Pierwszym sygnałem jest depresja na rynku mieszkaniowym. Po wygaśnięciu programu ulg podatkowych sprzedaż nowych domów spadła do najniższego poziomu od lat 60-tych (to najstarsze dostępne dane). Także liczba transakcji na rynku wtórnym zmalała o blisko 30%. Amerykanie nie chcą kupować nieruchomości, mimo że kredyty hipoteczne są najtańsze w historii USA. Stałe oprocentowanie kredytu 30-letniego to zaledwie 4,55%. Mimo to w zeszłym tygodniu liczba wniosków o kredyt na zakup domu była o 38,8% mniejsza niż rok temu i pozostaje na poziomie z połowy lat 90-tych.
Powodów do obaw dostarcza też rynek pracy. Pomimo dodatniej dynamiki PKB w tym roku sektor prywatny co miesiąc generował tylko 50 tysięcy miejsc pracy. W tym tempie do poziomu zatrudnienia sprzed recesji Ameryka wracałaby przez kilkanaście lat. Co gorsza, w sierpniu szybko zaczęła wzrastać liczba podań o zasiłek dla bezrobotnych i w połowie miesiąca po raz pierwszy w tym roku przekraczała poziom 500 tysięcy. Szacuje się, że do spadku stopy bezrobocia co miesiąc Stany Zjednoczone potrzebują około 100 tysięcy nowych miejsc pracy. Tymczasem oficjalna stopa bezrobocia utrzymuje się tuż poniżej 10%. Zatrudnienia w pełnym wymiarze godzin bezskutecznie poszukuje ponad 16% chętnych do pracy Amerykanów.
Tymczasem w drugim kwartale odnotowano nieoczekiwany spadek wydajności pracy. To w połączeniu z wyhamowaniem dynamiki produkcji przemysłowej raczej nie zapowiada silnego wzrostu zatrudnienia. A bez tego nie poprawią się dochody gospodarstw domowych i nie będzie trwałego ożywienia w napędzanej popytem konsumpcyjnym gospodarce USA.
Powagę sytuacji uświadomiła rewizja danych o PKB za drugi kwartał. Anualizowany wynik obniżono z 2,4% do 1,6% wobec 3,7% w pierwszym kwartale. Rezultat był co prawda nieco lepszy od prognoz ekonomistów (1,4%), ale już jego struktura prezentowała się dość nieciekawie. Głównym czynnikiem wzrostu były inwestycje, które wniosły do wyniku aż 2,1 pp. Ale taki rezultat jest nie do utrzymania w obliczu krachu w budownictwie mieszkaniowym oraz zupełnie nieoczekiwanego spadku zamówień na dobra trwałego użytku (w lipcu wydatki te po wyłączeniu środków transportu były aż o 3,8% mniejsze niż w czerwcu). Po odjęciu wpływu cyklicznego przyrostu zapasów oraz wzrostu wydatków rządowych kwartalna dynamika amerykańskiego PKB byłaby bliska zera. Jeśli sytuacja szybko nie ulegnie poprawie, to w trzecim kwartale rynki i ekonomistów może zszokować wynik ujemny.
Niepokój budzi też polityka Rezerwy Federalnej. Amerykański bank centralny uważa, że tempo wzrostu będzie „bardziej umiarkowane” niż wcześniej prognozowano. Fed wznowił też program monetarnego stymulowania gospodarki, co należy odczytywać jako słabość tej ostatniej. Bo przecież wspiera się tylko to, co jest słabe. Szef Rezerwy Federalnej Ben Bernanke widzi tylko jedno rozwiązanie problemów Ameryki: dalszy dodruk dolarów występujący pod szyldem skupu obligacji skarbowych.
Jeśli na ten obraz nałożymy stan finansów publicznych USA, to o optymizm będzie już bardzo trudno. Dług publiczny Stanów Zjednoczonych przekracza 90% PKB, a tegoroczna dziura budżetowa sięgnie 10% PKB. Podobny deficyt planowany jest także na przyszły rok fiskalny. Taki mix skrajnie ekspansywnej polityki fiskalnej i monetarnej jest niemożliwy do utrzymania w dłuższym terminie i tylko przyspiesza nadejście kryzysu jeszcze głębszego niż ten z roku 2008.
Krzysztof Kolany
Analityk Bankier.pl





























































