|
| Wojciech Białek przekonuje o tym, że historia lubi się powtarzać. foto: Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych, 28.11.2009 r. Władysławowo |
W dłuższej perspektywie, zarzewiem następnego krachu może być, zdaniem Marka Rogalskiego analityka z DM BOŚ, dolar, który zajął pozycję jena jako waluty stosowanej do „carry trade“ (pożyczanie kapitału na niski procent i inwestowanie go w walucie wysoko oprocentowanej). Wzrost stóp procentowych w Stanach sprawi, że jen odzyska swoją pozycję kosztem dolara, a to spowoduje wycofywanie ogromnego kapitału z rynku, co może doprowadzić do załamania i efektu domina.
Tymczasem zdaniem analityka, który przewidział poprzedni krach, tegoroczne wzrosty zawierają w sobie już zdyskontowane polepszenie danych makroekonomicznych, nawet do 2011 r. W związku z tym najpewniejszym scenariuszem długoterminowym jest konsolidacja, w którą weszły już wszystkie segmenty polskiego rynku giełdowego, poza „blue chipami“, gdzie wzrost cen najpłynniejszych walorów napędzają zachodni inwestorzy.
W krótkiej perspektywie, zdaniem Rogalskiego, zobaczymy „defekt stycznia“, spowodowany korektą na światowych rynkach. Do tego czasu jednak ceny ryzykownych aktywów takich jak akcje, surowce i towary powinny nadal rosnąć.
Na tym tle ciekawie wygląda sytuacja polskiej waluty, która z jednej strony zyskuje dzięki stosunkowo dobrej kondycji polskiej gospodarki, z drugiej narażona jest na deprecjacyjne ciosy zagranicznych inwestorów. Ponieważ złoty jest najpłynniejszą walutą regionu używana jest w tzw. „proxy hedge“ – inwestorzy chcąc zwiększyć ekspozycję na region kupują złotego. Jednak gdy gospodarki nadbałtyckie, czy wschodnioeuropejskie pokażą słabsze dane makroekonomiczne, to właśnie z rynku złotego będzie wycofywany kapitał.
Marek Rogalski prognozuje, że na koniec tego roku dolar będzie kosztował 2,70 PLN a euro 4,08 PLN. Na koniec pierwszego kwartału 2010 r. analityk przewiduje skokowe osłabienie złotego do poziomów 3,10 PLN za dolara i 4,40 PLN za euro. Na zakończenie 2010 r. te wartości mają jednak wynosić odpowiednio 2,56 PLN i 4,00 PLN.
Co ciekawe, zarówno Marek Rogalski, jak i inni analitycy wypowiadający się w czasie konferencji Profesjonalny Inwestor nie wierzą w „historyjkę“ o tym, że ceny złota napędzane są strachem przed przyszłą inflacją dolara. Zdaniem Rogalskiego wzrost kruszcu wynika ze spekulacji opartej na carry trade. Zdaniem Jacka Tyszko z DM BOŚ, wzrost cen złota jest naturalną konsekwencją niskich stóp FED i słabnącego dolara. Wojciech Białek z CDM Pekao zwraca uwagę, że jeżeli przeanalizujemy złoto pod kątem teorii fal Eliota, to okaże się, że kurs znajduje się już w piątej fazie cyklu i mimo, że jest to początek tej fali, oznacza to że dłuższa perspektywa dla złota nie jest tak optymistyczna jak się powszechnie uważa. Wszyscy analitycy zwracają uwagę na to, że hossa trwa na rynku złota wycenianego w dolarach. Polscy inwestorzy, powinni brać pod uwagę różnice kursowe.
W przeciwieństwie do rynku złota, ropa naftowa i miedź rosną bez zainteresowania mediów – zwracają uwagę analitycy. W przypadku „czarnego złota“ jego cena ma bardzo duże przełożenie na gospodarkę. Wg wyliczeń Przemysława Kwietnia, głównego ekonomisty XTB, cena ropy odpowiada za 4 proc. światowego PKB. Tymczasem Wojciech Białek zwraca uwagę na ryzyko wystąpienia w najbliższej przyszłości konfliktu zbrojnego na dużą skalę, co przyspieszyłoby wzrost cen ropy. Jednak jeżeli nic takiego nie nastąpi, w najbliższej przyszłości, bez znacznej poprawy sytuacji w światowej gospodarce nie należy oczekiwać szalonego rajdu cen surowców, ponieważ teoria decoupling (zakładająca, że rynki wschodzące mogą kreować popyt m.in. na surowce mimo słabnącej gospodarki USA) nie sprawdza się w praktyce.
Komentując sytuację na warszawskiej giełdzie analitycy zwracają uwagę na jej powiązanie z zagranicznymi rynkami, a zatem tam należy poszukiwać ewentualnych zagrożeń odwrócenia trendu. Zdaniem Przemysława Kwietnia istnieją obecnie trzy czynniki, które mogą stwarzać zagrożenie dla prowzrostowej koniunktury. Po pierwsze: zmienność – duże wahania cen są symptomatyczne dla okresów odwrócenia trendu – jeżeli inwestorzy zaobserwują taką sytuację, powinni ograniczać ekspozycję na rynkach ryzykownych aktywów. Po drugie: indeks ISM (mierzy aktywność w amerykańskim sektorze wytwórczym) jest bliski przegrzania, co może świadczyć o zbliżającym się okresie pogorszenia koniunktury. Po trzecie: zbyt długo utrzymywane niskie stopy procentowe, które w efekcie zaowocują "napompowaniem" wszystkich możliwych ryzykownych aktywów. Późniejszy wzrost stóp wycofa znaczną ilość pieniędzy z rynków akcji i towarów doprowadzając nawet do jego krachu.
W opinii Marka Rogalskiego z DM BOŚ, polscy inwestorzy powinni zapomnieć o takiej skali wzrostów do jakich przyzwyczaiły nas ostatnie miesiące. – Jeżeli zrobimy prostą ekstrapolację obecnego trendu, okaże się że za 7-8 miesięcy WIG20 osiągałby 4500 pkt. A na to się chyba nie zanosi – argumentował analityk.
Jacek Tyszko z DM BOŚ uważa, że sytuacja inwestorów giełdowych, mimo pokonywania przez indeksy kolejnych szczytów nie jest zła. Analityk nie widzi realnego ryzyka wystąpienia dużej podaży akcji. Na rynek płynąć będzie wciąż świeża gotówka w postaci środków z TFI i OFE, a bez zmian prawnych regulacji, te drugie inwestować będą niemal wyłącznie w polskie aktywa. Do tego stopy procentowe na całym świecie, będą raczej niemrawo podnoszone, ponieważ banki centralne zaczęły dbać o wzrost gospodarczy i wierzą że słaba waluta, a więc konkurencyjny eksport może wyciągnąć je z fazy spowolnienia.
Bardzo dokładny scenariusz rynkowy rysuje Wojciech Białek z CDM Pekao. Jego zdaniem w najbliższym czasie czeka nas jeszcze jeden silny impuls wzrostowy, a potem silna korekta, która będzie odbiciem tąpnięcia z maja 2006 r. W dłuższej perspektywie dla hossy zagrożeniem będzie słabnący dolar. Jak żartował analityk, aby podtrzymać wzrost cen, byki powinny przejąć władzę w Japonii i skłonić tamtejszych decydentów do zmiany polityki z deflacyjnej na inflacyjną. "Wykurzyłoby to" ogromny kapitał zamrożony w Japońskich rezerwach, który musiałby szukać lepszego miejsca do ochrony swojej wartości i być może zasiliłby światowe rynki.
Popularne jeszcze na początku roku stwierdzenie, "cash is king" stało się nieaktualne i inwestorzy, którzy przespali okazje do zakupów stoją dziś przed dużym dylematem. Analityk wskazywał na humorystyczny komentarz do tej sytuacji, przywołując popularną w Internecie przeróbkę sceny z filmu "Upadek", w którym Adolf Hitler dowiaduje się, że sprzedał wszystkie aktywa w lutym i "teraz gdy Obama drukuje więcej pieniędzy niż Zimbabwe siedzi na stercie cholernej gotówki" (napisy w jęz. angielskim):
Analitycy DM BOŚ, CDM Pekao i XTB-Brokers przedstawili swoje prognozy dla rynków w czasie konferencji Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych Profesjonalny Inwestor. W tym roku oprócz dyskusji o bieżącej sytuacji rynkowej uczestnicy mogli jak zawsze podnieść swoje kwalifikacje w dziedzinie analizy technicznej i fundamentalnej. Nie zabrakło również wykładów na temat możliwości inwestycyjnych jakie stwarzaja obecnie rynek Catalyst, forex oraz egzotyczne rynki i niestandardowe klasy aktywów. Konferencja trwała w dniach 27 – 29 listopada we Władysławowie.
Jarosław Ryba / Bankier.pl
























































