Rząd przyjął nowelizację budżetu. Oszczędności sięgną 7,6 mld zł, a to prawie miliard mniej, niż zapowiadano wcześniej. Równocześnie zwiększono deficyt o 16 mld zł do kwoty blisko 52 mld zł. Było to możliwe dzięki zmianom w ustawie o finansach publicznych, które znoszą pierwszy próg ostrożnościowy.
Rząd nie miał wyboru i musiał dokonać nowelizacji. To było raczej czytelne od momentu przedstawienia pierwszego projektu ustawy budżetowej na 2013 rok. Wówczas strona rządowa twierdziła, że założenia odnośnie do dochodów i podstawowych wskaźników makroekonomicznych są realne. Rynek miał inne zdanie na ten temat i już wówczas większość analityków była zgodna, że w połowie roku będzie czekać nas nowelizacja m.in. z powodu dużo niższych od zakładanych dochodów z tytułu podatku VAT, które zaplanowano na poziomie 126 mld zł.
| »Tusk: żaden z resortów nie sprzeciwił się cięciom wydatków |
Faktycznie wpływy te będą o 12 miliardów niższe. Trudno rząd oskarżać o zbyt optymistyczne założenia, które nie miały szansy na realizację. O wiele bardziej prawdopodobne jest to, że resort finansów już na koniec 2012 roku wiedział, że nowelizacja będzie konieczna, ale trzeba było robić dobrą minę do złej gry. Wbrew pozorom dzięki temu udało się utrzymać rekordowo niskie oprocentowanie polskich obligacji, co znacznie obniża koszty zadłużenia. Nie zmienia to faktu, że zwiększanie deficytu do rekordowej wysokości nie jest rozwiązaniem, które należy pochwalać.
| »Gdzie rząd szuka oszczędności? |
Cięcia wydatków na poziomie 7,6 mld zł to stanowczo zbyt mało, by mówić o radykalnym odchudzeniu budżetu. Z tego 3 mld zł oszczędności dotyczyć będą armii i wszystko wskazuje, że będą one miały charakter przesunięć płatności na kolejny rok. To wszystko niedługo po zapowiedziach uruchomienia rekordowo wysokich nakładów na zbrojenia, które w ciągu najbliższej dekady mają wynieść ponad 100 mld zł. MON broni się, że zakontraktowane wydatki są niezagrożone. Słowem, wojskowe oszczędności mają charakter księgowy.
Rząd jest w trudnej sytuacji, ale katastrofy nie będzie
Notowania rządu jeszcze nie były tak złe. Problem w tym, że nawet jeżeli rządzący chcą ciąć wydatki, to w większości przypadków jest to bardzo trudne ze względu na ich charakter ustawowy. Oznacza to, że wynikają one z prawa i najpierw należy dokonać zmian legislacyjnych. To wymaga czasu i podjęcia często bardzo niepopularnych społecznie decyzji. Te ostatnie w polityce coraz częściej nazywa się „kosztami społecznymi”, co w praktyce oznacza zmniejszone poparcie dla partii rządzącej. Niemniej rządzący mieli sporo czasu, by dokonać audytu i znowelizować część aktów prawnych, które uniemożliwiają dokonania oszczędności.
| »To czwarta nowelizacja budżetu w III RP |
Jednak pojawia się promyk nadziei na to, że w najbliższym okresie będzie odrobinę lepiej. Pomimo wyjątkowo niezrównoważonego budżetu wszystko wskazuje na to, że gospodarczy dołek już za nami. Bezrobocie, chociaż wyższe niż rok temu, to systematycznie maleje. Odnotowaliśmy również całkiem niezły jak na UE wzrost gospodarczy. Do tego należy dodać rekordowo niską stopę procentową. Rysą na szkle jest wzrost inflacji. Wciąż wielką niewiadomą jest budżet UE. Wiadomo, że powinniśmy otrzymać ponad 400 mld zł, ale nie wiemy, na co i ile to nas będzie kosztować.
Powinniśmy być daleko od skrajnego optymizmu, ale na razie nie będzie katastrofy. Może nawet lekka ulga. Cały kłopot polega na tym, by była ona odczuwalna przez przeciętnego obywatela, a nie tylko rynki finansowe i administrację.
Brak zdecydowanych zmian
Z tym niestety trudniej, bo nie dokonano żadnych istotnych zmian np. w prawie pracy. Wszystkie korekty miały charakter kosmetyczny i trudno nazywać je reformami. Istotnym problemem jest zmiana zasad transferów socjalnych m.in. poprzez objęcie ochroną ubezpieczeniową również rodziców pracujących na umowach zlecenia.
To samo dotyczy wydłużenia urlopów macierzyńskich i przeznaczenia kolejnych kilku miliardów złotych na program wsparcia zakupu mieszkań. Dodatkowo pojawił się pomysł, by państwo budowało czynszówki pod wynajem. Równocześnie nie ma najmniejszej szansy na obniżenie podatków i składek. Można być pewnym, że te ostatnie zwiększą się m.in. na skutek wzrostu przeciętnego wynagrodzenia, którego nie osiąga ok. 70% pracujących Polaków. Dlatego możemy wznieść toast za wychodzenie z małego dołka i powoli szykować się na wpadnięcie do znacznie większego.
Łukasz Piechowiakgłówny ekonomista Bankier.pl





























































