Premier Donald Tusk zadeklarował, że „nie przyjmie warunków gry” ws. nominacji ambasadorów, w której miałby się zgodzić na oddanie prezydentowi części konstytucyjnych kompetencji MSZ i rządu. Dodał, że jeżeli Karol Nawrocki ma zarzuty wobec konkretnego kandydata, to może odmówić podpisu i wytłumaczyć dlaczego.


W piątek podczas briefingu prasowego po szczycie unijnym w Brukseli Tusk został zapytany, czy spotka się z prezydentem Karolem Nawrockim ws. obsadzenia stanowisk ambasadorskich. Prezydent powiedział w opublikowanym we wtorek wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”, że jest gotów wrócić do rozmów w sprawie ambasadorów. Zaznaczył jednak, że nie zamierza negocjować z szefem MSZ Radosławem Sikorskim, lecz chce rozmawiać z jego przełożonym - premierem Tuskiem. Powiedział też, że w polskich placówkach spotyka „świetnych dyplomatów”, ale nie podpisze ich nominacji, bo chce „rozwiązać problem systemowo”.
- Ja na pewno nie przyjmę tych warunków gry, które polegają na tym, że: „spróbujmy zrobić, że trochę naruszymy konstytucję, trochę kompetencji oddamy prezydentowi, których on nie ma” - powiedział premier.
- Minister spraw zagranicznych jest zobowiązany do nominowania kandydatów na ambasadorów, to wymaga także mojej zgody i mojego podpisu, i wymaga też podpisu prezydenta. Nie ma w konstytucji ani żadnej ustawie nawet najmniejszej wzmianki, że ma być jakaś pula (ambasadorów - PAP) dla prezydenta, dla jego kolegów, że on będzie miał połowę, a rząd połowę. To jest absurd i na pewno na to się nie zgodzę - zaznaczył Tusk.
Jak mówił, jeżeli prezydent ma jakieś konkretne zarzuty wobec konkretnego kandydata na ambasadora, to „może odmówić podpisu i niech wytłumaczy dlaczego”. - Ale na pewno nie może przejmować kompetencji, które w konstytucji są bardzo jasno określone. Trzeba by zmienić konstytucję i ponownie wygrać wybory, jeśli pan Nawrocki marzy o takim trumpowskim modelu prezydentury - powiedział Tusk.
- Na razie mamy parlamentarną republikę z rządem w roli głównej - dodał.
Zgodnie z art. 39 ustawy o służbie zagranicznej ambasadorzy są powoływani i odwoływani przez prezydenta na wniosek ministra spraw zagranicznych, zaakceptowany przez szefa rządu.

Spór na linii MSZ-prezydent dotyczący nominacji ambasadorskich trwa od ponad dwóch lat. W marcu 2024 r. minister Sikorski zdecydował, że ponad 50 ambasadorów zakończy misję, a kilkanaście kandydatur - zgłoszonych do akceptacji przez poprzednie kierownictwo resortu - zostanie wycofanych. Ówczesny prezydent Andrzej Duda podkreślał, że „nie da się żadnego ambasadora polskiego powołać ani odwołać bez podpisu prezydenta”.
W miejsce ambasadorów, którzy opuścili placówki, ale nie zostali wówczas formalnie odwołani przez prezydenta, trafili wskazani przez MSZ dyplomaci niemający statusu ambasadorów; są w randze chargé d'affaires.
Po objęciu prezydentury przez Karola Nawrockiego spór dotyczący nominacji ambasadorskich trwa. Prezydent sprzeciwia się w szczególności nominowaniu na ambasadorów obecnego szefa placówki w Waszyngtonie Bogdana Klicha oraz Ryszarda Schnepfa, chargé d'affaires we Włoszech.
Na początku września prezydent Nawrocki powiedział, że „było bardzo blisko” porozumienia z resortem spraw zagranicznych ws. nominacji ambasadorskich. Dodał, że porozumienie zostało wypracowane, ale „jakiś ze zwierzchników” szefa MSZ zadecydował, że porozumienia z prezydentem nie mogą być realizowane.
Szef MSZ pytany wtedy, czy rzeczywiście porozumienie ws. nominacji ambasadorskich zostało zablokowane i z czego to ewentualnie wynikało, powiedział, że „nie ma potrzeby żadnego porozumienia, ustawa mówi, że prezydent powołuje ambasadora na wniosek ministra spraw zagranicznych”, który zawiera zgodę kandydata, opinię kontrwywiadu, zgodę sejmowej komisji spraw zagranicznych i zgodę państwa przyjmującego.
Wicepremier Sikorski powiedział wówczas, że „prezydent na swoim ma 46 tak przygotowanych wniosków, i pan prezydent może jeszcze dziś siąść przy biurku i je podpisać”. Dodał, że to prerogatywa, „ale i obowiązek”. (PAP)
mml/ iwo/ sdd/




























































