Cztery lata po ataku Rosji na Ukrainę i wybuchu potężnego kryzysu, Unia Europejska drastycznie ograniczyła zależność od rosyjskich surowców. Dane think tanku Bruegel i Eurostatu nie pozostawiają jednak złudzeń: Europa nie zyskała energetycznej suwerenności, a jedynie zmieniła dostawcę. Dziś na głównego gracza wyrastają Stany Zjednoczone, co niesie ze sobą zupełnie nowe, geopolityczne ryzyka.


Minęły nieco ponad cztery lata, odkąd Władimir Putin obnażył europejską słabość, grożąc odcięciem dostaw gazu. Widmo mroźnych zim i zatrzymania przemysłu zmusiło wówczas Europę do radykalnych działań. Tworzono listy firm, które w razie czarnego scenariusza miały zostać odcięte od błękitnego paliwa, a rządy apelowały do obywateli o oszczędzanie energii – od krótszych pryszniców po przykręcanie kaloryferów.
W odpowiedzi Unia Europejska uruchomiła tymczasowe pakiety pomocowe, wyśrubowała cele dotyczące zapełniania magazynów gazu, postawiła na wspólne zakupy i przyspieszyła rozwój zielonej energii. Dziś, gdy napięcia na linii USA-Izrael-Iran na nowo budzą obawy o globalne bezpieczeństwo energetyczne, warto zadać pytanie: w jakim punkcie znajduje się obecnie europejska niezależność?
Liczby pokazują potężną transformację, ale nie oznaczają końca ery importu. Europa wciąż jest uzależniona od zewnętrznych dostaw. Zmieniły się po prostu wektory.
Amerykański gaz płynie szerokim strumieniem
Jak wynika z danych Eurostatu i brukselskiego think tanku Bruegel, Unia Europejska z powodzeniem zastąpiła surowce z Rosji dostawami z innych kierunków – w tym w dużej mierze zza oceanu. W 2025 roku państwa UE zaspokoiły ponad jedną czwartą swojego zapotrzebowania na gaz importem ze Stanów Zjednoczonych.

Ditte Brasso Sørensen, starsza analityczka i wicedyrektor w Think Tank Europa, w wywiadzie dla duńskiego portalu Børsen (należącego do grupy Bonnier), zwraca jednak uwagę na szerszy kontekst.
– Podjęto jasną, strategiczną decyzję o redukcji importu z Rosji, przy jednoczesnej próbie dywersyfikacji. Stany Zjednoczone stały się jednym z kluczowych eksporterów, ale nie jedynym. Do grona głównych dostawców należą dziś także m.in. Norwegia, Algieria czy Kazachstan – zauważa analityczka.
Jak podkreśla, budowa własnych, zielonych mocy wytwórczych pozostaje głównym celem Europy. – To jednak transformacja, która wymaga zmian systemowych i czasu. Dlatego nasza zależność od zewnętrznych dostawców wciąż pozostaje wysoka – dodaje Sørensen.
Czy sukces w poszukiwaniu nowych dostawców sprawił, że presja na transformację energetyczną osłabła? Według ekspertki, wysoka globalna produkcja paliw kopalnych zapewniła podaż niezbędną do przeprowadzenia dywersyfikacji. – Można to krytykować, ale z drugiej strony można też powiedzieć, że to właśnie uchroniło nas przed koniecznością dalszego kupowania surowców od Rosji.
Geopolityczna gra nowej administracji USA
Pojawiają się jednak sygnały, że nowe uzależnienie – w tym to od amerykańskiego LNG – może stać się problemem. – Uzależnienie od wąskiego grona dostawców nigdy nie jest dobrą sytuacją – ostrzega Ditte Brasso Sørensen.
Choć do tej pory prezydent Donald Trump nie wykorzystywał tej zależności jako bezpośredniego narzędzia nacisku na Europę, retoryka jego administracji budzi niepokój. Zaledwie kilka tygodni temu badacze z think tanku Bruegel ocenili, że to nie same USA są największym zmartwieniem UE, ale ogólne uzależnienie od paliw kopalnych.
Jednak niedawny wywiad Andrew Puzdera, ambasadora USA przy UE, dla „Financial Times”, został w Brukseli odebrany jako zawoalowana groźba. UE nadal pracuje nad ostatecznym zatwierdzeniem umowy handlowej z USA z lata 2025 roku, która zakłada m.in. zwiększenie europejskich zakupów amerykańskiej energii do poziomu 750 mld dolarów do 2028 roku. Gdy Parlament Europejski próbował przeforsować klauzulę zawieszającą umowę w przypadku nałożenia przez Trumpa nowych cel, amerykański ambasador wprost zasugerował, że renegocjacje mogłyby zagrozić bezpieczeństwu dostaw energii.
Dla nowej administracji w Waszyngtonie kwestie takie jak obronność, energetyka, cła i regulacje technologiczne to naczynia połączone. Zależności Europy bywają traktowane jako waluta przetargowa, co pokazały m.in. dyskusje wokół wsparcia dla Ukrainy czy statusu Grenlandii. – Dla rządu USA wiele rzeczy podlega negocjacjom. To elementy tej samej gry, a dla Europy jest to gra niezwykle trudna – podsumowuje Sørensen. Dodaje również, że obecnie wśród dostawców energii do Europy jedynie Norwegię można uznać za partnera „całkowicie bezproblemowego”.
Niemiecki przemysł na rozdrożu
Sytuacja ta uderza w fundamenty największej europejskiej gospodarki. Niemiecki przemysł, zmagający się z własnymi problemami strukturalnymi, do przetrwania potrzebuje stabilnej i przewidywalnej cenowo energii. Tymczasem silne ukierunkowanie na amerykańskie LNG zwiększa podatność Berlina na polityczne zawirowania za oceanem. Równocześnie na Niemcach, jak i na całej UE, ciąży presja, by przyspieszyć rozwój OZE i w dłuższej perspektywie odciąć się od geopolitycznych szantaży.
A co z samą polityką klimatyczną? Po wyborach do Parlamentu Europejskiego w czerwcu 2024 roku wyraźnie wzrosła polityczna presja na poluzowanie zielonych ambicji. Eksperci nie spodziewają się jednak upadku jej fundamentów. Choć krótkoterminowe ustępstwa są możliwe, kluczowe mechanizmy, takie jak system handlu emisjami (ETS), pozostaną w mocy.
Wniosek z minionych czterech lat jest brutalny. Unia Europejska nie pokonała swojego uzależnienia energetycznego – po prostu je przeniosła. Bez stanowczej i konsekwentnej rozbudowy własnych, niezależnych źródeł energii, Stary Kontynent pozostanie geopolitycznie bezbronny.
DWN(Bonnier Group)/AO



























































