56 proc. Brytyjczyków zagłosowałoby dziś za odwróceniem brexitu, a 30 proc. chciałoby pozostać poza UE – to wyniki sondażu opublikowanego w sobotę przez dziennik „Independent”. Gazeta podkreśla, że poparcie dla powrotu rośnie w kontekście dyskusji o Unii, która rozpoczęła się w ostatnich tygodniach w Wielkiej Brytanii.


W porównaniu do majowego sondażu liczba zwolenników powrotu do UE wzrosła o 4 pkt. proc. Liczba przeciwników spadła natomiast o 3 pkt. proc.
W grupie badanych deklarujących, że prawdopodobnie zagłosowaliby w ewentualnym nowym referendum, rezultaty okazały się jeszcze korzystniejsze dla zwolenników Unii, którzy mieliby przewagę 63 do 34 proc. Według sondażu powrotu chciałoby 73 proc. badanych w wieku poniżej 35 lat.
Jak poparcie dla odwołania brexitu wiąże się z sympatiami politycznymi? Chciałoby tego 77 proc. tych, który w ostatnich wyborach głosowali na Partię Pracy i 31 proc. wyborców konserwatywnych. Co więcej, „tak” powrotowi do Unii powiedziałoby teraz 16 proc. zwolenników antyunijnej Reform UK Nigela Farage'a.
Ipsos Mori przebadało reprezentatywną grupę 1109 dorosłych Brytyjczyków pomiędzy 15 i 22 października.

Ekonomiczny kac po brexicie
Sondaż ukazał się w czasie, gdy w Królestwie powróciła debata na temat Unii Europejskiej i brexitu.
Poparcie dla odwrócenia brexitu wzrosło (…) odkąd Burnham otworzył możliwość ponownego przystąpienia do Unii Europejskiej - podkreślił „Independent".
Premier Andy Burnham zapowiedział „narodową konwersację” na temat stosunków z UE, dodając, że brexit w obecnym kształcie nie działa, szkodząc gospodarce i ograniczając zdolność kraju do kontrolowania imigracji.
To zmiana tonu. Od czasu referendum podobnych deklaracji unikali jego poprzednicy – zarówno z Partii Pracy, jak i Partii Konserwatywnej.
20 listopada ma się odbyć szczyt UE–Zjednoczone Królestwo, na którym politycy omawiać mają zbliżenie stosunków. Wiele jest jednak znaków zapytania.
- Wiemy, że nowy premier wprawił piłkę w ruch, ale nie jesteśmy pewni, czy on sam wie dokładnie, gdzie miałaby się ona ostatecznie znaleźć – powiedział PAP, zastrzegając sobie anonimowość, jeden z unijnych dyplomatów.
Brytyjski premier zapowiada „narodową konwersację”
Dyskusje na temat Europy mają w kraju długą tradycję. Królestwo przystąpiło do Wspólnoty w 1973 r. w wyniku decyzji konserwatywnego rządu, a już niespełna dwa lata później lewica zorganizowała referendum, które mogło doprowadzić do wyjścia. W owym czasie głosy sprzeciwiające się Wspólnemu Rynowi dochodziły głównie z lewej strony politycznej, a rządzący laburzyści byli podzieleni w tej sprawie.
Dyskusje na temat Europy w dużej mierze ucichły po tym, gdy obywatele powiedzieli Wspólnocie „tak".
W latach 90. integracja europejska zaczęła się zacieśniać, a ruch eurosceptyczny – tym razem po prawej stronie - odżył podczas zażartych dyskusji nad Traktatem z Maastricht, ustanawiającym m.in. europejskie obywatelstwo. W 1994 r. miliarder James Goldsmith założył Partię Referendum, która głośno domagała się głosowania nad wyjściem z nowo utworzonej Unii. Rok wcześniej Historyk z London School of Economics Alan Sked utworzył eurosceptyczną partię UKIP, której liderem został potem Farage.
Opór wobec integracji rósł w Partii Konserwatywnej, która z biegiem czasu była w tej kwestii coraz bardziej podzielona.
Lider Torysów David Cameron zapowiedział przed wyborami w 2015 roku referendum brexitowe. Po pierwsze dlatego, że z prawej strony jego partię zaczęła „obchodzić” UKIP. Po drugie, by przeciąć wewnątrzpartyjne dyskusje, które jeszcze w 2006 roku nazwał „gadaniem w kółko o Europie”.
W kampanii wyborczej Cameron zapowiedział, że przed referendum wynegocjuje z Brukselą dodatkowe ustępstwa, które pozwoliłyby przekonać Brytyjczyków do głosowania za pozostaniem. W wyborach Torysi uzyskali minimalną, 12-mandatową samodzielną większość, a Królestwo obrało kurs na referendum.
Cameron zakładał, że jeśli uzyska od Brukseli dodatkowe wyłączenia, przekona Brytyjczyków do tego, by nie wychodzić z UE, szczególnie że w tym czasie sondaże wskazywały na przewagę zwolenników pozostania.
Wśród ustępstw, które chciał uzyskać Cameron, znalazło się czasowe ograniczenie imigracji z UE i wyłączenie Królestwa ze „stale zacieśniającej się Unii”, czyli integracji politycznej.
„Imigracyjnego” celu Cameronowi nie udało się jednak uzyskać, a podczas kampanii referendalnej migracja stała się jednym z kluczowych tematów.
Od historycznego rozwodu do chęci powrotu. Jak Brytyjczycy zmieniają zdanie?
Wynik referendum (52 proc. za brexitem, 48 proc. - przeciw) był zaskoczeniem dla większości obserwatorów i polityków, w tym dla Camerona, który złożył rezygnację.
Rozpoczęły się długoletnie spory na temat kształtu brexitu. W wyniku braku zgody co do tej kwestii – zarówno w kraju, jak i w partii rządzącej - brytyjski rząd trzy razy zwracał się do UE o przesunięcie terminu.
Czasy następczyni Camerona - Theresy May, stały się symbolem politycznego paraliżu, szczególnie po tym, gdy w 2017 roku ogłosiła wcześniejsze wybory, by uzyskać bezpieczniejszą większość parlamentarną. Stało się odwrotnie: utraciła zdolność samodzielnego rządzenia.
May kilkakrotnie próbowała przeprowadzić przez parlament swoją umowę brexitową, a pierwsza próba zakończyła się klęską 202 do 432 dla opozycji, co stanowiło najwyższą przegraną rządu w dziejach brytyjskiego parlamentaryzmu.
Dzięki zwycięstwu w przyśpieszonych wyborach impas w Izbie Gmin przełamał nowy lider Konserwatystów - Boris Johnson. Umowa o warunkach wyjścia została ratyfikowana przez obie strony pod koniec stycznia 2020 r., co umożliwiło Londynowi formalne wyjście z UE 31 stycznia 2020 roku.
„Jesteśmy biedniejsi, niż moglibyśmy być”. Wyspiarze żałują historycznego błędu
Nie był to jednak koniec negocjacji i sporów wewnątrz królestwa. Rozpoczął się okres przejściowy, podczas którego Londyn i Bruksela musiały wynegocjować kształt przyszłych stosunków: nową umowę handlową, gdyż w przeciwnym razie w handlu zaczęłyby obowiązywać cła i inne bariery. Doszło do tego w grudniu 2020 roku.
Zdaniem większości ekonomistów brexit uderzył w gospodarkę. Tegoroczny raport think tanku UK in a Changing Europe wskazuje, że „w literaturze ekonomicznej wyłonił się konsensus", wskazujący na trwałe negatywne skutki brexitu rzędu przynajmniej 2-6 proc. PKB.
Peter Foster, redaktor ds. globalnego handlu w dzienniku „Financial Times”, podkreślał w 10. rocznicę referendum, że choć nie sprawdziły się najbardziej alarmistyczne prognozy przeciwników wyjścia z UE, to z danych jednoznacznie wynika, że gospodarka ucierpiała.
- (Brexit) oczywiście nie oznacza, że nagle zgasło słońce, a z biedy wszyscy jedzą tu teraz trawę. Chodzi o to, że jesteśmy biedniejsi, niż moglibyśmy być - stwierdził rozmówca PAP.
Według barometru pracowni Yougov, badań przeprowadzanych regularnie od sierpnia 2016 r., pod koniec 2018 r. zaczęła rosnąć przewaga tych, którzy uważali brexit za błąd. „Wyrwa” zaczęła się powiększać latem 2021 roku, a od wiosny 2024 r. odczyty są stabilne: ok. 57 proc. uważa, że wyjście z Unii było błędem, 30 proc. jest zdania, że Brytyjczycy postąpili słusznie.
Z Londynu Adam Dąbrowski (PAP)
ada/ mal/





























































