Kredyty walutowe spłacają się świetnie - taki był do tej pory ton wypowiedzi zarówno nadzoru, jak i przedstawicieli środowiska bankowego. Co zatem stało się w ciągu kilku miesięcy, że nagle pojawia się temat planu awaryjnego dla kredytobiorców spłacających zobowiązania hipoteczne?


Zapewne przyczyną nie są ani protesty klientów ani wieści dochodzące z Węgier. Prawdopodobnie nie stoi za tym również nagłe pogorszenie jakości portfela kredytowego - w ostatnich raportach nie widać symptomów gwałtownie narastających kłopotów. Można raczej podejrzewać, że bankowcy widzą na horyzoncie potencjalne skutki wejścia w życie nowej wersji upadłości konsumenckiej.
Przypomnijmy, że prawo przewiduje możliwość ogłoszenia bankructwa przez osobę fizyczną już dziś. Jednak dotychczasowe regulacje były na tyle restrykcyjne, że dłużnicy zwykle nie mieli szans skorzystać z ostatniej szansy. Liberalizacja zasad ogłaszania upadłości oznacza, że kredytobiorcy, którym powinęła się noga będą mogli liczyć na nowy start, a w niektórych przypadkach nawet na natychmiastowe uwolnienie od zaległych długów.
Plan ratunkowy proponowany przez ZBP kierowany jest do osób, które mogą stanowić potencjalną klientelę upadłości konsumenckiej. Mowa jest o dłużnikach, którzy popadli w tarapaty "nie z własnej winy", a więc spełniających warunki pozwalające na ogłoszenie bankructwa. Bankowcy mają nadzieję, że część dłużników będzie wolała wynajmować swoje dotychczasowe mieszkanie niż zaczynać życie od zera. Mają zapewne rację. Jednak w tym przypadku koszty nietrafionych decyzji kredytowych poniosłoby państwo (czyli podatnicy), a nie banki. Za pomoc dla kredytobiorców zapłacilibyśmy zatem wszyscy.




























































