REKLAMA
Stawka jest wysoka, a ryzyko zerowe! Rusza gorąca rywalizacja Wakacje na giełdzie

    Jeśli nie bon edukacyjny, to co?

    2007-12-14 06:00
    publikacja
    2007-12-14 06:00
    Sprawa związana z wprowadzeniem – być może już od przyszłego roku – bonu edukacyjnego do polskiego systemu oświaty zdążyła już spolaryzować znaczną część polskiego społeczeństwa. W prowadzonych dyskusjach zwolennicy wymieniają same zalety takiego rozwiązania, podczas gdy przeciwnicy wskazują wyłącznie na jego wady. Jedynie w czym się razem zgadzają to, to że stan polskiej oświaty jest opłakany i należy coś z tym zrobić.

    Współcześnie kapitał ludzi jest postrzegany jako jeden z najistotniejszych czynników rozwoju gospodarczego w wielu krajach na świecie. To on jest dziś gwarantem i jednocześnie wyznacznikiem poziomu dobrobytu, takich państw jak: Stany Zjednoczone, Japonia czy Wielka Brytania. Nie ulega też żadnej wątpliwości, że jego rozwój w dużej mierze uzależniony jest od dobrego i efektywnego systemu edukacji, który dostarcza do gospodarki odpowiednio wykształconą i wykwalifikowaną siłę roboczą.

    Nie można jednak stworzyć dobrego systemu edukacji bez zapewnienia mu odpowiednich źródeł finansowania. Brak bowiem pieniędzy w tym obszarze prowadzi nie tylko do spadku jakości kształcenia, ale także przyczynia się do powiększenia luki ekonomicznej pomiędzy krajami bogatymi i biednymi. W Polsce społeczeństwo zdążyło się już przyzwyczaić do tego, że system oświaty boryka się z permanentnym brakiem środków finansowych, a kolejne rządy nadal poszukują rozwiązań, które dałyby gwarancję zmiany istniejącego stanu rzeczy.

    Tym razem uniwersalnym panaceum na poprawę finansową polskich szkół, w tym i całego systemu oświaty ma się rzekomo stać idea wprowadzenia bonu edukacyjnego. Czy należy zatem oczekiwać, że wcielenie tej idei w życie okaże się skutecznym sposobem na rozwiązanie finansowych problemów oświaty? Czy raczej będzie tak, że zamiast poprawy bieżącej sytuacji przyjdzie nam znowu zmierzyć się z kolejną niedoskonałą reformą?

    Obecnie w Polsce wielkość środków finansowych przyznawanych szkołą z budżetu państwa jest skalkulowana w oparciu o liczbę klas i zatrudnionych nauczycieli. Ale sytuacja ta ma ulec zmianie w momencie, kiedy władze naszego kraju zdecydują się na wprowadzenie bonu edukacyjnego. Idea tego rozwiązania jest niezwykle prosta. Chodzi o to, aby pieniądze - w postaci bonu - „podążały” za uczniem.

    To oznacza, że szkoła która przyciągnie do siebie większą liczbę uczniów będzie także miała większe środki na swoje funkcjonowanie. I pomimo, że sam pomysł na pierwszy „rzut oka” wydaje się być racjonalny i ze wszech miar potrzeby, to jednak bardzo szybko doprowadził on do podziału społeczeństwa na jego zwolenników oraz jego przeciwników.

    Korzyści

    Koncepcja bonu w sposób bezdyskusyjny wpłynie na zwiększenie stopnia konkurencyjności pomiędzy szkołami. Na rynku edukacyjnym rację bytu będą miały tylko te szkoły, które będą oferować wysoką jakość kształcenia oraz te które będą posiadały atrakcyjny program edukacyjny. To będzie także zmuszało zatrudnionych w szkole nauczycieli do ciągłego podnoszenia swoich kwalifikacji. Albowiem to ich przygotowanie oraz sposób prowadzenia przez nich zajęć będzie decydował o merytorycznej jakości kształcenia w tej szkole.

    Tym samym oznacza to eliminowanie nauczycieli słabych i niedostatecznie przygotowanych do tego zawodu. Dodatkowo zacznie obowiązywać zasada, że dobry nauczyciel będzie zarabiał znacznie lepiej, niż jego – zazwyczaj słabszy – kolega. Co więcej, rodzice będą mieli realny wpływ na szkołę i będą mogli decydować o jej przyszłości, ponieważ w zależności od tego gdzie ich dzieci zostaną wysłane, to ta szkoła będzie otrzymywała z tego tytułu pieniądze.

    Finansami szkoły natomiast będzie zarządzał bezpośrednio jej dyrektor, który w sposób bardziej racjonalny – aniżeli czynili to dotychczas urzędnicy państwowi – będzie mógł je wydawać i lokować w stosowne przedsięwzięcia. Za swoją zaś działalność będzie on odpowiadał przed rodzicami, którzy de facto będą finansować naukę swoich pociech i od których decyzji będą zależeć dalsze losy szkoły.

    Wreszcie bon edukacyjny poprawi sytuację finansową szkół. Wysoki poziom kształcenia będzie przyciągał do szkoły uczniów a wraz z nimi pieniądze, dzięki którym system oświaty stanie się bardziej rentowny, aniżeli miało to miejsce dotychczas. Zmniejszeniu ulegnie także „luka edukacyjna”, jaka dziś istnieje pomiędzy dobrymi i słabymi szkołami, szczególnie w układzie: wieś – miasto.

    Obawy

    Podstawowa obawa dotycząca wprowadzenia bonu edukacyjnego wiąże się z faktem zamknięcia niewielkich szkół na obszarach wiejskich czy też peryferiach dużych miast, co będzie powodowane wzrostem konkurencyjności w obrębie oświaty. Likwidacja szkół zmusi więc wielu uczniów do pokonywania znacznie dłuższych dystansów, niż ma to miejsce w chwili obecnej.

    Jednocześnie rodzi to obawy rodziców o bezpieczeństwo swoich dzieci na drodze: dom – szkoła – dom. Powstaje także realne zagrożenie związane z przepełnieniem się samych szkół, co w konsekwencji doprowadzi do pogorszeniem się warunków w jakich miałaby się odbywać nauka. W związku z tym ucierpieć na tym może opinia szkoły czego finalnym efektem może być brak zainteresowania rodziców i ich dzieci jej ofertą – a to prędzej czy później musi prowadzić do jej likwidacji.

    Pomimo, że bon edukacyjny cieszy się dużym zainteresowaniem wielu rządów na świecie, bo przemawia za nim ekonomiczna racjonalność, to jednak – ku mojemu również zdumieniu – nie został on jeszcze nigdzie wprowadzony jako rozwiązanie systemowe w obrębie edukacji i oświaty. Nawet Stany Zjednoczone – gdzie owa idea się narodziła – są dopiero na etapie eksperymentowania tego rozwiązania, a bon edukacyjny został wprowadzony zaledwie w dwóch spośród pięćdziesięciu stanów.

    Czy to może zatem oznaczać, że w praktyce pomysł się ten nie sprawdza? Tak, nie sprawdza się! – tak przynajmniej twierdzi dr Antoni Jeżowski -specjalista w zakresie finansowania oświaty w Polsce. Jego zdaniem nie bon edukacyjny, ale uproszczenie obowiązujących w Polsce przepisów prawa jest gwarantem poprawy sytuacji finansowej w obrębie oświaty. Władze lokalne same doskonale poradziłyby sobie z rozwiązaniem problemów finansowych w szkołach, którymi zarządzają.

    Jednakże muszą mieć do tego odpowiednie uprawnienia. Dzisiaj jest tak, że „ich ręce” w dużej mierze związane są różnego rodzaju przepisami ustaw i rozporządzeń, które nie odpowiadają współczesnej szkole. Czy w roku 2009 rząd zdecyduje się na wprowadzenie bonu edukacyjnego, to jeszcze nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że jeśli nie zrobimy czegoś w systemie oświaty, nie dokonamy istotnych zmian w jej funkcjonowaniu, to nadal będziemy mogli zadowalać się jedynie marnością polskich szkół i oferowanego przez nie wykształcenia.

    Zasadne zatem wydaje się być pytanie: Jeśli nie bon edukacyjny, to co?

    Bartosz Niedzielski
    Źródło:
    Tematy
    Ranking najtańszych kont firmowych dla JDG z premią dla aktywnych – czerwiec 2026 r.
    Ranking najtańszych kont firmowych dla JDG z premią dla aktywnych – czerwiec 2026 r.

    Komentarze (12)

    dodaj komentarz
    ~felicjan
    Przede wszystkim zszokowała mnie wypowiedź "targela" i przytoczę ( z wielkim rozczarowaniem) na jego temat obrzdliwe powiedzonko sprzed wielu lat " Pan Bóg Ciebie stworzył i za rogiem się śmiał". Jeną trzecią kosztów na edukację zaoszczędzonoby wracając do poprzednich doświadczeń czyli: likwidując gimnazja ( Przede wszystkim zszokowała mnie wypowiedź "targela" i przytoczę ( z wielkim rozczarowaniem) na jego temat obrzdliwe powiedzonko sprzed wielu lat " Pan Bóg Ciebie stworzył i za rogiem się śmiał". Jeną trzecią kosztów na edukację zaoszczędzonoby wracając do poprzednich doświadczeń czyli: likwidując gimnazja ( z korzyścią dla wychowania uczniów - likwidując skupiska młodzieży w bardzo głupim wieku), Młodzież traci rok przygotowując się do testów w Szkole Podstawowej - VI klasa oraz III klasa gimnazjum - to samo. Szkoła średnia w obecnej sytuacji to są dwa lata nauki a w kl.III ponownie przerabianie testów przed matutą. Ten system jest chory.Tu należałoby szukać dużych pieniędzy..
    ~Jakmarek
    Państwo ma konstytucyjny obowiązek zapewnić odpowiednią edukację i odpowiednie środki na nią. Dotyczy to szkół samorządowych i państwowych wszystkich szczebli. Jeżeli ktoś chce, żeby jego dziecko uczęszczało do lepszej szkoły, miało dodatkkowe zajęcia to posyła je do szkoły prywatnej i płaci za naukę w tej szkole. Musi jednak mieć Państwo ma konstytucyjny obowiązek zapewnić odpowiednią edukację i odpowiednie środki na nią. Dotyczy to szkół samorządowych i państwowych wszystkich szczebli. Jeżeli ktoś chce, żeby jego dziecko uczęszczało do lepszej szkoły, miało dodatkkowe zajęcia to posyła je do szkoły prywatnej i płaci za naukę w tej szkole. Musi jednak mieć świadomość, że rezygnuje z nauki w szkole pąństwowej, samorządowej , a tym samym ze środków finansowych łożonych przez państwo. W innym przypadku będziemy mieli getta ludzi zamożnych których stać na dodatkowe finansowanie nauki swojego dziecka i tych których na taką naukę nie stać. nie ma więc tu mowy o równym starcie.
    Taki system funkcjonuje już przecież w ochronie zdrowia. Każdy płaci składkę zdrowotną i państwo zapewnia opiekę zdrowotna w zakresie najki wystarcza środków, jeżeli mnie stać to korzystam ze służby zdrowia prywatnej - nikt nie zwraca zamnie łożonych składek do NFZ.
    ~felicjan
    jeżeli szkolnictwo wyglądać ma tak jak służba zdowia w naszym kraju to współczuję pomysłu
    ~ola
    Mieliśmy już jedną reformę, w której pieniądze "podążały za .... pacjentem". Jej efektów boleśnie doświadczamy. Więc "jeśli Polak przed i po szkodzie głupi" zafundujmy sobie kolejną.
    ~Nie kombinować
    Niech Tuzek tak jak Buzek nie wymyśla koła i nie robi reform wymyślonych przez wykształciuchów (żadna z czterech Buzkowych reform wymyslonych przez fachowców z UW i KLD nie rozwiązała problemu tylko zdjęła odpowiedzialność z decydentów - po dziesięciu latach od rozpoczęcia reform szpitale nadal się zadłużają a lekarze słabo zarabiają,Niech Tuzek tak jak Buzek nie wymyśla koła i nie robi reform wymyślonych przez wykształciuchów (żadna z czterech Buzkowych reform wymyslonych przez fachowców z UW i KLD nie rozwiązała problemu tylko zdjęła odpowiedzialność z decydentów - po dziesięciu latach od rozpoczęcia reform szpitale nadal się zadłużają a lekarze słabo zarabiają, emerytury cały czas są obniżane, administracja się rozrasta a gimnazja są do d... i poziom nauczania obniża się i brak jest fachowców ze szkół zawodowych i techników).
    A wystarczy wysłać kilku ludzi do Finlandii i zobaczyć jak tam jest zorganizowany system edukacyjny i bez pomocy naszych speców od wszystkiego po prostu go skopiować.
    ~Wujek Dobra Rada
    Najpierw trzeba pozbyc sie karty nauczyciela dajacą ochronę miernym nauczycielom mianowanym i dyplomowanym. potrzebne jest systemowe rozwiazanie dajace mozliwosc pozbycia sie owych miernot, które nierzadko wiedza mniej niz sam uczen. Moj siostrzeniec kasuje babke z historii i informatyki faktami i pojeciami o ktorych oni nie maja Najpierw trzeba pozbyc sie karty nauczyciela dajacą ochronę miernym nauczycielom mianowanym i dyplomowanym. potrzebne jest systemowe rozwiazanie dajace mozliwosc pozbycia sie owych miernot, które nierzadko wiedza mniej niz sam uczen. Moj siostrzeniec kasuje babke z historii i informatyki faktami i pojeciami o ktorych oni nie maja pojecia. A wystarczyłoby sie tylko dokształcić albo najnormalniej doczytac. Szkoda gadac. Szkoła nie uczy samodzielnego myślenia ani nie przygotowuje do dorosłego życia. Pytam po co w gimnazjum pojecia z biologii które ciezko wymówic. Mowi sie że polskie dzieci, ktore pojechały do stanów są wybitne. Oki tylko, że z wiedzy ogólnej. A jak ktoś wie wszystkiego po trochu to nic nie wie. No cóż mamy taki system edukacyjny na jaki zasłużyliśmy. Potrzeba jeszcze pokolenia żeby to zmienic. Pozdrawiam wszystkich ambitnych.
    ~Sally Brow
    To o zaginaniu nauczycielki przez siostrzeńca to wiesz od niego czy byłeś na lekcji? Mój siostrzeniec tez mi mówił, że siwtnie sie uczy tylko potem jedynki przynosił. Pewnie nauczycielka sie na niego uwzięła.
    ~trele
    Gdyby w Polsce były bony edukacyjne od 1998r. (program AWS-UW), to już dawno nie byłoby szkół zawodowych! Dopiero w ostatnim czasie następuje powrót uczniów do takich szkół. Bez pieniędzy przez te lata już dawno by zniknęły.
    Każdy widzi, że trend kształenia ogółnego, w który wpadli rodzice(!), z pomocą rządu i propagandy, okazał
    Gdyby w Polsce były bony edukacyjne od 1998r. (program AWS-UW), to już dawno nie byłoby szkół zawodowych! Dopiero w ostatnim czasie następuje powrót uczniów do takich szkół. Bez pieniędzy przez te lata już dawno by zniknęły.
    Każdy widzi, że trend kształenia ogółnego, w który wpadli rodzice(!), z pomocą rządu i propagandy, okazał się szkodliwy dla uczniów i gospodarki. Brakuje młodych, którzy zostaną kiedyś fachowcami. To są zmiany, które nizwykle trudno odwrócić. To, że przez te lata "zawodówki" świecące pustkami kulały jakoś dzięki obecnemu systemowi dopłat uratowało resztki szkolnictwa zawodowego.
    Gmina nie otworzy ponownie szkoły, która została już sprzedana np. na biurowiec. A zatem dużo szkół, kadry i profili kształcenia bezpowrotnie zniknie. A który prywaciarz zdecyduje się na taką inwestycję, jeśli konkurencją będą szkoły z gotowym zapleczem, nieruchomościami i lokalizacją.

    Problemem w szkole jest brak kompetencji (a jednocześnie odpowiedzialności) dyrektora. Dyrektor ma uprawnienia w gruncie rzeczy pedagogiczne, a nie administracyjno-finansowe (menedżerskie). Konkurecja między szkołami obecnie istnieje, tylko nie ma weryfikacji kadry.
    Bon jest dobrym pomysłem na premiowanie dobrych szkół i dobrych nauczycieli dodatkowymi środkami, ale nie może decydować o bycie szkoły.

    Skutek bonów będzie taki, że część szkół zostanie zamknięta, w klasach będzie się tłoczyć 35 uczniów na 2 zmiany, a nauczyciele dostaną kilkaset złotych podwyżki albo drugi etat. Jakoś nie widzę, aby to było uzdrowienie polskiego szkodnictwa.
    targel
    Nic. Każdy niech na swoje pociechy zarobi. Nie stać go, to niech nie płodzi. Nie płodzę, nie funduję nikomu żadnych bonów
    ~Michał
    Wg mnie pomysl jest bardzo kiespki uczniowie nie beda szukac lepszej edukacyjnie szkoły tylko tak jak teraz szkoły która jest łatwa do ukończenia tak zrobi wiekszość ci ambitniejsi poszukają szkoły bardziej trzymającej poziom. Jednakźe szkoła "łatwiejsza bedzie miała wiecej pieniedzy niż ta która ma wysoki poziom bo wiecej uczniów Wg mnie pomysl jest bardzo kiespki uczniowie nie beda szukac lepszej edukacyjnie szkoły tylko tak jak teraz szkoły która jest łatwa do ukończenia tak zrobi wiekszość ci ambitniejsi poszukają szkoły bardziej trzymającej poziom. Jednakźe szkoła "łatwiejsza bedzie miała wiecej pieniedzy niż ta która ma wysoki poziom bo wiecej uczniów paranoja. Znów socjalizm sie kłania nie może być wszystkim po równo nie da rady trza pomyśleć jak to rozwiązać optymalnie a nie po równo znaczy sprawiedliwie koszt kształcenia w technikum jest inny niż w liceum na wsi inny niż w mieście itd. Bony w polskim wykonaniu nie sprawdzą sie szczególnie, że nikt nie pomyśli o jakimkolwiek pilotarzu np choćby na jakiś 100 szkołach zwykłych z danego obszaru przez minimum 10 lat i dopiero reforma. I bedzie tak jak z gimnazjami wprowadzili a teraz no to jednak do bani działa i co z tym teraz zrobić ???

    Powiązane: Dzieci

    Polecane

    Najnowsze

    Popularne

    Ważne linki