„Efekt stycznia” - słyszało o nim wielu, jednak czy rzeczywiście istnieje? Ma on rzekomo przynosić giełdowe wzrosty ze względu na specyficzne zachowanie inwestorów w okolicach końca roku. Sprawdziliśmy styczniowe stopy zwrotu na przestrzeni całego wieku i już wiemy, czy można wtedy liczyć na „pewny” zysk.


Styczniowe wzrosty na giełdzie, zwane „efektem stycznia”, mają wynikać ze względu na działania podejmowane przez inwestorów w okolicach końcu roku. Wielu z tych, którzy osiągnęli w danym roku zyski, przeprowadza tak zwaną optymalizację podatkową. Aby obniżyć kwotę płaconą na rzecz państwa, zamykają oni stratne pozycje i w ten sposób obniżają wykazywane zyski (i płacone podatki). Jest to jednak procedura wyłącznie o charakterze technicznym i tuż po niej (często właśnie już w styczniu), akcje sprzedanych spółek są ponownie odkupywane powodując ich wzrosty.
Wiara w tę krótką hossę wśród inwestorów ponoć ma być na tyle duża, że aby się na nią załapać kupują akcje spółek już w grudniu, tworząc tym samym tak zwany „rajd św. Mikołaja”. Jak jednak niedawno dowodziliśmy, nadzwyczajne wzrosty przed końcem roku, przynajmniej na GPW, zwykle nie występują.
„Efekt stycznia” tylko na małych spółkach?
Jak pokazują statystyki, przeciętne stopy zwrotu w styczniu są mocno uzależnione od wielkości spółek. Im są one mniejsze, tym zwykle rosną bardziej. Zależność tą obrazuje wykres stóp zwrotu indeksów na GPW w poszczególnych miesiącach. Wynika z niego, że tak naprawdę wyraźne wzrosty w styczniu notuje wyłącznie indeks sWIG80 (niemal +4 proc.), również całkiem nieźle prezentuje się mWIG40 (ok. +2 proc.), natomiast zrzeszający największe spółki WIG20 średnio ledwie wychodzi na plus.
Wytłumaczeniem tego może być specyficzne zachowanie inwestorów instytucjonalnych. Przed tym zanim przedstawią oni roczne sprawozdanie wraz z aktualną listą spółek w portfelu, mają się oni pozbywać się „źle wyglądających” i najbardziej ryzykownych walorów (choć posiadają one duży potencjał wzrostowy). I są to właśnie najczęściej spółki małe. Po nowym roku natomiast inwestorzy odkupują z powrotem te same akcje – i w ten oto sposób pojawiają się wzrosty m.in. sWIG-u.
Wzrosty tylko w dobrych latach?
Czy można wysnuć jakieś wnioski na podstawie stóp zwrotu ze wszystkich styczniów XXI wieku? I tak, i nie. Z jednej strony widać, że rzeczywiście wielokrotnie ten miesiąc przynosił wzrosty na polskim parkiecie. Pytanie jednak, na ile jest to wynikiem stycznia, a na ile po prostu trwającej w tym czasie dłuższej hossy na giełdzie. Największe wzrosty indeksy na GPW notowały bowiem tuż przed kryzysem, a więc w latach 2006-07. W ówczesnej euforii rosło jednak „niemal wszystko” i to bez względu na miesiąc, a więc ciężko przypisywać to konkretnie pod „efekt stycznia”. Podobna sytuacja była w równie dobrym dla giełdy 2002 roku, kiedy to rynek akcyjny odrabiał straty po załamaniu w związku z pęknięciem bańki internetowej.
Zdecydowanie najgorsze stycznie dla inwestorów były z kolei w 2008 i 2009 roku, kiedy to indeksy potrafiły spadać nawet o ponad 10 proc. Był to jednak środek największego kryzysu ostatnich lat i można by mieć problem znaleźć jakikolwiek miesiąc, który przynosił wtedy zyski. Ostatnie lata, znacznie spokojniejsze na giełdzie, nie wskazują już natomiast jednoznacznie, czy początek roku to rzeczywiście czas sporych wzrostów.
Powyższy wykres pokazuje również pewną „odporność” sWIG-u na globalne zawirowania, przynajmniej na początku roku. Przed wybuchem kryzysu rósł on bowiem najszybciej spośród indeksów, w rekordowym styczniu 2006 roku przynosząc niemal 25 proc. zwrotu, a za to w latach 2008-09 spadał najmniej. Nadzieje na lepszy wynik sWIG-u od średniej w najbliższym styczniu przynosi również fakt, że 2017 rok dla mniejszych spółek wypadł wyjątkowo blado (od początku roku do dziś wychodzi on niemal na zero względem ponad 20 proc. wzrostu WIG-u20). Aż się prosi zatem o jakieś odreagowanie.
Wnioski z tych analiz można wysnuć takie, że choć rzeczywiście styczeń w przeszłości dawał dość często zarobić, to działo się to zwykle po spełnieniu dwóch warunków. Po pierwsze, w miarę regularne wzrosty dotyczyły w zasadzie tylko małych spółek, a po drugie, duży na nie wpływ miało to, czy panował wtedy ogólny trend wzrostowy na rynku, za którym najczęściej podążał także i styczeń.































































