo Abe i Xi Jinping (fot. KIM KYUNG-HOON / FORUM)

Od czasu do czasu Shinzo Abe osobom oskarżającym go o militaryzm czy nacjonalizm daje do ręki mocne argumenty. Sztandarowym przykładem są wizyty w świątyni Yasukuni, gdzie spoczywają żołnierze polegli w służbie cesarza, w tym zbrodniarze wojenni z czasów II wojny światowej. Szef rządu unika także zmierzenia się z problemem odpowiedzialności za niewolnictwo seksualne, do którego japońska armia cesarska zmusiła kilkaset tysięcy kobiet z krajów okupowanych.

Zmiana kursu w japońskiej polityce ma, oprócz symbolicznego, także wymiar realny. Pod koniec ubiegłego roku rząd w Tokio przedstawił plany zwiększania wydatków na wojsko o 5% przez następne 5 lat. W ramach opiewającego na 24,7 biliona jenów (240 mld dolarów) programu Kraj Kwitnącej Wiśni w latach 2014-19 zaopatrzy się m.in. w 28 myśliwców typu stealth, trzy drony, 53 amfibie, 17 śmigłowców, pięć okrętów podwodnych oraz dwa niszczyciele. Dodatkowo utworzona zostanie jednostka wzorowana na amerykańskich marines, która będzie zdolna wziąć udział np. w konflikcie o sporne terytoria.

W maju ubiegłego roku na biurko premiera Japonii trafił opracowany przez ekspertów raport, który dał od dawna wyczekiwaną odpowiedź na pytanie, czy pacyfistyczna konstytucja Kraju Kwitnącej Wiśni może być zinterpretowana w sposób pozwalający na zwiększenie potencjału militarnego. Prawnicy stwierdzili, że artykuł 9. ustawy zasadniczej, zgodnie z którym Japonia wyrzeka się prawa do wojny, nie wyklucza prawa do samoobrony indywidualnej oraz kolektywnej. Oznacza to, że Japonia może np. wysłać własne siły zbrojne – nazywane formalnie Siłami Samoobrony – na pomoc zagrożonemu sojusznikowi.

Rywalizacja japońsko-chińska rozgrywa się nie tylko w regionie, gdzie Abe próbuje budować blok państw równoważący potęgę Pekinu, ale także w Afryce. Oba azjatyckie kraje prześcigają się w zdobywaniu poparcia krajów Czarnego Lądu, obiecując im pomoc finansową i inwestycje. Chociaż Chiny i Japonia podkreślają, chcą pomóc tym krajom w rozwoju, jasne jest, że głównym ich celem jest dostęp do surowców, których – przeciwieństwie np. do jałowych Wysp Japońskich -  w Afryce nie brakuje.  


Źródło:
Michał Żuławiński
Michał Żuławiński
analityk Bankier.pl

Redaktor prowadzący działu Rynki Bankier.pl. Wraz z zespołem śledzi bieżące wydarzenia na polskiej giełdzie i globalnych rynkach finansowych, analizuje dane gospodarcze z kraju i ze świata, monitoruje politykę banków centralnych itp. Miłośnik nowych technologii, zarówno w obszarze mediów, jak i szeroko pojętego inwestowania. Laureat nagrody specjalnej w konkursie dla dziennikarzy ekonomicznych Narodowego Banku Polskiego im. Władysława Grabskiego.

Tematy
Zapytaj eksperta o kredyt hipoteczny

Zapytaj eksperta o kredyt hipoteczny

Komentarze (52)

dodaj komentarz
~andrzej
subiektywny, ale przez to fajny i ciekawy artykuł. Dobre porównania. Polecam :)
~marzyciel
Chciałbym, aby Polska mogła borykać się z problemami takimi jak w japonii.No dobra, nich już będzie tak jak w Grecji
~marzyciel
Sorry - w Japnii.
Kto tam był może potwierdzić.
~sdf
Dobry art Panie Michale – tak dalej
~clex
tłumy pseudoekonomistów 5 lat temu twierdziło, że USA zmierza ku zagladzie drukując pieniądze. mieli na to mnóstwo argumentów.US nie tylko nie zbankrutowali ale są ponownie rosnącą gospodarką. ci sami pseudoekonomiści teraz twierdzą że japonia zbankrutuje. nie rozumieją że stare rozwiązania nie rozwiążą nowych tłumy pseudoekonomistów 5 lat temu twierdziło, że USA zmierza ku zagladzie drukując pieniądze. mieli na to mnóstwo argumentów.US nie tylko nie zbankrutowali ale są ponownie rosnącą gospodarką. ci sami pseudoekonomiści teraz twierdzą że japonia zbankrutuje. nie rozumieją że stare rozwiązania nie rozwiążą nowych probkemów. do nich trzeba nowych rozwiązań, które pseudoekonomistom nie mieszczą się w głowach.
~Dżejms
Może bardziej argumentuj? Ja twierdzę że fizyka nie pozwoli zadrukować - skoro możesz wydrukować dowolną liczbę (dopisać zera aby było szybciej i taniej) to co - niby nowa ekonomika pozwoli Ci kupić wszechświat dwa razy? Jak w dowcipie z Norrisem - policzył do nieskończoności dwa razy.
~Śluziniec
USA mają domimację militarno-ekonomiczną. Japonia - nie.
~Krakus
I czasami pojawiają się rzeczowe artykuły :)
~gregefdgdgf
niech przestaną lizać dupę usrańcom to wyjdą na prostą. chowają amerykański dług to maja problem

Powiązane: Rynki azjatyckie

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki