Wszystko można powiedzieć o Węgrzech, lecz nie to, że kraj ten jest obecnie w awangardzie forsowanej przez Brukselę idei integracji europejskiej. Budapeszt dał kolejny sygnał, że nie spieszy się do zacieśniania więzów z innymi krajami UE.



W napisanym z amerykańskiej perspektywy artykule „Węgry nie spieszą się do euro”, Jenny Cosgrave z CNBC przypomina, że 10 lat temu eksperci spodziewali się, że kraj ten dołączy do strefy euro niebawem po wejściu do samej Unii. Podobnie jak w przypadku Polski, rzeczywistość okazała się jednak zupełnie inna i perspektywa monet z koroną świętego Stefana na awersie jest bardzo odległa.
- Pozostawanie poza strefą euro jest obecnie korzystne dla kraju – powiedział reporterowi CNBC Zoltan Kovacs, rzecznik węgierskiego rządu. Jak dodał, Budapeszt nie kreśli obecnie żadnej perspektywy przyjęcia euro w najbliższym czasie.
Co ciekawe, według przeprowadzonego w sierpniu tego roku badania Eurobarometru, aż 85% Węgrów przewiduje, że ich kraj kiedyś przystąpi do strefy euro, choć 55% z nich uważa jednak, że dojdzie do tego po 2020 r. Dla porównania 38% Polaków uważa, że przyjmiemy euro przed tą datą, a drugie tyle, że dojdzie do tego później. Euro nad Balatonem nie wyobraża sobie 7% ankietowanych, podczas gdy nad Wisłą odsetek ten wynosi 9%.
Nawet, gdyby Węgry chciały przyjąć euro, to na przeszkodzie stoi ich najwyższy w regionie stosunek długu publicznego do PKB. Rząd Viktora Orbana planuje sprowadzenie tej relacji z obecnych blisko 80% do 75% w 2017 r. Jedno z kryterium konwergencji wymaga tymczasem, aby dług państwa wchodzącego do strefy euro nie przekraczał 60% jego PKB.




























































