Porównania samej tylko stopy zwrotu, jakie spotyka się powszechnie w polskiej prasie są niedostateczne. Inwestorów na całym świecie charakteryzuje bowiem niechęć do ryzyka, która sprawia, że fundusze o jednakowej stopie zwrotu mają dla inwestora odmienną użyteczność, jeśli różnią się ryzykiem. Lekceważenie, jakie wykazują niedoświadczeni inwestorzy dla kwestii ryzyka funduszu bierze się z podświadomej nadziei, że uda się wycofać pieniądze z ryzykownego funduszu w razie nagłego spadku na giełdzie. Tymczasem taka nadzieja jest niczym nie uzasadniona, ponieważ przewidywanie przyszłych ruchów rynku jest niemożliwe, a ceny akcji to tylko nieprzewidywalny szum. Dlatego nie należy ograniczać się jedynie do maksymalizacji zysku przynoszonego przez fundusz, ponieważ nieuchronnie zwiększony zysk w okresie hossy okupiony będzie zwiększoną stratą w okresie bessy (symetria zysków i strat to właśnie istota ryzyka). Koniecznie trzeba docenić te z funduszy, które lepiej zabezpieczają przed stratą, a nie tylko oferują największy dochód. Spotykane czasem próby porównywania funduszy w obrębie kilku grup ryzyka: np. agresywnych, zrównoważonych i rynku pieniężnego są niewystarczające nawet w polskich warunkach, ponieważ różnice w poziomie ryzyka funduszy z tej samej grupy są w stanie istotnie zmienić kolejność preferencji inwestora. Wraz z rozwojem polskiego rynku kapitałowego należy spodziewać się wzrostu rozpiętości ryzyka funduszy, być może nawet do poziomu spotykanego w USA, gdzie najbezpieczniejszy fundusz zrównoważony ma ryzyko 10-krotnie niższe niż najbardziej ryzykowny fundusz akcji (0,3 vs. 3,0). Błędne są także próby porównywania funduszy z indeksem giełdowym, ponieważ systematycznie niedoszacowuje się w ten sposób efektywność funduszy, których ryzyko jest niższe niż ryzyko indeksu (w warunkach polskich jest tak na razie dla wszystkich funduszy).