REKLAMA
WAKACJE NA GIEŁDZIE

Czy warto szukać szczęścia w wojsku?

2008-11-19 15:01
publikacja
2008-11-19 15:01
Nie każdy myśli o wojsku jako wrogiej instytucji. Niektórzy garną się do służby w armii. Często mimo przeszkód i niesprzyjających okoliczności. Są tacy, którym się udaje. A niektórych nawet w Legii Cudzoziemskiej nie chcą.

Szkoła wojskowa

- Chciałem trafić do prawdziwej armii. Na pierwszą linię. Najlepiej na okręt wojenny - mówi Kamil, student politechniki. - Ale jak się nie da, to chociaż spróbuję dostać się do pionu cywilnego - zaznacza.

- Już w liceum chciałem iść do wojska - opowiada Łukasz. - Myślałem o jakiejś uczelni wojskowej, ale rodzice się uparli i wymusili na mnie, żebym zaczął normalne studia.

Na "normalnych studiach" szło Łukaszowi całkiem dobrze. Na tyle dobrze, że dostał propozycję robienia doktoratu.

- Zgodziłem się - mówi. - Zawsze to jakaś perspektywa pracy. Zresztą wtedy jeszcze interesowało mnie to, co studiowałem.

Ale wojsko i tak go ciągnęło. W połowie drugiego roku przerwał studia doktoranckie i poszedł do szkoły podchorążych rezerwy. Skończył wszystkie kursy, zdał egzaminy i został podoficerem.

- Już wtedy miałem propozycję zostania w armii na stałe - opowiada. - Ale rodzice znów się uparli i wymogli na mnie, żebym skończył doktorat.

Dla armii cenni są właśnie tacy żołnierze. Ci, którzy sami chcą służyć, i planują związać się z wojskiem na stałe.

- Cenimy sobie ochotników - mówi major Andrzej Sowa, rzecznik Śląskiego Okręgu Wojskowego. - Poza tym potrzebujemy żołnierzy, którzy chcą służyć długoterminowo. Takich, w których będziemy inwestować.

Łukasz widzi swoją przyszłość właśnie w wojsku. Chociaż nadal nie wie, jak dokładnie ta przyszłość ma wyglądać.

- Zdaję sobie sprawę, że najlepsza byłaby dla mnie posada wykładowcy na jakiejś uczelni wojskowej - wyjaśnia. - Dlatego między innymi kończę studia doktoranckie.

Ale wciąż korci go inna droga. Dająca więcej adrenaliny. Misje stabilizacyjne i pokojowe poza granicami kraju.

- Rozmawiałem z żołnierzami, którzy stamtąd wrócili - opowiada. - Jest to niebezpieczne, ale ma w sobie to coś, co mnie pociąga.

Jak na razie Łukasz cały czas się szkoli i robi kolejne kursy. A znaczków na dystynkcjach wciąż przybywa. Raz, dwa razy do roku przerywa studia na kilka tygodni i jeździ „na poligon", żeby wziąć udział w ćwiczeniach.

- Jako podoficer rezerwy dostaję żołd za każde takie ćwiczenia - tłumaczy. - Poza tym nie chcę wyjść z wprawy.

O szkole wojskowej myślała też Marta, studentka czwartego roku Uniwersytetu Wrocławskiego. Z tą różnicą, że ona wciąż chce do niej pójść. Wojskowej albo innej. Byle z mundurem.

- Właściwie nie jestem w pełni zdecydowana na wojsko - mówi Marta. - Myślałam też o szkole policyjnej.

Marcie nie zależy na konkretnej formacji. Chce pracować tam, gdzie nosi się mundur. W wojsku, policji, straży miejskiej czy granicznej. Nieważne gdzie. Ważne jak. A właściwie w jakim stroju.

- Od dziecka pasjonowały mnie zawody, w których nosi się mundur - opowiada z przejęciem. - To ma w sobie to coś. Ciężko to zdefiniować, ale jest w tym coś pociągającego.

Marta ma jeszcze jeden problem. Jest kobietą. A tych w wojsku jest mało. O tym akurat wie dobrze.

- W polskiej armii jest osiemset kobiet - mówi. - To tyle co nic. W Stanach mają dwieście tysięcy.

Ale Marta wierzy, że uda jej się dostać. Nie wie jeszcze gdzie, ale uda się na pewno.

Legionista. Prawie

- Najpierw chciałem uniknąć wojska - opowiada Piotrek, kiedyś szczęśliwy posiadacz kategorii „D". - A że miałem problemy ze zdrowiem, to nie było to dużym problemem. Już WKU musiało mnie zwolnić od służby.

Problemy zaczęły się później. Kiedy Piotrkowi zachciało się wojaczki i ręka zaświerzbiła go do karabinu.

- Miałem cięższy okres w życiu - przyznaje niechętnie. - Wtedy stwierdziłem, że warto poszukać szczęścia w armii. Tak jak tysiące znudzonych życiem przede mną.

Niestety, kategoria „D" zamknęła przed nim bramy wszystkich jednostek. I to na dobre.

- Zebrałem owoce wcześniejszych działań. Zresztą, co się dziwić. Przyniosłem im tyle zaświadczeń lekarskich, że nie miałem szans na przyjęcie do wojska - ocenia.

Piotrek próbował pisać odwołania do WKU w sprawie zmiany kategorii. I odwołania od decyzji odmownych. I następne odwołania. Bez skutku.

- Wszystkie pisma odbijały się jak od ściany - przyznaje nieco zrezygnowany. - Nie żebym się temu za bardzo dziwił, ale i tak stracone nadzieje bolały.

Piotrek, wyrzucony drzwiami, postanowił wejść oknem. Co prawda do innego budynku, ale też się liczy. Skoro nie wojsko polskie, to może inne oddziały. Cokolwiek, byle tylko można było sobie postrzelać.

- Postanowiłem, że spróbuję jeszcze jednej możliwości - opowiada. - I uderzyłem do innej formacji zbrojnej.

Niestety, oficjalne punkty werbunkowe Legii Cudzoziemskiej znajdują się tylko we Francji, ale pewien rodzaj wstępnej selekcji można przejść już w Polsce. Trzeba wykazać się tylko pewnym samozaparciem.

- Ja miałem sytuację nieco ułatwioną - przyznaje Piotrek. - Znałem przybliżone namiary. Wiedziałem mniej więcej, gdzie szukać i z kim rozmawiać.

Chociaż zajęło to trochę czasu, Piotrek zdołał przeprowadzić niezobowiązującą rozmowę z niezwiązanym z Legią, ale lekko zorientowanym znawcą tematu. Takim, który kiedyś coś słyszał i coś czytał. Ale oczywiście za bardzo nie wie, jak to naprawę wygląda. Mimo swojej niewiedzy rozmówca zdecydowanie odradził podróż do Francji i stawanie przed punktami werbunkowymi Legii Cudzoziemskiej.

- Tak naprawdę nie ma się co dziwić - wyjaśnia Piotrek z lekko skrywaną niechęcią. - Biorąc pod uwagę, co mam napisane w książeczce wojskowej, nie miałem szans, żeby się dostać do Legii.

Piotrek nie chce wyjaśnić, co takiego skreśliło go w oczach Legii.

- Kiedyś miałem problemy ze sobą. Natury, wzniośle mówiąc, duchowej - tłumaczy. - A nieco prościej, to odwaliło mi tak, że wylądowałem u psychiatry.

W dodatku Piotrek nie omieszkał opowiedzieć o wszystkim w WKU. Postarał się też wszystko podkolorować i podejść do sprawy z wisielczym humorem. No i dostał za swoje.

- Wtedy wydawało mi się zabawne mieć zapis w książeczce wojskowej, że jest się wariatem - wyjaśnia. - No i jest to zabawne. Pewnie ci, którzy o tym słyszą, śmieją się do rozpuku.

Wytrwałość

- Miałem problem z nadwagą - opowiada Kamil. - A chciałem koniecznie iść do wojska. Marzyła mi się marynarka.

Kamil jest człowiekiem upartym i potrafi osiągnąć swój cel. Potrzebuje tylko drogowskazu, który powie mu co robić. I znalazł.

- Znajoma mojego brata przeszła przez anoreksję - Kamil mówi o ciężkiej chorobie ze spokojem. - Jak z nią kiedyś rozmawiałem, to mówiła, że straciła w ciągu trzech miesięcy chyba z dziesięć kilo.

Znajoma brata okazała się pomocna i opowiedziała o tym, co przeszła. Co prawda, kiedy się dowiedziała, czemu ma służyć jej doświadczenie, była przerażona i odradzała podobne metody, ale wcześniej zdążyła powiedzieć, jak wyglądała jej choroba. Kamil miał pół roku. Ale musiał dużo więcej schudnąć, więc i działać trzeba było intensywniej

- Kilka miesięcy przed wizytą w WKU postanowiłem przejść na anorektyczną dietę - opowiada Kamil. Niestety, oprócz chęci miał też samozaparcie. - Jadłem raz dziennie jeden mały posiłek, po którym starałem się zawsze rzygać. No i dużo ćwiczyłem.

Kamil w ciągu kilku miesięcy stracił ponad trzydzieści kilogramów. Wytrzymał do komisji. Prawie. I to zrobiło wielką różnicę. Jego dieta zakończyła się na kilka dni przed planowanym badaniem. Z powodu krwotoku wewnętrznego. Prosto ze szkoły trafił do szpitala. Najpierw na OIOM, potem na chirurgię. Ale i tak długo nie potrafił zaakceptować, że mógł sobie zrobić krzywdę. Uważał, że to inni przesadzali. Że mogli tylko dać mu jakieś leki i odstawić do domu. Że w ogóle niepotrzebnie go brali do szpitala, bo na pewno doszedłby do siebie. W końcu kilka razy już wymiotował krwią i nic mu nie było.

Długo miał pretensje do nauczycieli, którzy wezwali karetkę, lekarzy, którzy go leczyli, i rodziców - bo tak. O to, że przez nich stracił możliwość służby w wojsku. Bo z tak uszkodzonym żołądkiem nie miał szans na nic innego niż „D".

- Dopiero później zrozumiałem, że to ja przegiąłem - przyznaje niechętnie. - Tak bardzo zależało mi na tym cholernym wojsku, że zniszczyłem sobie zdrowie, a mogłem stracić życie.

Ale marzenie z dzieciństwa nie tak łatwo porzucić. Kamil studiuje na politechnice kierunek związany z nowoczesnymi technologiami.

- Służba w wojsku to nie tylko latanie z karabinem - przekonuje bardziej samego siebie niż mnie. - Jako technik mogę pracować w pionie cywilnym. Może nie dokładnie o tym marzyłem jako dzieciak, grając w RedAlerta, ale to też zawsze coś. Takie urealnione marzenia.

Sławomir Czarnecki
Źródło:
Tematy
Nie tylko 0 zł za konto. Sprawdź, które rachunki firmowe naprawdę się opłacają
Nie tylko 0 zł za konto. Sprawdź, które rachunki firmowe naprawdę się opłacają

Komentarze (0)

dodaj komentarz

Powiązane: Budżet rodziny

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki