Mieszkający w USA muzułmański kaznodzieja Fethullah Gulen, którego władze w Ankarze obciążają odpowiedzialnością za próbę przewrotu wojskowego w Turcji, powiedział w niedzielę, że za nieudanym zamachem stanu stoi prezydent Recep Tayyip Erdogan.
Gulen to niegdysiejszy sojusznik, a obecnie wróg numer jeden Erdogana. Prezydent oskarża go o budowanie w instytucjach państwa, w tym w wojsku, "struktur równoległych", których celem miałoby być przejęcie władzy. Taką próbę - zdaniem Erdogana - miała w nocy z piątku na sobotę podjąć "klika" żołnierzy i oficerów będących zwolennikami Gulena.
Tureckie władze zapowiadają wystąpienie do USA z wnioskiem o ekstradycję Gulena; amerykańskie władze odpowiadają, że wniosek będzie przeanalizowany i wzywają do przedstawienia dowodów przeciwko kaznodziei. On sam powiedział w niedzielę dziennikarzom, że nie martwi się tym, że Turcja może złożyć wniosek o jego ekstradycję.
W następstwie nieudanego piątkowego zamachu stanu zatrzymano w Turcji już około 6 tys. osób, w tym wielu generałów i ponad 2700 sędziów. Erdogan zapowiedział dalsze oczyszczanie wszystkich instytucji państwowych z "wirusa", czyli wpływów Gulena.
Według tureckiego MSZ liczba ofiar śmiertelnych zamachu stanu wzrosła do ponad 290, przy czym ponad setka zabitych to puczyści; ponad 1400 osób zostało rannych. (PAP)
Chaotyczny bunt nie był zamachem

Podczas szczytu NATO w Warszawie prezydent Erdogan był jednym z najważniejszych uczestników. Turcja jest przecież głównym filarem południowej flanki sojuszu.
Do familijnej fotografii ustawiony został w samym centrum, dwa miejsca od Baracka Obamy. Dlatego naturalny był niepokój wszystkich wielkich o los kolegi ze zdjęcia — i ich oddech ulgi, gdy „standardy demokratyczne zostały w Turcji przywrócone”. Ale charakterystyczny był brak takich deklaracji od razu w nocy z piątku na sobotę, gdy bezosobowa Rada Pokoju (cóż za nazwa…) przejęła telewizję publiczną.
kot/ ap/






























































