Obecna sytuacja na Bliskim Wschodzie stawia społeczność międzynarodową przed kolejnym poważnym wyzwaniem geopolitycznym. Jednak skutki gospodarcze tego konfliktu mogą wykraczać daleko poza wzrost cen ropy czy rozwój przemysłu zbrojeniowego. W przypadku jego eskalacji, europejski - w tym także polski rynek pracy - może stanąć przed koniecznością niemałej reorganizacji.


Wojna na Bliskim Wschodzie powoduje wiele utrudnień w dostawach ropy i gazu do Europy. To z kolei przekłada się na sytuację ekonomiczną krajów europejskich. Obecny konflikt już podbił ceny ropy i gazu. Tymczasem gwałtowny skok cen surowców może być jednym z głównych katalizatorów przyspieszenia wzrostu kosztów działalności w całej światowej gospodarce, co w efekcie ograniczy zdolność konkurencyjną przemysłu. To z kolei może znacząco wpłynąć na europejski, a co za tym idzie – również polski – rynek pracy.
Cięcie kosztów będzie koniecznością?
Według ekspertów rynku pracy, rosnąca inflacja wywołana wzrostem cen energii i surowców, może odbić się negatywnie na sytuacji zarówno pracowników, jak i pracodawców. Dla tych pierwszych może oznaczać realne spadki siły nabywczej, co z kolei spowodowałoby rosnące oczekiwania płacowe względem pracodawców. Jednocześnie wyższe ceny surowców mogą skutkować zwiększonymi kosztami prowadzenia biznesu – branże energochłonne, jak przetwórstwo stali, segment chemiczny czy cementownie, zmniejszą produkcję lub będą skłonne ograniczać inwestycje. Również firmy produkcyjne i transportowe, w których energia stanowi często znaczącą część kosztów, mogą stanąć w obliczu konieczności zmiany planów inwestycyjnych. To z kolei może prowadzić do zwolnień lub przynajmniej zamrożenia zatrudnienia. Zwiększy się natomiast zainteresowanie efektywnością procesów oraz automatyzacją.
Wzrosną koszty życia, spadną zarobki
Jak twierdzi Natalia Myskova, prezes Smart Solutions HR, choć bezpośrednie skutki konfliktu na Bliskim Wschodzie będą ograniczone dla zatrudnienia, to pośrednie efekty gospodarcze mogą znacznie osłabić rynek pracy.
– Jeśli sprawdzi się czarny scenariusz, będziemy mieć do czynienia z przykrym sprzężeniem zwrotnym, a wręcz błędnym kołem – twierdzi Natalia Myskova, prezes Smart Solutions HR. – Rosnąca inflacja z jednej strony zwiększy koszty życia, które obniżą realne zarobki i zwiększą presję płacową, a z drugiej – zmusi przedsiębiorstwa do ostrożniejszego planowania zatrudnienia, przez co trudniej będzie o podwyżki płac. Co więcej, zapotrzebowanie na pracowników może się znacząco zmniejszyć. Potencjalnie w najtrudniejszej sytuacji mogą znaleźć się branże, których działalność w dużej mierze opiera się na wykorzystywaniu surowców. Z kolei, na zwiększonym popycie na sprzęt i surowce, mogłyby zyskać polski sektor obronny oraz przemysł wydobywczy – dodaje ekspertka.
Dużo zależy od skali i długości konfliktu
Z kolei Paweł Dąbrowski, prezes spółek operacyjnych w Grupie Progres, uważa, że wpływ wojny na polski rynek pracy będzie przede wszystkim pośredni i w dużej mierze uzależniony od skali oraz długości konfliktu, a także od tego, jak silnie zmieni on na ceny energii, handel międzynarodowy i kondycję gospodarki europejskiej.
– Jeśli napięcia będą krótkotrwałe, ich znaczenie dla polskiego rynku pracy pozostanie ograniczone. Natomiast przedłużający się konflikt może pośrednio oddziaływać na sytuację pracodawców i pracowników w Polsce poprzez gospodarkę globalną – mówi Bankier.pl Paweł Dąbrowski. – Najważniejszym czynnikiem są potencjalne wzrosty cen energii i surowców oraz zakłócenia w międzynarodowych łańcuchach dostaw. Dla polskich pracodawców oznacza to przede wszystkim wyższe koszty prowadzenia działalności – szczególnie w sektorach energochłonnych, transporcie czy produkcji. W takich warunkach część firm może podchodzić ostrożniej do inwestycji i rekrutacji, co może spowolnić tempo tworzenia nowych miejsc pracy.
Zdaniem przedstawiciela Grupy Progres, z perspektywy pracowników może to oznaczać większą niepewność w niektórych branżach oraz wolniejsze tempo wzrostu wynagrodzeń.
– Jednocześnie konflikty geopolityczne często zwiększają popyt w sektorach takich jak energetyka, logistyka, cyberbezpieczeństwo czy przemysł obronny, co w dłuższej perspektywie może przełożyć się również na powstawanie nowych miejsc pracy w Polsce – uważa Paweł Dąbrowski.
Specjaliści od OZE nie będą musieli martwić się o pracę?
Napięcia na Bliskim Wschodzie mogą również mieć pozytywny wpływ na rozwój sektora odnawialnych źródeł energii. Mogą stać się impulsem do przyspieszenia inwestycji w alternatywne technologie OZE oraz szybszego wdrażania rozwiązań zmniejszających zależność od paliw kopalnych.
– W obliczu ryzyka energetycznej zależności, transformacja energetyczna nie jest już tylko odległym planem na kolejne dekady. Panele słoneczne, systemy magazynowania energii i infrastruktura elektromobilności stają się kluczowymi komponentami bezpieczeństwa narodowego i odporności gospodarczej. Dlatego branża energetyczna już teraz sygnalizuje, że zapotrzebowanie na specjalistów w sektorze OZE oraz technologii niskoemisyjne w nadchodzących latach może wzrosnąć nawet o 60 - 80 procent – mówi Natalia Myskova.
Według raportu „Renewable Energy and Jobs. Annual Report 2024” Międzynarodowej Agencji Energii Odnawialnej (IRENA), Polska zatrudnia ponad 212 tys. osób w sektorze OZE, a do 2050 roku liczba miejsc pracy może w nim wzrosnąć czterokrotnie. Tymczasem już teraz brakuje instalatorów, projektantów, techników, a także specjalistów ds. zarządzania energią i integracji systemów.
Migranci z Azji przyjadą do Europy?
Według ekspertów efektem geopolitycznych perturbacji może być także przesunięcie globalnych strumieni migracyjnych. Kraje Zatoki Perskiej od lat opierają wiele sektorów gospodarki na pracy imigrantów z Azji Południowej i Południowo-Wschodniej. Gwałtowne zmiany w tym regionie świata mogą skierować znaczną część tej siły roboczej ku Europie. Ich celem mogą być zwłaszcza kraje o rozwijających się gospodarkach i dużych brakach kadrowych.
Zdaniem przedstawicielki Smart Solutions HR, przetasowanie na mapie migracji spowodowane konfliktem na Bliskim Wschodzie może stanowić dla Polski i krajów środkowoeuropejskich szansę na uzupełnienie luk kadrowych w kluczowych sektorach.
– W Polsce już teraz część populacji pracowniczej stanowią cudzoziemcy z Filipin, Indii - po niecałe 11 proc., a także Nepalu - około 8 proc. Jeśli konflikt będzie eskalował, niewykluczone, że udział ten jeszcze się zwiększy lub nawet uzupełni o pracowników innych narodowości, obecnych na bliskowschodnich rynkach pracy, a prawie nieobecnych tutaj, jak obywateli Tajlandii czy Indonezji – uważa Natalia Myskova.
Jej zdaniem taki scenariusz mógłby okazać się pozytywny dla polskiego rynku pracy, gdyż od lat mierzy się on ze spadkiem liczby osób w wieku produkcyjnym, a według prognoz GUS do 2030 roku ubędzie ich około 1,5 mln.
– Jednocześnie pojawiłoby się inne wyzwanie, związane z integracją i adaptacją nowych pracowników z zupełnie innym doświadczeniem kulturowym i zawodowym. Konieczne byłoby też wprowadzenie klarownych i prostych zasad ich legalizacji w ramach otwartej i przemyślanej polityki migracyjnej – dodaje ekspertka.


























































