REKLAMA
WAKACJE NA GIEŁDZIE

Na własnych deskach - teatry prywatne w Polsce

2009-05-03 05:57
publikacja
2009-05-03 05:57

Przemiany, jakie dokonały się w naszym kraju w ciągu niespełna dwudziestu lat, sprawiły, że procesy prywatyzacyjne objęły także wrażliwą sferę kultury – w tym teatry. Wśród ponad 120 działających w Polsce teatrów już co szósty ma prywatnych właścicieli.

Ale prywatnych grup teatralnych jest około czterystu. Działają w większości jako stowarzyszenia i fundacje, i nie oglądając się na fundusze publiczne, proponują wybrany repertuar.

Dziś prowadzenie teatru prywatnego to połączenie misji artystycznej z przedsięwzięciem biznesowym. Od razu kokosów się nie zarobi, bo to specyficzny rodzaj sztuki i rozrywki, bo ceny biletów nie mogą być zbyt wysokie, bo koszty produkcji spektakli są duże. Znana jest opinia dyrektorów teatrów państwowych, że teatr najwięcej zarabia, kiedy nie pracuje. Tak nie powiedzą jednak ci, którzy wzięli sprawy w swoje ręce i dysponują własną sceną. Zarządzający prywatnymi teatrami są świadomi, że z samej sztuki bardzo rzadko da się utrzymać. Aby wystawiać ambitny repertuar, trzeba część spektakli sprzedać korporacjom i wynajmować sale na imprezy. By zarobić na ambitnym teatrze, należy znaleźć partnera, inwestora strategicznego, który umożliwi realizację artystycznych celów. Na Zachodzie biznesmeni już dawno zrozumieli, że bycie fundatorem teatru, biblioteki czy muzeum to wielki prestiż. Także i u nas rodzi się moda na wspieranie instytucji kulturalnych. Sponsorowanie nobilituje i de facto okazuje się niezłym biznesem. Dobrze przygotowany do zarządzania prywatną placówką Maciej Wilk, dyrektor Teatru Bajka, jest optymistą. – Dla teatrów prywatnych rozpoczyna się bardzo dobry okres – mówi. – Powstające od kilku lat tego typu instytucje pokazują, że w tym kierunku będzie zmierzać coraz więcej osób. To, czy znajdą mecenasów i sponsorów, zależeć będzie od nich samych. Od tego, co zaoferują swoim partnerom finansowym, bo arts & business to naczynia powiązane, z ich wzajemnej relacji może płynąć wiele korzyści. Ja osobiście wierzę w rozwój prywatnych teatrów, choć to trudny i specyficzny biznes, wymagający od jego twórców doświadczenia i ciężkiej pracy, a przede wszystkim miłości do teatru – wyjaśnia.

Z kolei na pewne ograniczenia zwraca uwagę Adam Krawczuk z Teatru Montownia. – Pozyskiwanie sponsorów w dobie kryzysu będzie coraz trudniejsze. Łatwiej jest zdobyć duże pieniądze na ogromną imprezę z wielkim rozgłosem niż małą dotację na niszowe przedsięwzięcia. Sponsorzy wolą bowiem spektakularne wydarzenia o dużym rozgłosie medialnym. Małe teatry zawsze będą zdane raczej na państwowe dotacje – podkreśla aktor.

Najwierniejszymi widzami w teatrach są osoby mające mniej niż 35 lat. To zwykle ludzie wykształceni, mający wyrobiony gust, a przy tym nieźle zarabiający. Świadomi swej roli szefowie teatrów zdają sobie sprawę, że dobre relacje z widzem trzeba umieć budować, a potem także odpowiednio pielęgnować, co wymaga już znacznie większych kompetencji… Również z tego powodu to tak specyficzny i trudny biznes.



Studio Buffo – teatr piosenki

Teatr muzyczny Studio Buffo jest najstarszym prywatnym przedsięwzięciem w Polsce, które odniosło sukces. To spadkobierca wspaniałej tradycji, istniejącej od 1934 roku, sceny Buffo (na której występowali m.in.: Loda Halama, Adolf Dymsza, Ludwik Sempoliński, Hanka Bielicka, Irena Kwiatkowska, Mieczysław Fogg, Jerzy Wasowski, Jeremi Przybora, Anna German, Czesław Niemen). Powołana w 1992 roku przez Janusza Stokłosę i Janusza Józefowicza spółka wyprodukowała ponad 20 premier i dała 4 tys. spektakli oraz koncertów, które obejrzało ponad 1,5 mln widzów. Studio Buffo na długo zawładnęło wyobraźnią widzów. Teatr niemal wychował i wykreował całą grupę gwiazd, m.in. Edytę Górniak, Katarzynę Groniec, Barbarę Melzer i Roberta Janowskiego, którzy zagrali w takich spektaklach-hitach jak „Do grającej szafy grosik wrzuć” czy „Metro”. Niezależny teatr miał ochronić zespół musicalu „Metro” (30 stycznia 2009 r. od światowej prapremiery musicalu minęło 18 lat), który odniósł spektakularny sukces, a od dnia premiery korzystał z obcych scen. – Przy tak dobrej koniunkturze wpływy z wejściówek wystarczały na inwestycje. Mogliśmy otworzyć restaurację i prowadzić studio nagrań – mówi Janusz Stokłosa.

Teraz konkurują nie tylko z teatrami prywatnymi, ale i państwowymi, które mimo publicznych dotacji grają rozrywkowy repertuar. Wyzwań jest wiele – aby móc się liczyć, trzeba dostosowywać się do zmiennego rynku. Trudno wyobrazić sobie dziś teatr bez menedżera, który umiejętnie zarządza i potrafi szukać sponsorów dla kolejnych projektów.

Teatr Montownia – od zespołu do budynku

Teatr Montownia – Adam Krawczuk, Rafał Rutkowski, Maciej Wierzbicki, Marcin Perhuć – spółka z o.o., czyli „czterech facetów do wynajęcia”, jak o sobie mówią, jest jedną z pierwszych niezależnych grup teatralnych, jakie powstały w Polsce. Założyli ją w 1996 roku absolwenci Akademii Teatralnej w Warszawie. Poczucie humoru, rzadko spotykana wyobraźnia teatralna i nieskrępowana energia zawsze wyróżniały ich spośród innych grup. Sukces zapewniło im już pierwsze przedstawienie – „Zabawa” Sławomira Mrożka, które przygotowali, będąc na trzecim roku studiów. „Szelmostwa Skapena” Moliera tylko potwierdziły, że ich talent to nie jednorazowy błysk. Dużą popularność zawdzięczają sztuce Andrzeja Saramonowicza „Testosteron”, granej do dziś. Montownia realizowała model typowo europejski, czyli od zespołu do budynku. Wprawdzie na Konopnickiej 6, w dawnym Basenie YMCA, znaleźli w końcu dobre lokum, ale nie pozostali tam zbyt długo. W lutym ubiegłego roku zdecydowali się na rozstanie z Basenem, kiedy artystyczna wizja tego, co chcieli robić, zaczęła się rozmijać z wyobrażeniami ich menedżera Piotra Dudy, który obecnie kieruje centrum kulturalnym: Basen przemianował się na Centralny Basen Artystyczny. – Nie mieliśmy wpływu na to, co się rozgrywa poza sceną. Oprócz naszych spektakli działy się tam inne rzeczy, a nas interesował tylko teatr – mówi Adam Krawczuk. – Różnorodność wydarzeń, nie zawsze artystycznych, mijała się z pierwotnymi założeniami Montowni. Żeby utrzymać ten budynek, musielibyśmy większość czasu poświęcić na myślenie biznesowe i realizować pomysły niezwiązane z teatrem. Tymczasem mamy swoją wierną publiczność, której nie chcieliśmy rozczarować. Doszło do tego, że graliśmy coraz mniej. Odeszliśmy, bo nie mogliśmy stworzyć jednego długofalowego programu działania przy istniejących uwarunkowaniach finansowych – tłumaczy aktor.

Przykład Montowni jest symptomatyczny – pokazuje, że posiadanie własnej sceny nie jest konieczne do osiągnięcia artystycznego sukcesu. Przy pędzie do posiadania własnego teatru może warto o tym pamiętać? Montownia współpracuje obecnie z Teatrem Na Woli, Studiem Buffo, a w Fabryce Trzciny przygotowała „Utwór sentymentalny na czterech aktorów” w reżyserii Piotra Cieplaka. – Niedawno nawiązaliśmy współpracę z Polonią, gdzie gościnnie gramy w „Bogu” Woody’ego Allena – mówi Adam Krawczuk. – Teatr Polonia to miejsce cieszące się renomą. Ma swą wierną publiczność. Atmosfera, jaka tam panuje, powoduje, że granie to czysta przyjemność.



Polonia Krystyny Jandy

Kiedy zaczynała trzy lata temu, wspierana przez męża Edwarda Kłosińskiego, sprzedała dom, aby zdobyć potrzebne środki finansowe. Dziś Teatr Polonia Krystyny Jandy przy ulicy Marszałkowskiej w Warszawie gromadzi tłumy. Na afiszach pojawiły się w tym czasie: „Stefcia Ćwiek w szponach życia” chorwackiej pisarki Dubravki Ugreszić z Agnieszką Krukówną; „Darkroom” Rujany Jeger w reżyserii Przemysława Wojcieszka; „Patty Diphusa” Pedra Almodóvara w wykonaniu Ewy Kasprzyk; „Ucho, gardło, nóż” według Vedrany Rudan – monodram Krystyny Jandy; „Shirley Valentine” Willy'ego Russella – przebój przeniesiony z Teatru Powszechnego; „Miss HIV” Macieja Kowalewskiego – spektakl przejęty przez Jandę po zamknięciu Le Madame. Z okazji otwarcia Dużej Sceny wystawiono „Trzy siostry” Czechowa i „Szczęśliwe dni” w reżyserii Piotra Cieplaka. Jednym słowem – wszechstronny repertuar. W teatrze Krystyny Jandy znalazł swe miejsce klasyczny dramat, ale i przedstawienia modne, społecznie zaangażowane. Po trzech latach działalności teatr utrzymuje się z wpływów z kasy biletowej. – Uważamy to za nasz duży sukces – mówi Marta Bartkowska, asystentka Krystyny Jandy. W ocenach i rankingach zarówno widzów, jak i krytyków Teatr Polonia plasuje się na czołowych miejscach. Aktorka pytana, czy decydując się na założenie własnego teatru, chciała uzyskać pełną niezależność i czy korzystała z jakichś wzorów, odpowiada: – Oczywiście, to daje niezależność i szansę stworzenia czegoś na własną modłę, według własnych gustów i hierarchii. Otwierając Polonię, nie wzorowałam się na żadnym ze znanych mi teatrów, ani w Niemczech, ani we Francji, ani nigdzie indziej, dlatego że każde miejsce i czas mają swoją specyfikę. A mając na uwadze trafne decyzje repertuarowe Jandy, nie można przecenić jej ogromnego doświadczenia: – Proszę nie zapominać, że trudno znaleźć aktorkę o większym stażu teatralnym niż ja, jeśli chodzi o liczbę zagranych spektakli, liczbę odwiedzonych sal, i w Polsce, i za granicą, oraz różnorodność repertuarową – wymienia.

Można mieć swoją Bajkę

Prowadzenie własnego teatru nie jest łatwe. Obserwując wszakże starania i wysiłki artystów pasjonatów, przekonujemy się, że coraz częściej jest to możliwe. Tak było w przypadku Macieja Wilka, dyrektora Teatru Bajka. – Marzyłem o tym od zawsze – opowiada. – W szkole aktorskiej [Studio Wokalno- -Aktorskie przy Teatrze Muzycznym w Gdyni] na ostatnim roku studiów moi koledzy i koleżanki zastanawiali się, co dalej, kto w jakim teatrze zacznie pracować i w czym chciałby grać. Ja natomiast pragnąłem mieć swój własny teatr – podkreśla. Było to kilkanaście lat temu. Wtedy właśnie, będąc na 4. roku szkoły aktorskiej, zaczął jednocześnie studiować zarządzanie… Przez wiele lat pracował w Teatrze Muzycznym Roma jako szef działu PR, miał też możliwość poznania, jak funkcjonują prywatne teatry na West Endzie, przy okazji produkcji przez Teatr Roma musicalu „Miss Saigon”. To wszystko kształtowało jego drogę do stworzenia własnego teatru.

Kamienica Kamińskiego

O tworzonym przez Emiliana Kamińskiego Teatrze Kamienica zaczęło być głośno w 2005 roku, gdy fundacja Atut dostała dotację unijną w wysokości 5 mln zł. Od tego czasu aktor i reżyser przeszedł kolejną próbę ogniową – wyczerpujące zmagania z biurokratycznymi procedurami. W końcu jednak otrzymał poręczenie majątkowe od Rady Warszawy, które pozwoliło na uruchomienie środków. Żadne trudy nie umniejszyły jego wielkiego entuzjazmu dla dzieła, które tworzy. Kamiński wielokrotnie deklarował, że tworząc nową placówkę, nie nastawia się na zysk. Chce uruchomić nowe miejsce na mapie kulturalnej Warszawy, gdzie będą mogły spotkać się różne formy sceniczne, od klasyki, przez teatr offowy, po kabaret. Będzie otwarty dla wszystkich, którzy mają coś ciekawego do zaproponowania. Wyjątkowym miejscem dla realizowania tych celów jest stara, ocalała z II wojny światowej, kamienica, zbudowana w 1910 roku w stylu secesji geometrycznej. Na około dwóch tysiącach metrów kwadratowych suteren, piwnic i parteru powstają trzy sceny: klasyczna, kameralna i kabaretowa. Znajdzie się tam także restauracja i kawiarnia.

– Miałaby to być placówka przyjazna ludziom, czyli taka, w której widz zechciałby przebywać dłużej, a nie tylko w czasie spektaklu – mówi Emilian Kamiński. – Mógłby tu zjeść obiad, a przed spektaklem – kolację. A potem mógłby pójść choćby do baru na drinka. Byłby to także teatr familijny. W soboty i w niedziele proponowałby spektakle adresowane i do dorosłych, i do dzieci, przychodziłyby więc całe rodziny. Aktor podkreśla, że oferta tej placówki musi być bogatsza od tradycyjnej.

Emilian Kamiński dobrze wie, jak to jest, gdy ma się pomysły i chce się działać, a nie ma gdzie tego robić. – Generalnie, gdy chciałem coś stworzyć, spotykałem się z oporem – wspomina. – Tylko dyrektor Janusz Warmiński dawał mi placet na działalność. Mówił, że skoro jestem kreatywny, powinienem to wykorzystać. Zaprosił mnie kiedyś, gdy przyjechał słynny producent i menedżer kultury z Broadwayu Joseph Papp. Usiadłem z tymi panami i rozmawialiśmy. Zadawałem dużo pytań. Pamiętam, że wtedy, a był to 1988 rok, zaczynało się w mojej głowie coś krystalizować.

Capitol

Anna Gornostaj, przez dwie dekady związana z Teatrem Ateneum, od dawna marzyła o własnym teatrze i niestrudzenie szukała odpowiedniego miejsca. Dobrym poligonem doświadczalnym okazało się dla niej maleńkie Teatrum, które prowadziła w żoliborskim Forcie Sokolnickiego. Ale tym prawdziwym wyzwaniem stało się dawne kino Capitol, które wraz z mężem, Stanisławem Mączyńskim, uczyniła wielofunkcyjnym centrum artystycznym. Jak przyznają, bardzo pomógł im spadek, jaki otrzymali po dziadku. – Najważniejszym impulsem była i jest wrodzona miłość do teatru – mówi Stanisław Mączyński. – Zawsze towarzyszyła nam ogromna ekscytacja i przeświadczenie, że to, co robimy, jest właśnie tym, co powinniśmy robić. Kiedy udało nam się stworzyć teatr w zimnych ruinach carskiego fortu, przestaliśmy się bać czegokolwiek – podkreśla. Każdy z właścicieli teatrów ma zazwyczaj sprecyzowaną wizję swojej placówki i pomysły repertuarowe. Anna Gornostaj stawia na dobrą polską komedię, która jest niedoceniana, a przecież, zarówno do napisania, jak i zagrania, często trudniejsza od dramatu. Po kłopotach dnia codziennego ludzie oczekują czegoś, co pozwoli im się zrelaksować.

Teatralna Praga

Miejscem, które upodobali sobie twórcy teatralni i aktorzy, a wcześniej malarze, jest warszawska Praga. Działają tu sceny offowe, które mają swoją wierną publiczność. Przebojem Studia Teatralnego Koło jest „Taksówka”, grana w budynkach dawnych Polskich Zakładów Optycznych. Na ulicy Lubelskiej swoje miejsce znalazła Komuna Otwock. Od kilku lat działa tu także scena Studium Teatralnego Piotra Borowskiego i Stowarzyszenie Sztuk Wszelakich im. S.I. Witkiewicza, skupiające aktorów scen warszawskich, m.in. Magdalenę Popławską i Romę Gąsiorowską.

Na Pradze zadomowił się także aktor Marcin Kwaśny, który założył tu fundację Między Słowami. Dzięki pomocy wiceburmistrza Pragi-Północ Artura Buczyńskiego, na którym duże wrażenie zrobił film „Rezerwat”, znalazła się stara oficyna na ulicy Kępnej 6. W wyremontowanej kamienicy, razem z przyjaciółmi, Kwaśny chce stworzyć teatr kameralny (z kawiarenką), w którym ludzie będą chcieli zostać dłużej. Od czterech lat na ulicy Ząbkowskiej 27/31, na terenach dawnej Wytwórni Wódek Koneser, działa Teatr Wytwórnia, którego twórcą jest Janusz Owsiany oraz czwórka dramaturgów z grupy G8: Małgorzata Owsiany, Radek Dobrowolski, Jacek Papis i Monika Powalisz. Obok ich własnych produkcji można tu zobaczyć ciekawe spektakle z całej Polski. Odbywają się także koncerty i pokazy filmowe.

Sławomir Kwiecień
Źródło:
Tematy
Nie tylko 0 zł za konto. Sprawdź, które rachunki firmowe naprawdę się opłacają
Nie tylko 0 zł za konto. Sprawdź, które rachunki firmowe naprawdę się opłacają

Komentarze (0)

dodaj komentarz

Powiązane:

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki