Japońska giełda osiągnęła najwyższy poziom od 15 lat, a indeks w Hongkongu wystrzelił w kosmos za sprawą strumienia gotówki od inwestorów z „komunistycznych” Chin. Tak wyglądał czwartek w wykonaniu największych giełdowych parkietów w Azji.


Japoński indeks Nikkei225 wzrósł o 0,75%, osiągając wartość 19.937,72 pkt. To najwyższy kurs zamknięcia od kwietnia 2000 roku. Tylko od początku roku giełda w Tokio dała zarobić ponad 14% po tym, jak w ubiegłym roku zyskała 7,1%.
Od października 2012 roku Nikkei225 urósł o 135% napędzany skrajnie ekspansywną polityką monetarną Banku Japonii, który zwiększa podaż pieniądza w tempie 80 bilionów jenów rocznie przy zerowych stopach procentowych. „Nowa” polityka gospodarcza Japonii – od nazwiska premiera Shinzo Abego zwana Abenomiką – nie przywróciła wzrostu gospodarczego, ale wyzwoliła potężną hossę na rynku akcji. Mimo to Nikkei225 nadal musiałby się podwoić, aby wyrównać rekord wszech czasów z grudnia 1989 roku.
Chińska bańka dotarła do Hongkongu
Szansę na rychłe wyrównanie historycznego rekordu z 2007 roku ma za to główny indeks giełdy w Hongkongu. W czwartek Hang Seng wystrzelił o ponad 3% i po zwyżce o 3,8% w środę dosłownie „urwał sufit”, od połowy marca rosnąc o 13,7%.
Tak silna zwyżka cen akcji w Hongkongu to efekt zmasowanego napływu kapitału od inwestorów z „kontynentalnych” Chin, którzy dzięki utworzonemu pod koniec 2014 roku połączeniu giełdy szanghajskiej z hongkońską. Ale dopiero w środę „przepustowość” tego łącza (ustalona przez władze na 10,5 mld juanów dziennie, czyli 1,35 mld USD) została w pełni wykorzystana. A w czwartek dzienny limit został wyczerpany już w połowie sesji!
Chiński rynek akcji – zarówno ten „wewnętrzny” w Szanghaju jak i „eksportowy” w Hongkongu – nosi pełne znamiona bańki spekulacyjnej. Na rynek trafiają „inwestorzy” legitymujący się ledwie podstawowym wykształceniem (w sensie: zdążyli ukończyć tylko podstawówkę. Tacy stanowili jedną czwartą nowych inwestorów). Tylko w ostatnim tygodniu marca w Chinach otwarto 1,7 mln rachunków maklerskich, czyli o 49% więcej niż tydzień wcześniej. W marcu chiński „akcjonariat obywatelski” powiększył się o 4 mln głów. To tak, jakby za inwestowanie na giełdzie zabrali się wszyscy mieszkańcy Warszawy, Krakowa, Łodzi i Wrocławia.
Akcje kupowane są coraz częściej na kredyt – chińscy inwestorzy pożyczyli już ponad 200 mld juanów (32,2 mld USD). Niedoświadczeni inwestorzy kupują przede wszystkim akcje spółek groszowych (bo są „tanie”), a chińskie spółki technologiczne wyceniane są na... 220-krotność raportowanych zysków, czyli wyżej niż Nasdaq w szczycie bańki internetowej. Chiński rynek akcji bardziej przypomina GPW z roku 1993. Krach wydaje się już nieunikniony. Tylko nikt nie wie, jakie poziomy chiński rynek może osiągnąć, zanim bańka pęknie.































































